Ci, którzy siedzą w ciemnościach i w ciszy, z twarzami wspartymi o dłonie i łokciami wspartymi o plugawe blaty, drżą podniebienia miękkie w chrapliwych oddechach.
Ci, którzy złożyli swe ciała przy ścianach, podciągnęli kolana ku brodom i objęli je troskliwymi przedramiony.
Ci, którzy na plugawych blatach złożyli policzki i okruchy chleba wyciskają w ich skórze swoje ospowate „połącz punkty”.
Ci, którzy biodra zepchnęli ku najdalszym rubieżom foteli.
Ci, których podniecenie przegrało ze snem i zastygli z dłońmi na piersiach i biodrach tych, które zasnęły zawiedzione.
Ci, których chwiejne kroki zawiodły ku bezpiecznym portom sedesów, przy których trwają w kamiennym półśnie męczeńskim, szarpani torsjami.
Ci, którym sen nie wytrącił z rąk kieliszków i razem z drżeniem serc rozchodzą się fale na calowym lustrze ciepłej wódki.
Ci, których nie obudził żar papierosa i przypieczeni mgliście śnią o bólu.
Wy, którzy zasypiacie: ufni, dobrzy, cisi, z losem pogodzeni biesiadni święci.
Idziemy po bułki. Franek znudził się skakaniem po kałużach.
- Tatusiu, a gdzie mieskają lyceze?
- Na zamkach.
- A co oni mają na zamkach?
- Zbrojownię, stajnię, w której stoją koniki, komnaty…
- A co jesce mają lyceze?
- Hm… rycerz musiał mieć swoją ziemię.
Idziemy chwilę w milczeniu.
- Tatusiu. A na ksypład cy to jest ziemia lyceza? – Franek wskazuje na pryzmę wykopanej przez koparkę gliny.
- Nie, to nie jest ziemia rycerza.
- A cemu?
- Bo rycerzy już nie ma.
- A cemu?
- Bo była rewolucja i nie ma.
- A cemu była?
- Oj, misiu, o tym czemu była to pogadamy za parę lat, okej?
- Okej. A gdzie są teraz lyceze?
- W Walhalli. W niebie dla rycerzy.
- Aha. A cemu?
- Bo w Walhalli jest im fajnie.
- Aha. Oni wyginęli?
- Tak, wyginęli.
- Skoda ze wyginęli.
- Szkoda.
- Skoda. Bo ja mógłbym być lycezem. Takim plawciwym! Miałbym zamek. I plawciwy miec. I duuuuzo lizaków!
W praktyce postrzegamy fakt życia w prowizorycznej przestrzeni, którą charakteryzuje nie tyle rozwój sam w sobie, co rozwój ku wyraźnie określonym stanom. Nasz świat techniczny nie jest obszarem nieograniczonych możliwości, ma raczej charakter embrionalny i dąży ku bardzo określonej dojrzałości. Toteż nasza przestrzeń przypomina ogromną kuźnię. Nie sposób nie zauważyć, że nic tu nie powstaje z uwagi na trwałość, którą tak cenimy choćby w budowlach starożytnych, albo przynajmniej w takim sensie, w jakim sztuka próbuje stworzyć obowiązujący język form. Każdy zastosowany środek ma w sobie raczej coś prowizorycznego, ma charakter warsztatowy, przeznaczony jest do tymczasowego użytku.
Temu stanowi odpowiada nasz krajobraz jawiący się jako przejściowy. Brak tu jakiejkolwiek trwałości form; wszystkie formy modelowane są nieustannie przez dynamiczny niepokój. Brak trwałości środków; nic nie jest trwałe, z wyjątkiem wzrostu krzywej wydajności, która narzędzie wczoraj uznawane za znakomite dziś wyrzuca na złom. Stąd brak trwałości architektury, stylu życia, gospodarki, ściśle związanych z trwałością środków, znamienną choćby dla topora, łuku, żagla czy pługa.
Jednostkę otacza krajobraz warsztatu, od niej samej wymaga się ofiary w postaci pracy cząstkowej, której przemijalność i dla niej nie ulega wątpliwości. Zmienność środków zmusza do ciągłych inwestycji w kapitał i siłę roboczą, które, choć skrywane za ekonomiczną maską konkurencji, naruszają wszelkie prawa ekonomii. Tak oto przemijają całe pokolenia, nie zostawiając po sobie ani oszczędności, ani pomników, znacząc jedynie określone stadium, znak kolejnej fali mobilizacji.
Ernst Jünger, „Robotnik”.
1. Jesienią ukaże się przekrojowy zbiór publicystyki z lat 2001-2010. Tytuł – „Wyznania prowincjusza”. Na okładce pisze o zbiorze Aleksander Kopiński, krytyk literacki i redaktor kwartalnika 44/Czterdzieści i Cztery:
Dla autora tej książki doświadczeniem źródłowym jest utrata śląskiej důmowiny, której powolne osuwanie się w historyczny niebyt obserwuje z nostalgią, lecz bez złudzeń. Wygnany, nigdzie już nie będzie w pełni u siebie.
Ani w polszczyźnie, którą jako pisarz posługuje się mistrzowsko, ani w Polsce, której wieczną niedojrzałość chłoszcze z bezwzględnością podszytą żalem, że nie zasługuje ona, by znaleźć w niej zastępczą ojczyznę. Ani w czeznących resztkach europejskiej cywilizacji, której niegdysiejszej wielkości nie ocalą naiwne rojenia o konserwatywnej restytucji; ich stopniowe porzucanie łatwo prześledzić, czytając zebrane tu szkice chronologicznie, w kolejności ich powstawania. Ani może nawet w religii przodków, choć Kościoła trzyma się jeszcze mimo wszystko, bacząc na ostatnią dlań, autopedagogiczną wartość katolicyzmu.
Jego eseistyka jest poszukiwaniem twardego gruntu, na którym mógłby stanąć pewnie; rzeczywistości, która nie rozstąpiłaby się przed kulą wystrzeloną z pistoletu. Próba to ostatecznie daremna. Jedyne oparcie Szczepan Twardoch znajduje bowiem w literaturze, pisanej z perspektywy po apokalipsie; u Lampedusy, Jüngera, Maraiego – tych, którzy przeżyli śmierć własnych miejsc i czasów.
Okładkę można obejrzeć na profilu facebookowym, do którego odwiedzania zachęcam – można czytać bez zakładania konta na fb.
2. Jutro, tj. w niedzielę 25 lipca, o godzinie 19:00 pojawię się w Trójce w audycji „Co by było gdyby”. Polecam się życzliwej uwadze.
3. W nowej Lampie, która ukaże się ok. 30 lipca, w formie wywiadu przepytują mnie Łukasz Orbitowski i Jarosław Urbaniuk, zaś recenzję „Wiecznego Grunwaldu” napisał i w numerze umieścił Paweł Dunin-Wąsowicz.
Nie napisałem jeszcze zdania, którego szyku nie miałbym ochoty poprawić.
1. Jutro, to jest we wtorek 6 lipca, w klubie N44 na Nowogrodzkiej 44 odbędzie się premierowe spotkanie autorskie poświęcone mojej nowej powieści „Wieczny Grunwald”. Zapraszam.
2. Fragment tejże powieści można przeczytać w ostatnim numerze „Nowej Fantastyki”.
3. Na polityka.pl można przeczytać zaś cóż takiego mam do powiedzenia na temat „Zmierzchu” Meyer. Brzmi interesująco, prawda?
Jeśli narody mają dusze, to do jakich czyśćców i piekieł one zstępują, do jakich niebios ulatują? Wieczny Grunwald nie jest po prostu „powieścią historyczną” – Szczepan Twardoch stworzył tu narrację o losach jednostki i narodu rozpostartą i w przeszłość, i w przyszłość, i wszerz, w życia nieziszczone; roztęcznioną od realizmu faktów historycznych do fantastycznej metafory „ducha narodowego”. Od czasu Teodora Parnickiego nie pisano w Polsce z tak szalonym rozmachem o człowieku rozdzieranym przez żywioł dziejów i schizofrenicznej lojalności mieszańca, dziecka dwóch kultur, bękarta dwóch ojczyzn.
– Jacek Dukaj
Śnił mi się dziś pewien utalentowany pisarz z Krakowa, z którym, jak mi się wydaje, mam zaszczyt się przyjaźnić, a który wyda w czasie bliższym lub dalszym powieść, którą czytam właśnie, a która z kolei zdaje mi się być bardzo dobra. Ale o powieści innym razem, dziś o śnie, który pojawił się pewnie w efekcie wczorajszych krakowskich popołudnia i wieczoru, które bardzo miło spędziłem w jego towarzystwie – między innymi, bynajmniej nie mniej ważnymi, bo siedzieliśmy w towarzystwie nieco szerszym, w zaprzyjaźnionych ludzi pióra obfitującym, ale tylko jeden z nich się w moim śnie pojawił.
I we śnie spacerowaliśmy razem, odziani bardzo elegancko, sportową elegancją przedwojenną – pamiętam, że towarzysz mojego spaceru, prócz sportowej marynarki, nosił kaszkiet, pumpy, podkolankówki w kratkę argyle (bardzo ich zazdrościłem), ja byłem w tweedowym garniturze myśliwskim i prowadziłem staroświecki, przedwojenny rower na białych oponach (który dziwnie przypominał rower pewnej krakowskiej pani redaktor, która swoją uroczą obecnością przełamała męski charakter wczorajszego spotkania).
Więc spacerowaliśmy: jesienią, po jakimś mieście słowackim lub węgierskim, dużym, ale zabudowanym jak małe miasteczko o bardzo stromych ulicach i w knajpach siadaliśmy i jesienne, czerwone winośmy pili i jedli pieczone kaszty z papierowych torebek, potem ucztowaliśmy jesiennie, jedząc pieczeń z kaczki, a potem paliliśmy cygara, rozmawiając niezobowiązująco, życzliwie, w takim przyjemnym, niespiesznym rytmie – aleśmy jednocześnie wiedzieli obaj i ubolewali nad tym, jak nad nieuchronnym nadejściem zimy, że sielanka ta nie potrwa długo, że skończy się źle: albowiem konkurujemy o względy jednej dziewczyny – właśnie dziewczyny, nie kobiety.
Dziewczyna ta nie pojawiła się w moim śnie, który był zresztą snem całkowicie nieerotycznym i nie było o niej mowy między nami, bo wszystko było jasne a dziewczyna nie miała twarzy, ciała ani imienia. Obaj świadomiśmy byli konfliktu i tego przede wszystkim, jaka rzeczona dziewczyna jest: inteligentna, obojętna, wyniosła, skłonna do szyderstw. I tego, jak nami manipuluje: przez uśmiechy, gesty, półsłówka doprowadzić chce do tego, aby się od nas obu jednocześnie wyzwolić, aby się nas pozbyć przez jakiś straszny wybuch naszego tajonego gniewu, który w moim śnie wydawał się nieunikniony i krążył, jak kruk, nad naszym miłym ucztowaniem.
Ale wybuchu nie było, gniew się nie rozlał, siedzieliśmy sobie spokojnie, ciesząc się każdą chwilą w której ciągle jeszcze nie okładamy się po gębach i rozstaliśmy się potem w sposób charakterystyczny dla snów: zaprzyjaźniony literat płynnie stracił parę lat i długie włosy i zamienił się stopniowo w zupełnie innego mojego przyjaciela, z którym jeździliśmy na rowerach poszukując zaginionej walizki z pieniędzmi, z kwotą może nie totolotkową, ale dużą, była to kwestia saaba 9-3 cabrio, przyjechaliśmy do miasta kupić ten piękny samochód, miał jasną, skórzaną tapicerkę, walizkę jednak zgubiliśmy w nocy, dzień wcześniej, pijąc i dokazując na mieście, a potem nie mogłem się zalogować do mojego konta e-mailowego i szedłem schylony, z nosem przy bruku, pomiędzy kostkami szukając hasła do tego konta, zapisanego jakoby na skrawku papierowej chusteczki do nosa.
Barona Romana Fiodorowicza von Ungern-Sternberg zawdzięczamy Ferdynandowi Ossendowskiemu. Nie jego istnienie jako takie, które złożyć należy na karb działalności rodziców barona, ale jego ciągłe, po prawie stu latach, istnienie w sferze kultury. Ossendowski oczywiście zasługuje na osobny tekst, ale o nim innym razem. Teraz powiedzmy tylko, że zapewne mało kto słyszałby o jednym z wielu walczących z bolszewikami watażków, gdyby Ossendowski w latach dwudziestych nie napisał i nie wydał swojej powieści „Przez kraj zwierząt, bogów i ludzi”, w której mieszając prawdę z fikcją (złośliwi powiedzieliby: z konfabulacją) opowiedział historię swojej burzliwej podróży z opanowanego przez bolszewików Irkucka, do Mongolii i potem, dalej, do Tybetu (gdzie, jak się zdaje, nigdy nie dotarł). Rzecz stała się światowym bestsellerem i do dziś wcale się nie zestarzała, dalej przyjemnie czyta się o konnych pościgach, strzelaninach z bolszewikami i „dzikimi” Buriatami, o posiadających tajemne moce lamach-wojownikach i rozbójnikach tybetańskich.
I wreszcie o samym Krwawym Baronie, w książce Ossendowskiego postaci szalonej, na swój sposób wzniosłej, tajemniczej – i, owszem, krwawej.
A zatem, kim był Krwawy Baron?