Praca

Pisarz, jak donosiciel tajnej policji, powinien być zawsze w pracy. Właściwe pisanie, stukanie w klawisze, skrobanie po papierze – chociaż żmudne – to tylko dopełnienie pracy literackiej, jak pokrycie obrazu werniksem.

Pisarz powinien być w pracy, kiedy uspokaja płaczące niemowlę i kiedy przez niego płacze kobieta, kiedy rodzi mu się dziecko i kiedy grzebie bliskich i kiedy tańczy, kiedy śni i kiedy się budzi, kiedy kocha i kiedy gardzi. Pisarz powinien być w pracy, kiedy pije z przyjaciółmi i kiedy spotyka kobietę, której pożąda, kiedy podróżuje i we własnym domu, z obcymi i z bliskimi. Pisarz powinien być w pracy nawet wtedy, kiedy nierozważny przyjaciel zawierza mu tajemnicę. Przyjaźnić się z pisarzem, kochać pisarza, to jak przyjaźnić się z kamerą video, szczególnie czułą na te chwile, w których jesteśmy obnażeni. Wszystko zostaje zapamiętane, wszystko, co bolesne, kiedyś zostanie użyte.

Najtrudniejszym i najważniejszym dla jest jednak być w pracy wtedy, kiedy samemu jest się podłym i małym, kiedy jest się zawistnikiem lub tchórzem – a bywa się przecież, bo każdy czasem bywa. Wtedy praca pisarza jest szczególnie przykra, kiedy trzeba widzieć siebie samego we własnej podłości i małości. Bez najdoskonalszych kłamstw, jakimi zwykle szkicuje się bieżący autoportret, żeby nie oszaleć z odrazy na widok własnej twarzy w lustrze. A pisarz zwłaszcza wtedy powinien być w pracy, bo musi podłość i tchórzostwo rozumieć, jak wszystko inne, a tylko własną małość możemy zrozumieć naprawdę, małość innych ludzi, dzięki Bogu, raczej jednak pozostaje przed nami zamknięta, widzimy ją z zewnątrz, jej objawy, nie znamy jej wewnętrznej dynamiki ani złożoności. Odwrotnie jest ze szlachetnością – tę prawdziwą dostrzec i zrozumieć możemy raczej u innych. I to też może być bolesne, widzieć szlachetność u wroga, ale kiedy dostrzegamy ją w sobie, kiedy się własną sycimy, to zwykle tylko nam się wydaje, a już na pewno nic z niej nie rozumiemy.

Wieści

W sieci trochę moich tekstów do poczytania:

Czterdzieści tysięcy znaków ględzenia o Śląsku, czyli „Tożsamość samotna” na stronach „Znaku”, o „Ręce Flauberta” w „Polityce” oraz na stronach Powergraphu „Gerd” do ściągnięcia w pdfie.

Się polecam życzliwej uwadze.

Ponadto skończyłem powieść, pt. „Morfina”, w związku z tym niewiele mam w tej chwili do powiedzenia światu.

Krótko mówiąc XI

Jest taki styl literacki, którego wewnętrzna struktura nie pozwala na fałsz tak, jak nie sposób śpiewać pędzlem. Nawet kiedy autor pragnie kłamstwa. Zdania napisane tym stylem są najpotężniejsze. To marzenie Ciorana o języku, którego słowa, niczym pięści, gruchotałyby szczęki.

Nie sposób się go nauczyć, więc tylko czasem znajduję go u innych i pokornie godzę się z jego wyrokami. A gdyby dotknęło kogoś przekleństwo pisania tylko tym stylem, niechybnie musiałby się rozstać z samym sobą.

Codzienności

Tępa praca nad końcówką powieści. Jeszcze sto, może sto pięćdziesiąt, może dwieście tysięcy znaków do napisania. Kto wie. Może więcej. Ale już blisko. Wiem, że blisko, bo w końcu wszedłem w ten tryb całkowitego zanurzenia w książkę. Niczym innym nie jestem się w stanie w zasadzie zająć, o niczym innym za bardzo nie wychodzi mi myślenie. Staję się tą powieścią. Potem skończę i wszystko ze mnie zejdzie i może nawet uda mi się od tego nie oszaleć, ale z każdą ukończoną książką rekonwalescencja po skończeniu pisania jest trudniejsza. A tę piszę już tak długo, zacząłem latem 2010, że Bóg jeden raczy wiedzieć co się stanie, jak skończę.

Siedzę więc w domu, prawie nie wychodzę. Zimno jest jak w piekle, więc nawet się wychodzić na ten eschatologiczny mróz nie chce. Moje własne uporządkowanie czasu odkleiło się od zewnętrznego porządku czasu zwykłego i świątecznego, przed Bożym Narodzeniem przez dwa miesiące okres intensywny, burzliwy, biesiady apokaliptyczne, nocne eskapady ulicami miast nie moich, całe baterie butelek zdobyte, nowe twarze i stare twarze, miejsca w których nigdy wcześniej nie byłem i do których pewnie już nigdy nie wrócę, nowe kluby i knajpy oglądane zza rauszu właściwego trzeciej i piątej nad ranem, mieszkania przyjaciół, Wieża w Krakowie, wszystko.

A teraz siedzę w domu, bawię się z synami, rzadko wychynę w ogóle na dwór. Do kawiarni raczej pisać nie chodzę, bo nawet zaciszne i oswojone Kafo nie pasuje mi do okresu ascetycznego, poza tym na mróz nie chce mi się wychodzić. Wino rzadziej i raczej niedużo, nawet kiedy jednak w końcu wyjdę gdzieś wieczorem z przyjaciółmi to raczej apollińskie, nie bachiczne, są te kolacje i spotkania. Bezsenność też odeszła i spałbym jak dziecko – gdyby nie dzieci, które nie zawsze spać pozwalają, odsypiam więc długo rankami i jeszcze kładę się na poobiednią albo wieczorną drzemkę, jak pan w średnim wieku (jestem już nim czy nie jestem jeszcze, tym panem w średnim wieku?) i nawet piszę nocami, co od dziesięciu lat prawie mi się nie zdarzało.

I od tego życia, które nagle zwolniło, a jednocześnie stało się intensywniejszym, przyszło mi też na właściwe okresowi ascetycznemu lektury, ale nie bardzo chcę czytać książki nowe, więc teraz znowu dzienniki Pepysa celowo bardzo powoli, jednego dnia notka z jednego dnia z odpowiednią datą i zacząłem zupełnie od początku. 30 stycznia 2012 roku czytam, że Pepys 30 stycznia 1660 roku wbił w ścianę swojej sypialni gwoździe, aby wieszać na nich płaszcz i kapelusz. Najpierw czytałem polski przekład Marii Dąbrowskiej, ze względu na świetną polszczyznę tegoż, ale potem przypomniałem sobie, że to przecież wybór, a ja jakoś nie ufam wyborom tego „trochę zezowatego karzełka z grzywką przyciętą na pacholę”, albowiem Dąbrowska, nieodłączne dziecko swojej epoki i inteligenckiej formacji, nie potrafi powstrzymać się przed pouczaniem tępego czytelnika w przypisach, iż Pepys był cynicznym łajdakiem. Żeby upewnić się, iż czytelnik diarystę skrupulatnie potępi. Co mnie brzydzi i odstręcza, jak całe to tzw. „przedwojenne wychowanie” i „etos inteligenta polskiego”, z fundamentalną dlań skłonnością do nieustannego moralizowania i moralizatorskiego konceptualizowania świata.

Irytuje mnie również dezywoluntura, z jaką Dąbrowska zmienia Pepysowi jego dni: chociażby kiedy ten w 1666 pisze o piersiach pięknej Mercer, które podobają mu się najbardziej z wszystkich jakie widział, Dąbrowska tłumaczy to tak, jakby Pepys się im jeno przyglądał, podczas kiedy sam diarysta sugeruje znacznie więcej. Niech już będzie, dla przyzwoitości: ale u Pepysa zachwyty nad piersiami Mercer kończą się tak charakterystyczną dlań zmianą diapazonu: So home and to supper with beans and bacon and to bed. A co u Dąbrowskiej? Nic, ani słowa o fasoli i boczku. Może uznała, że to niestosowne, tak przejść bezpośrednio od piersi pięknej Mercer do wzdymającej fasoli z boczkiem? A przecież właśnie takie zmiany poetyki – z przygód w parlamencie na picie poranne, z porannego drinka na zadumę nad polityką zagraniczną, z polityki do piersi Jane czy innej tam jeszcze, od piersi do kolacji, po kolacji graliśmy na flecie potem spać – czynią Pepysa tym, kim się dla europejskiej kultury stał, bo przecież nie tylko o dokument epoki chodzi, tylko o chaos, którym jest Życie, a który się w dziennikach pana Samuela w tajemny sposób objawia. A Dąbrowska uważa, że może go poprawiać, nie wiem, kompozycyjnie. I nie tylko dokonuje skreśleń; dokonuje również zmian. Ponieważ tak jej się lepiej komponowało, u niej „boczek z groszkiem” pojawiają się dzień później, 20 czerwca 1666 roku, podczas gdy w dzienniku nie ma o nich wtedy mowy.

A to przecież ważne, bardzo ważne, kiedy Pepys jadł te swoje beans and bacon. Bo co jeśli tajemnica Życia ukrywa się właśnie w tym, że jadł ten boczek z fasolą 19 czerwca, będąc ciągle zachwyconym piersiami pięknej Mercer, a nie 20, po śpiewaniu z ojcem i żoną w ogrodzie?

Hierofanie: turystyka jako pielgrzymka

Zainspirowany zapewne Andrzeja Fiderkiewicza obroną kołowej koncepcji czasu i moim własnym powrotem do Eliadego, myślę wiele o tym, że raczej nic się nie zmienia, że żyjemy w świecie tak samo wypełnionym sacrum, jak pełen tych pęknięć przestrzeni (miejsca sakralne) i czasu (święta) był świat naszych przodków. Mit jest osnową naszej rzeczywistości tak samo, jak był tysiąc i pięć tysięcy lat temu. To, co bierzemy za świeckość jest tylko inną, nową świętością, nierozpoznaną jeszcze, bo żywą. Więc tak samo, lecz inaczej, oczywiście; może ów kołowy, powracający czas nie jest okręgiem, lecz spiralą, rozszerzającą się z każdym cyklem? Lub zwężającą się ku zapaści, kto wie.

Jednak świeckim wydaje się nam nasz świat tylko dlatego, że świętość jako osobną od świata zauważamy tylko wtedy, kiedy jest już świętością minioną, świętość żywa jest osnową naszych konceptualizacji rzeczywistości, więc jej transcendencję dostrzec trudno, bo jest ona dla nas raczej narzędziem, niż przedmiotem poznania.

Pisałem już w ten sposób o demokratycznych wyborach; teraz zastanawiam się nad turystyką.

Wydaje mi się, że turystyka to pielgrzymka. Święta podróż i podróż ku świętości. Sakralny charakter mają krajobrazy z folderów: pejzaż z wieżą Eiffela jest pęknięciem przestrzeni świeckiej, codziennej. Pęknięciem jest biała plaża z palmami nad turkusową laguną, skyline Manhattanu. Potrzeba „zobaczenia na własne oczy” jest sakralna. Obcowanie z obrazem Kaaby w Mecce czy Czarnej Madonny w Częstochowie nie jest równoważne z osobistymi odwiedzinami tamże. Nie jest hadżi ten, kto tylko oglądał zdjęcia z Mekki. Ktoś, kto obejrzałby krajobraz dookoła wieży Eiffela w najdoskonalszym kinie trójwymiarowym i Bóg jeden jeszcze wie jakim, ze względu na sakralny charakter turystyki wciąż nie mógłby powiedzieć „widziałem wieżę Eiffela”, chociażby miał nawet przekonanie, że w tym kinie widział ją lepiej, dokładniej, niż mógłby ją zobaczyć osobiście. Osobiste uczestnictwo jest kluczowe. Wieżę Eiffela się nawiedza, tak jak muzułmanin nawiedza Mekkę. Aby być kimś, kto był pod wieżą Eiffela trzeba złożyć ofiarę z pieniędzy i zmęczenia, inaczej pielgrzymka nie jest ważna. Wieża Eiffela jest święta, tak jak święte są Wawel, Ground Zero i Strawberry Fields, Bazylika św. Piotra, Plac Czerwony, kanały Wenecji i napis „Hollywood” w Los Angeles. Znaczenia ich świętości nie potrafimy precyzyjnie opisać, ponieważ przeżywamy ją autentycznie, żyjemy nią.

Podróże do białych, słonecznych plaż pod palmami są zaś powrotem do mitycznego „złotego wieku”, do czasów rajskich sprzed skażonej grzechem doczesności, do czasów sprzed trosk i kłopotów. Jak grecki teatr, są misterium, przeżyciem i odegraniem mitu, które ma jego współczesne znaczenie wzmocnić i utrzymać jego aktualność i trwanie.

Wzmacniają to jeszcze obrazy różnych luksusów all inclusive, sugerujące darmową, rajską obfitość. Darmową oczywiście tylko w granicach samego święta, ale darmową, bo płacić za nią przychodzi w czasie zwykłym, przed lub po święcie. Uczta eschatologiczna również jest za darmo.

Chrześcijanie idąc Drogą Krzyżową uczestniczą w dziejącej się poza czasem Męce Pańskiej. Ci sami chrześcijanie, jadąc na all inclusive do Egiptu uczestniczą w podróży do rajskiego ogrodu sprzed historii i czasu, do ogrodu wszelkiej obfitości, w którym do woli można jeść i pić, uciekając na chwilę spod strasznego cienia śmierci i śmiertelności w ogóle. Pod palmami wyzwalamy się na chwilę z niewoli przemijania. Towarzysząca takim wyjazdom atmosfera seksualnej swobody również wydaje mi się być właściwa czasowi świętemu – święto zawiesza normy i zasady czasu zwykłego. Właściwa już seksturystyka to zaś spotkanie z hierodulami, świątynnymi niewolnicami i niewolnikami, kontakt z nimi to zjednoczenie z nieosobowym, nieokreślonym, tym niemniej autentycznie istniejącym i potężnym bóstwem młodości i miłości, którego w zwykłym czasie, poza świętem spotkać nie sposób.

All inclusive to jednocześnie chrześcijański raj i pogańskie bachanalia. Na wakacjach w Egipcie czy w Turcji bogowie współczesności pozwalają swoim wyznawcom cieszyć się życiem bez winy i wstydu, bez przykrych konsekwencji, what happens in Vegas stays in Vegas. Na komputerach hadżi kolekcjonują pątnicze pamiątki, zdjęcia z cyfrówek jak muszle świętego Jakuba. Skoro byli już na słońcu i na plaży, skoro przeżyli Święto – życie się dopełnia i domyka, czas zwykły jest tylko wspominaniem świąt minionych i oczekiwaniem na te, które dopiero mają nadejść, bo to Święto jest życiem prawdziwym, a samo życie jest tylko Święta wigilią.

Ogłoszenia parafialne

Na koniec roku trochę tekstów nieliterackich. W wydawanym przez Deutsches-Polen Institut z Darmstadt „Jahrbuch Polen 2012″ i nowym, styczniowym już, acz ukazującym się jeszcze w grudniu numerze „Znaku” ukaże się mój duży esej pt. „Tożsamość samotna”, odpowiednio po niemiecku i polsku, zaś w nowym, trzecim już numerze dorocznego kwartalnika „Czterdzieści i Cztery” szkic „Moja melancholia. Zamiast manifestu”, tekst może odrobinkę już przeterminowany, sprzed paru najświeższych moich przewartościowanych, ale wierzę, że ciągle interesujący.

Ponadto w świątecznej „Polityce” nowa moja „Kawiarnia literacka”, ale to już akurat tekst raczej literacki, jak sama nazwa wskazuje.

Zapraszam do lektury, życząc dobrych Świąt Bożego Narodzenia. Sol Invictus i Dziw Pacierz niech będą Wam przychylni.

Sam zaś se poradziycie poczitać po jakiymu sie u nŏs rychtuje jŏdło na Wilijŏ. Jak uwarzić kōnopiŏtka sōm żech tam napisŏł, wele tego, co mi mamulka pedzieli i tako u nŏs na Wilijŏ jymy.

Żyję

Przedwczoraj i wczoraj na kilkanaście godzin Warszawa, a grudzień jak w Mediolanie. Rankiem, z balkonu ŁO zrobiłem zdjęcie skyline’u, ostatni raz, bo ŁO wybiera się iwaszkiewiczyć w kraju znanym z brzydkich kobiet ale to pewnie nieprawda, i z tego znanym, że hasał w nim Pasek co z Czarneckim rzucił się przez morze.
Lubię Warszawę.

Wcześniej spałem z pewną czarną bohaterką literacką, która ma już wszczepiony chip, a potem przyszedł również Prezes i zawieszona w powietrzu ich obecność, a głownie sierść, na którą jestem uczulony wygnały mnie na ten balkon, żeby na chwilę chociaż wiatr owiał oczy załzawione i mordę spuchniętą.

Oczywiście, opuchlizna miała również coś wspólnego z wypitą poprzedniej nocy żołądkową i innymi napojami, co potwierdzały znaczące spojrzenia kelnerek, kiedy rano piliśmy kawę w tym samym lokalu, co poprzedniego wieczora, co było, przyznaję, trochę nieprzyzwoite.

A potem szedłem sobie tym grudniowym Mediolanem, słuchając CNQ, tak głośno, że zza fortepianu nie było słychać nawet tramwajów i pomyślałem sobie, że nie mam żadnej mądrości, którą mógłbym przekazać światu. Chciałbym mieć taką mądrość, ale nie mam.

Uśmiechnęła się do mnie dziewczyna w czerwonej sukience i jasnym płaszczu, rozpiętym w pełnej optymizmu prefiguracji kwietnia, szła szybko, stukając obcasami szpilek.
W tramwaju uklęknęła Cyganka z kilkuletnim dzieckiem na ręku i śpiewała po rumuńsku piękną piosenkę, śpiewała żebrząc, mocnym, jasnym głosem. Mężczyzna, nad którym stałem odwrócił się do okna i płakał. Ja nie płakałem.
Na dworcu, będąc nieco roztargnionym próbowałem wyciągnąć pieniądze z wpłatomatu, nie rozumiejąc, dlaczego maszyna odmawia mi tej prostej czynności i nie rozumiejąc, dlaczego żąda, bym wpisywał numer konta. Śmiało się ze mnie dwóch nastolatków, świadków mojej kompromitacji; popatrzyłem na nich groźnie, ale wcale się mnie nie przelękli. Za stary, za gruby, żeby nas dogonić, myśleli, mogą śmiać się bezkarnie.
Kupiłem gazetę, ale jej wcale nie czytałem, po co miałbym czytać gazetę?
Kupiłem bilet.
Stałem na peronie, ludzie czekają nerwowo, jakby Eurocity Sobieski był ostatnim pociągiem z oblężonego miasta, z którego chcą uwieść siebie, rodziny i dobytek.
Siadłem w pociągu. Pociąg ruszył, ja z nim, bo taki jest rzeczy porządek, pamiętaj o tym, błaźnie, zachorujesz na zdrowy rozsądek, ozdrowiejesz na chorą wyobraźnię.
Z zazdrością myślałem o „Ręce Flauberta” Renaty Lis. Słuchałem muzyki. Myślałem o tym, że nie mam żadnej mądrości.

W Warsie chciałem zjeść obiad i napić się piwa (kurczaka na kuskusie, znośny i mają takie całkiem dobre Dawne), ale jakiś dżentelmen starej daty zapytał się zdawkowo „czy można”, mnie zatkało, a on nie czekając na mój protest natychmiast zasiadł naprzeciwko, przy malutkim, dwuosobowym stoliczku. A garnitur miał potworny, trzyczęściowy, jak z kotary uszyty. Być może dżentelmeni starej daty uważają, że takie jest decorum pożywiania się w wagonach restauracyjnych. I tak moglibyśmy sobie intymnie jeść razem, spoglądając sobie czule w oczy i w talerze, ale dżentelmen pachniał intensywnie oldspajsem i nastroszonymi wąsami, w których posiadał jeszcze resztki poprzedniego posiłku, a ja, kiedy już odzyskałem panowanie nad ciałem, wstałem i odszedłem jak niepyszny, jak piesek od miski przez buldoga odegnany, żadnej przemocy, tylko krótkie warknięcie, ogon pod siebie i do budy, wróciłem na swoje miejsce głodny i spragniony i wróciłem do lektury szczotek świetnej powieści, o której nie mogę powiedzieć ani słowa, więc nie mówię.
Patrzyłem za okno. Równina.
Patrzyłem za okno. Miasto.
Patrzyłem w sufit. Światła.

Poszedłem na koniec pociągu, przycisnąłem telefon do szyby i nagrałem minutę uciekających w przeszłość torów w jakości HD, często tak robię, sam nie wiem po co, mam już dużo takich minutowych filmów, fascynują mnie uciekające w przeszłość tory, słupy i nasypy, ich dramatyczna perspektywa malarska i eschatologiczna i biograficzna. A kiedy przycisnąć telefon do szyby, to obraz jest stabilny. Nigdy potem tego nie oglądam, bo po co oglądać minutowy film z uciekającymi w przeszłość torami, ale jednak ciągle nagrywam. Żeby coś ocalić.

Przez chwilę chciało mi się papierosa, ale jak dojechaliśmy do Katowic, to już mi się nie chciało.
Mój przyjaciel ma bardzo, bardzo chorą córeczkę.
W Katowicach również ciepło, znowu szedłem i muzyka.
Myślałem o maleńkim ciele tej dziewczynki, tak małym, że mieści się w dłoniach. Ma na imię Ania.
Jakiś chłopiec grał na gitarze w podziemiach dworca, nie dałem mu ani grosza. Bo był daleko. Gdyby był blisko to może bym dał, chociaż i tak miałem słuchawki w uszach, więc to nie byłby grosz uczciwie dany.
Nie mam żadnej mądrości.

Szedłem i nienawidziłem banków, które przesiąkają miasto jak grzybnia pastelowych kolorów, wzruszających billboardów pełnych optymistycznych obietnic, świecących nocami reklam, przesiąkają, rozpierają się tłustymi zadami babilońskich kurew, wylewają się z okien i witryn i wypierają z miast wszystko inne, wszędzie banki, tylko banki, ich oddziały jak wrogie sztandary nad zdobytymi twierdzami. Ale to też nie jest mądrość.

Mój przyjaciel ma dużo mądrości i ma bardzo, bardzo chorą córeczkę, której ciałko mieści się w dłoniach.

Ja nie mam żadnej mądrości, mam za to paru przyjaciół i trochę zaprzyjaźnionych książek.
Żyję, sobą i w sobie i w innych ludziach, w tym, co we mnie zmieniają i w tym, co w nich sobą zmieniam nieodwracalnie i już pozostawiam zmienionym, w bliskich i dalekich, żyję w tym mężczyźnie, co płakał w tramwaju i w przyjaźniach i nawet we wrogach moich żyję. Żyję.

Rano zapaliłem papierosa przed śniadaniem, mroźną drogą po bułki. Smakował. Nie jestem mądry. Żyję.

Święto

Dziwną zastałem dzisiaj Warszawę. Podnieconą, poważną, milczącą: czerwono-białe flagi, znaczki Kolorowej Niepodległej, wszyscy mijają się w ciszy, z wyszukaną uprzejmością, zasadzającą na tym, że nie zauważa się nadchodzących z naprzeciwka Wrogów – odpowiednio, polskości lub tolerancji. Jatka pewnie będzie później. Pan Krzesełko obok Rotundy wzbogacił swój instrument: nie wali już tylko w samo krzesło, dziś na swoim instrumencie miał inne, odświętne brzmienia, puste kanistry głuche jak tam-tamy i czajnik jak cymbał brzmiący.

Drażniłem się kilka dni temu z moją piękną siostrą, która niewiele mówi o swoich przekonaniach, acz wydawały mi się zawsze raczej feministyczne i liberalne; potwierdzają to też lektury przy łóżku. Aby więc siostrę podrażnić, zapytałem trochę sarkastycznie, czy wybiera się do Warszawy, blokować faszystów: odwarknęła słusznie, że jest ze Śląska, więc nie chodzi na żadne marsze ani blokady. Dodając chyba jeszcze „głupka”, nie bez kozery.

Jest w tym prawda o nas, o niej, o mnie i w ogóle o Ślązakach. Nie wykluczałbym, że nawet na Marsze Autonomii Ślązacy chodzą trochę wbrew swojej naturze; ja nie poszedłem, w maszerowaniu jest coś istotnie nieśląskiego.

Ale tak się składa, że jestem dziś w Warszawie i uśmiecham się życzliwie zarówno do „faszystów” z flagami jak i „wrogów Niepodległej” z dredami. Jeśli w ogóle jestem w stanie się do kogokolwiek życzliwie uśmiechnąć, może więc raczej krzywię się do wszystkich z nienawiścią, nie wiem. Na pewno trudno mi znieść widok dzieci, którym patriotyczni rodzice zakładają na głowy powstańcze hełmy z plastiku, bo zarówno moja wyobraźnia jak instynkt ojca podpowiadają mi wtedy straszne obrazy, ale na to próbuję nie patrzeć.

Więc Warszawa maszeruje i kontrmaszeruje, a ja, śmieszny, głupi Ślązak, za Filipem Memchesem, chociaż z innych powodów, to tak jak on, wybieram postawę Piszczyka.