Hierofanie: turystyka jako pielgrzymka

Zainspirowany zapewne Andrzeja Fiderkiewicza obroną kołowej koncepcji czasu i moim własnym powrotem do Eliadego, myślę wiele o tym, że raczej nic się nie zmienia, że żyjemy w świecie tak samo wypełnionym sacrum, jak pełen tych pęknięć przestrzeni (miejsca sakralne) i czasu (święta) był świat naszych przodków. Mit jest osnową naszej rzeczywistości tak samo, jak był tysiąc i pięć tysięcy lat temu. To, co bierzemy za świeckość jest tylko inną, nową świętością, nierozpoznaną jeszcze, bo żywą. Więc tak samo, lecz inaczej, oczywiście; może ów kołowy, powracający czas nie jest okręgiem, lecz spiralą, rozszerzającą się z każdym cyklem? Lub zwężającą się ku zapaści, kto wie.

Jednak świeckim wydaje się nam nasz świat tylko dlatego, że świętość jako osobną od świata zauważamy tylko wtedy, kiedy jest już świętością minioną, świętość żywa jest osnową naszych konceptualizacji rzeczywistości, więc jej transcendencję dostrzec trudno, bo jest ona dla nas raczej narzędziem, niż przedmiotem poznania.

Pisałem już w ten sposób o demokratycznych wyborach; teraz zastanawiam się nad turystyką.

Wydaje mi się, że turystyka to pielgrzymka. Święta podróż i podróż ku świętości. Sakralny charakter mają krajobrazy z folderów: pejzaż z wieżą Eiffela jest pęknięciem przestrzeni świeckiej, codziennej. Pęknięciem jest biała plaża z palmami nad turkusową laguną, skyline Manhattanu. Potrzeba „zobaczenia na własne oczy” jest sakralna. Obcowanie z obrazem Kaaby w Mecce czy Czarnej Madonny w Częstochowie nie jest równoważne z osobistymi odwiedzinami tamże. Nie jest hadżi ten, kto tylko oglądał zdjęcia z Mekki. Ktoś, kto obejrzałby krajobraz dookoła wieży Eiffela w najdoskonalszym kinie trójwymiarowym i Bóg jeden jeszcze wie jakim, ze względu na sakralny charakter turystyki wciąż nie mógłby powiedzieć „widziałem wieżę Eiffela”, chociażby miał nawet przekonanie, że w tym kinie widział ją lepiej, dokładniej, niż mógłby ją zobaczyć osobiście. Osobiste uczestnictwo jest kluczowe. Wieżę Eiffela się nawiedza, tak jak muzułmanin nawiedza Mekkę. Aby być kimś, kto był pod wieżą Eiffela trzeba złożyć ofiarę z pieniędzy i zmęczenia, inaczej pielgrzymka nie jest ważna. Wieża Eiffela jest święta, tak jak święte są Wawel, Ground Zero i Strawberry Fields, Bazylika św. Piotra, Plac Czerwony, kanały Wenecji i napis „Hollywood” w Los Angeles. Znaczenia ich świętości nie potrafimy precyzyjnie opisać, ponieważ przeżywamy ją autentycznie, żyjemy nią.

Podróże do białych, słonecznych plaż pod palmami są zaś powrotem do mitycznego „złotego wieku”, do czasów rajskich sprzed skażonej grzechem doczesności, do czasów sprzed trosk i kłopotów. Jak grecki teatr, są misterium, przeżyciem i odegraniem mitu, które ma jego współczesne znaczenie wzmocnić i utrzymać jego aktualność i trwanie.

Wzmacniają to jeszcze obrazy różnych luksusów all inclusive, sugerujące darmową, rajską obfitość. Darmową oczywiście tylko w granicach samego święta, ale darmową, bo płacić za nią przychodzi w czasie zwykłym, przed lub po święcie. Uczta eschatologiczna również jest za darmo.

Chrześcijanie idąc Drogą Krzyżową uczestniczą w dziejącej się poza czasem Męce Pańskiej. Ci sami chrześcijanie, jadąc na all inclusive do Egiptu uczestniczą w podróży do rajskiego ogrodu sprzed historii i czasu, do ogrodu wszelkiej obfitości, w którym do woli można jeść i pić, uciekając na chwilę spod strasznego cienia śmierci i śmiertelności w ogóle. Pod palmami wyzwalamy się na chwilę z niewoli przemijania. Towarzysząca takim wyjazdom atmosfera seksualnej swobody również wydaje mi się być właściwa czasowi świętemu – święto zawiesza normy i zasady czasu zwykłego. Właściwa już seksturystyka to zaś spotkanie z hierodulami, świątynnymi niewolnicami i niewolnikami, kontakt z nimi to zjednoczenie z nieosobowym, nieokreślonym, tym niemniej autentycznie istniejącym i potężnym bóstwem młodości i miłości, którego w zwykłym czasie, poza świętem spotkać nie sposób.

All inclusive to jednocześnie chrześcijański raj i pogańskie bachanalia. Na wakacjach w Egipcie czy w Turcji bogowie współczesności pozwalają swoim wyznawcom cieszyć się życiem bez winy i wstydu, bez przykrych konsekwencji, what happens in Vegas stays in Vegas. Na komputerach hadżi kolekcjonują pątnicze pamiątki, zdjęcia z cyfrówek jak muszle świętego Jakuba. Skoro byli już na słońcu i na plaży, skoro przeżyli Święto – życie się dopełnia i domyka, czas zwykły jest tylko wspominaniem świąt minionych i oczekiwaniem na te, które dopiero mają nadejść, bo to Święto jest życiem prawdziwym, a samo życie jest tylko Święta wigilią.

Ogłoszenia parafialne

Na koniec roku trochę tekstów nieliterackich. W wydawanym przez Deutsches-Polen Institut z Darmstadt „Jahrbuch Polen 2012″ i nowym, styczniowym już, acz ukazującym się jeszcze w grudniu numerze „Znaku” ukaże się mój duży esej pt. „Tożsamość samotna”, odpowiednio po niemiecku i polsku, zaś w nowym, trzecim już numerze dorocznego kwartalnika „Czterdzieści i Cztery” szkic „Moja melancholia. Zamiast manifestu”, tekst może odrobinkę już przeterminowany, sprzed paru najświeższych moich przewartościowanych, ale wierzę, że ciągle interesujący.

Ponadto w świątecznej „Polityce” nowa moja „Kawiarnia literacka”, ale to już akurat tekst raczej literacki, jak sama nazwa wskazuje.

Zapraszam do lektury, życząc dobrych Świąt Bożego Narodzenia. Sol Invictus i Dziw Pacierz niech będą Wam przychylni.

Sam zaś se poradziycie poczitać po jakiymu sie u nŏs rychtuje jŏdło na Wilijŏ. Jak uwarzić kōnopiŏtka sōm żech tam napisŏł, wele tego, co mi mamulka pedzieli i tako u nŏs na Wilijŏ jymy.

Żyję

Przedwczoraj i wczoraj na kilkanaście godzin Warszawa, a grudzień jak w Mediolanie. Rankiem, z balkonu ŁO zrobiłem zdjęcie skyline’u, ostatni raz, bo ŁO wybiera się iwaszkiewiczyć w kraju znanym z brzydkich kobiet ale to pewnie nieprawda, i z tego znanym, że hasał w nim Pasek co z Czarneckim rzucił się przez morze.
Lubię Warszawę.

Wcześniej spałem z pewną czarną bohaterką literacką, która ma już wszczepiony chip, a potem przyszedł również Prezes i zawieszona w powietrzu ich obecność, a głownie sierść, na którą jestem uczulony wygnały mnie na ten balkon, żeby na chwilę chociaż wiatr owiał oczy załzawione i mordę spuchniętą.

Oczywiście, opuchlizna miała również coś wspólnego z wypitą poprzedniej nocy żołądkową i innymi napojami, co potwierdzały znaczące spojrzenia kelnerek, kiedy rano piliśmy kawę w tym samym lokalu, co poprzedniego wieczora, co było, przyznaję, trochę nieprzyzwoite.

A potem szedłem sobie tym grudniowym Mediolanem, słuchając CNQ, tak głośno, że zza fortepianu nie było słychać nawet tramwajów i pomyślałem sobie, że nie mam żadnej mądrości, którą mógłbym przekazać światu. Chciałbym mieć taką mądrość, ale nie mam.

Uśmiechnęła się do mnie dziewczyna w czerwonej sukience i jasnym płaszczu, rozpiętym w pełnej optymizmu prefiguracji kwietnia, szła szybko, stukając obcasami szpilek.
W tramwaju uklęknęła Cyganka z kilkuletnim dzieckiem na ręku i śpiewała po rumuńsku piękną piosenkę, śpiewała żebrząc, mocnym, jasnym głosem. Mężczyzna, nad którym stałem odwrócił się do okna i płakał. Ja nie płakałem.
Na dworcu, będąc nieco roztargnionym próbowałem wyciągnąć pieniądze z wpłatomatu, nie rozumiejąc, dlaczego maszyna odmawia mi tej prostej czynności i nie rozumiejąc, dlaczego żąda, bym wpisywał numer konta. Śmiało się ze mnie dwóch nastolatków, świadków mojej kompromitacji; popatrzyłem na nich groźnie, ale wcale się mnie nie przelękli. Za stary, za gruby, żeby nas dogonić, myśleli, mogą śmiać się bezkarnie.
Kupiłem gazetę, ale jej wcale nie czytałem, po co miałbym czytać gazetę?
Kupiłem bilet.
Stałem na peronie, ludzie czekają nerwowo, jakby Eurocity Sobieski był ostatnim pociągiem z oblężonego miasta, z którego chcą uwieść siebie, rodziny i dobytek.
Siadłem w pociągu. Pociąg ruszył, ja z nim, bo taki jest rzeczy porządek, pamiętaj o tym, błaźnie, zachorujesz na zdrowy rozsądek, ozdrowiejesz na chorą wyobraźnię.
Z zazdrością myślałem o „Ręce Flauberta” Renaty Lis. Słuchałem muzyki. Myślałem o tym, że nie mam żadnej mądrości.

W Warsie chciałem zjeść obiad i napić się piwa (kurczaka na kuskusie, znośny i mają takie całkiem dobre Dawne), ale jakiś dżentelmen starej daty zapytał się zdawkowo „czy można”, mnie zatkało, a on nie czekając na mój protest natychmiast zasiadł naprzeciwko, przy malutkim, dwuosobowym stoliczku. A garnitur miał potworny, trzyczęściowy, jak z kotary uszyty. Być może dżentelmeni starej daty uważają, że takie jest decorum pożywiania się w wagonach restauracyjnych. I tak moglibyśmy sobie intymnie jeść razem, spoglądając sobie czule w oczy i w talerze, ale dżentelmen pachniał intensywnie oldspajsem i nastroszonymi wąsami, w których posiadał jeszcze resztki poprzedniego posiłku, a ja, kiedy już odzyskałem panowanie nad ciałem, wstałem i odszedłem jak niepyszny, jak piesek od miski przez buldoga odegnany, żadnej przemocy, tylko krótkie warknięcie, ogon pod siebie i do budy, wróciłem na swoje miejsce głodny i spragniony i wróciłem do lektury szczotek świetnej powieści, o której nie mogę powiedzieć ani słowa, więc nie mówię.
Patrzyłem za okno. Równina.
Patrzyłem za okno. Miasto.
Patrzyłem w sufit. Światła.

Poszedłem na koniec pociągu, przycisnąłem telefon do szyby i nagrałem minutę uciekających w przeszłość torów w jakości HD, często tak robię, sam nie wiem po co, mam już dużo takich minutowych filmów, fascynują mnie uciekające w przeszłość tory, słupy i nasypy, ich dramatyczna perspektywa malarska i eschatologiczna i biograficzna. A kiedy przycisnąć telefon do szyby, to obraz jest stabilny. Nigdy potem tego nie oglądam, bo po co oglądać minutowy film z uciekającymi w przeszłość torami, ale jednak ciągle nagrywam. Żeby coś ocalić.

Przez chwilę chciało mi się papierosa, ale jak dojechaliśmy do Katowic, to już mi się nie chciało.
Mój przyjaciel ma bardzo, bardzo chorą córeczkę.
W Katowicach również ciepło, znowu szedłem i muzyka.
Myślałem o maleńkim ciele tej dziewczynki, tak małym, że mieści się w dłoniach. Ma na imię Ania.
Jakiś chłopiec grał na gitarze w podziemiach dworca, nie dałem mu ani grosza. Bo był daleko. Gdyby był blisko to może bym dał, chociaż i tak miałem słuchawki w uszach, więc to nie byłby grosz uczciwie dany.
Nie mam żadnej mądrości.

Szedłem i nienawidziłem banków, które przesiąkają miasto jak grzybnia pastelowych kolorów, wzruszających billboardów pełnych optymistycznych obietnic, świecących nocami reklam, przesiąkają, rozpierają się tłustymi zadami babilońskich kurew, wylewają się z okien i witryn i wypierają z miast wszystko inne, wszędzie banki, tylko banki, ich oddziały jak wrogie sztandary nad zdobytymi twierdzami. Ale to też nie jest mądrość.

Mój przyjaciel ma dużo mądrości i ma bardzo, bardzo chorą córeczkę, której ciałko mieści się w dłoniach.

Ja nie mam żadnej mądrości, mam za to paru przyjaciół i trochę zaprzyjaźnionych książek.
Żyję, sobą i w sobie i w innych ludziach, w tym, co we mnie zmieniają i w tym, co w nich sobą zmieniam nieodwracalnie i już pozostawiam zmienionym, w bliskich i dalekich, żyję w tym mężczyźnie, co płakał w tramwaju i w przyjaźniach i nawet we wrogach moich żyję. Żyję.

Rano zapaliłem papierosa przed śniadaniem, mroźną drogą po bułki. Smakował. Nie jestem mądry. Żyję.

Święto

Dziwną zastałem dzisiaj Warszawę. Podnieconą, poważną, milczącą: czerwono-białe flagi, znaczki Kolorowej Niepodległej, wszyscy mijają się w ciszy, z wyszukaną uprzejmością, zasadzającą na tym, że nie zauważa się nadchodzących z naprzeciwka Wrogów – odpowiednio, polskości lub tolerancji. Jatka pewnie będzie później. Pan Krzesełko obok Rotundy wzbogacił swój instrument: nie wali już tylko w samo krzesło, dziś na swoim instrumencie miał inne, odświętne brzmienia, puste kanistry głuche jak tam-tamy i czajnik jak cymbał brzmiący.

Drażniłem się kilka dni temu z moją piękną siostrą, która niewiele mówi o swoich przekonaniach, acz wydawały mi się zawsze raczej feministyczne i liberalne; potwierdzają to też lektury przy łóżku. Aby więc siostrę podrażnić, zapytałem trochę sarkastycznie, czy wybiera się do Warszawy, blokować faszystów: odwarknęła słusznie, że jest ze Śląska, więc nie chodzi na żadne marsze ani blokady. Dodając chyba jeszcze „głupka”, nie bez kozery.

Jest w tym prawda o nas, o niej, o mnie i w ogóle o Ślązakach. Nie wykluczałbym, że nawet na Marsze Autonomii Ślązacy chodzą trochę wbrew swojej naturze; ja nie poszedłem, w maszerowaniu jest coś istotnie nieśląskiego.

Ale tak się składa, że jestem dziś w Warszawie i uśmiecham się życzliwie zarówno do „faszystów” z flagami jak i „wrogów Niepodległej” z dredami. Jeśli w ogóle jestem w stanie się do kogokolwiek życzliwie uśmiechnąć, może więc raczej krzywię się do wszystkich z nienawiścią, nie wiem. Na pewno trudno mi znieść widok dzieci, którym patriotyczni rodzice zakładają na głowy powstańcze hełmy z plastiku, bo zarówno moja wyobraźnia jak instynkt ojca podpowiadają mi wtedy straszne obrazy, ale na to próbuję nie patrzeć.

Więc Warszawa maszeruje i kontrmaszeruje, a ja, śmieszny, głupi Ślązak, za Filipem Memchesem, chociaż z innych powodów, to tak jak on, wybieram postawę Piszczyka.

Hierofanie: dlaczego chodzę na wybory?

Głosowanie w wyborach nie wydaje mi się być aktem politycznym. Demokratyczna narracja o „obywatelskim obowiązku”, sięgająca ku obrazom agory, ku republikańskim wizjom polityki jako powszechnej dbałości o „dobro wspólne” to tylko mit założycielski, opowieść fundacyjna. Przez to oczywiście jest prawdziwa i ważna: jest to jednak ważność mitu, ważność opowieści o Romulusie i Remulusie, nie zaś opis faktycznej rzeczywistości społecznej.

Wybory demokratyczne to misterium organizujące symboliczne struktury życia społecznego. Wartość jednego głosu jest tak mała, że spokojnie można uznać ją za pomijalną. Wbrew temu, co głoszą kampanie zachęcające do głosowania, jeden głos wcale się nie liczy. Liczy się milion głosów, ale milion głosów nie istnieje jako podmiot. Podmiotem polityki jest „wola ludu”, ale ta z kolei jest tutaj niepotrzebną hipostazą: naprawdę istnieją tylko pojedyncze krzyżyki w kratkach, pojawia się również wynik wyborów, którego znaczenie jest fundamentalne, jak wynik auspicjów przeprowadzanych przez augura, albo jak chińskie wróżby z pękającej w ogniu skorupy żółwia. Z jednym głosem, który związany jest z podmiotowością głosującego, wynik ten nie ma jednak żadnego związku.

Co za tym idzie, głos jednego wyborcy ma znaczenie wyłącznie osobiste, dla tegoż wyborcy. Akt głosowania to misterium udziału we władzy. Prawdziwy, bo symboliczny. Jak na spektaklu „Ifigenia w A…” Gardzienic: uczestnicząc w misterium teatru jesteśmy nie tylko widzami, lecz w pewien sposób stajemy się greckimi żeglarzami, którzy żądają od Agamemnona ofiary z jego córki, Ifigenii – bo nie wieje. Stajemy się nimi prawdziwie, bo symbolicznie. Uczestniczymy w dramacie.

Głosowanie to jednocześnie apogeum karnawału kampanii wyborczej. Oto władcy upokarzają się przed władanymi, łaszą się do władanych, zalecają się do nich, kuszą, próbują się władanym przypodobać, aby potem spokojnie pogardzać nimi przez cztery lata, aż cykl się zamknie. Takie karnawałowe odwrócenie ról jest jednym z klasycznych archetypów naszej cywilizacji, ma wielkie znaczenie dla antropologii władzy. Chłop królem; król chłopem. Książę na moment zamieniony w sługę (i w Chrystusa jednocześnie) umywa nogi żebrakom. Żacy na czas juwenaliów otrzymują klucze do bram miasta. Średniowieczne Święto Głupców.

Służy te misterium precyzyjnemu rozgraniczeniu władających od władanych, jak również ich integracji, służy podtrzymaniu symbolicznej definicji ról społecznych, przez ich chwilową zamianę rozjaśnia ich granicę, definiuje je ściślej. Jest sakramentalium demokracji, aktem odnowienia transcendentej legitymacji władzy. Cyklicznym odnowieniem mitu.

Apogeum karnawału jest więc akt głosowania: po festiwalu pokornych zalotów, władani dokonują symbolicznego aktu rządzenia; a jednocześnie władcy są poddawani rzeczywistemu skrutynium. Niczym germański kuning poddający swoją władzę ślepemu losowi, ordaliom sądu bożego (np. w walce na miecze) a więc odwołujący się do transcendentalnej sankcji swojej władzy. Jak rzymski konsul, który przed bitwą pyta bogów, mówiących lotem drapieżnych ptaków, o to, czy dziś na stoczenie tej bitwy pozwalają.

Władający w demokracji odwołują się do losu, do transcendencji, która sankcjonuje ich władzę, do ślepej i głuchej woli ludu, a więc do woli wszystkich i nikogo, do woli bezosobowej jak panteistyczne bóstwo, które jednocześnie jest, bo jest we wszystkim i go nie ma, bo nie ma go osobno. Jest to więc transcendentna sankcja władzy, przez swoją masowość ponadludzka i pozaludzka. Funkcjonalnie jest to sankcja boska, tak samo jak funkcjonalnie boską sankcję miała władza średniowiecznego monarchy.

Jeśli tych mitologicznych struktur nie dostrzegamy, albo uważamy je za istniejące w sposób odmienny od mitologicznych struktur przeszłej władzy, to dlatego, że są to mity żywe – tak samo jak żywi byli Mars z Jowiszem, wzbraniający zebrać się Senatowi i jak żywą figurą Chrystusa był średniowieczny król, w całym jego królewskim kapłaństwie.

Akt głosowania nie jest dla mnie więc działaniem politycznym. Dokonanie wyboru, na podstawie przesłanek tak przecież skąpych i wątpliwych, nie jest aktem racjonalnym, lecz czymś w rodzaju duchowego ćwiczenia. Zagłosowałem jakbym wiwatował na placu przed Luwrem, wołając „umarł król, niech żyje król”. Mój okrzyk nie ma znaczenia, lecz gdyby nikt nie krzyczał, nowy król nie stałby się królem.

Nie pozwalam sobie na pełne obrzydzenia zdystansowanie się od polityki, aby nie pozwolić sobie na zapomnienie, że przed Lewiatanem nie ma ucieczki. Jestem politikon zoon, jak każdy. Wewnętrzna emigracja, wewnętrzna pustelnia to ułudy, to oszukiwanie samego siebie, a, jak wiemy od La Rochefoucauld, nikomu tak łatwo nie pozwolamy się oszukać, jak sobie samym – na własne kłamstwa trzeba więc uważać szczególnie.

Z pewnym smutkiem stwierdzam, że de Maistre ma rację: człowiek był, jest i będzie rządzony. Wolałbym, aby było inaczej, chciałbym móc wierzyć, że możliwe jest objęcie zakresem człowieczej wolności również sfery politycznej, ale, niestety, tutaj akurat nie potrafię sam siebie okłamać. Nie wierzę zatem Thoreau i całemu łańcuchowi myślicieli po nim, dla których demokracja liberalna jest ostatecznym wyzwoleniem człowieka spod rządów, rozrzedzeniem władzy i zespoleniem rządzących i rządzonych w jedno. Podobnie zakładają chyba konserwatyści i reakcjoniści, z tą jedynie różnicą, że się im to nie podoba – jednak razem z miłośnikami demokracji wierzą w jej całkowicie odmienny od uprzednich form rządu charakter i znaczenie, uznając ją za „anty-porządek” i „anty-władzę” i „anty-państwo”.

Mnie zaś dziś demokracja liberalna wydaje się po prostu kolejnym ze wcieleń podstawowego archetypu, zakorzenionego w ludzkiej naturze, w samej istocie człowieka. Ma swoje mity i bóstwa, ciągle jeszcze żywe. Jest Lewiatanem, przed którym nie ma ucieczki.

Ludzie na Plantach

Bardzo ciepłe, wrześniowe popołudnie. Ubogi człowiek śpi na ławce na Plantach, przykryty wzorem z liściastych cieni. Trochę jeszcze punk: kolorowe sznurówki w glanach, pod ławką schludnie spakowany plecak na aluminiowym stelażu, podwinięte dżinsy ze spłowiałą naszywką. Ale bardziej już kloszard: brudna kurtka, cztery warstwy ubrań mimo upału, ta tajemnicza mądrość bezdomnych. Straszne strupy na twarzy i szyi. Śpi z szeroko otwartymi ustami: brak mu górnych jedynek i dwójek, nagie, miękkie dziąsło, a w nim wampirze kły. Śpi, podłożywszy pod policzek obie dłonie w geście niewinnej, sennej modlitwy, w geście tak dziecięcym, że przechodząc obok niego przełykam ślinę raz za razem, aby się nie rozpłakać – mój syn sypia w ten sposób. Potem brzydzę się sobą, za tę czułostkowość, która w rzeczywistości jest przecież pancerzem, od którego odbija się nieszczęście obcego człowieka.

Potem dwoje flamandzkich Belgów, znowu z plecakami, dziewczyna i chłopak, pytają mnie o drogę: nie znam ulicy, o którą pytają, ale rozmowa z nimi sprawia mi dziwną przyjemność, może dlatego, że cały dzień milczałem, nie rozmawiałem z nikim o niczym, więc bardzo staram się im pomóc, szukam ulicy na mapie w komórce. Oboje bardzo ładni, chociaż bynajmniej nie piękni, bardzo odlegli od piękna: zdrowi, zamożni, dobrze zbudowani, ostre linie szczęk, jasne oczy i włosy. Chłopiec jest mojego wzrostu, lecz bardzo szczupły, dziewczyna jest rosła, ma duże piersi i szerokie biodra. Podobają mi się razem. W końcu znalazłem tę ulicę: dziękują mi wylewnie i idą w swoją stronę, ulotna, płytka i intensywna serdeczność backpackerskich zażyłości. A może teraz już nikt nie używa tego słowa? Nie wiem. Nie sądzę, bym mógł jeszcze kiedyś zanocować w hostelu z „prawdziwą, backpacerską atmosferą”: nie zniósłbym chyba tego modelu relacji dłużej niż przez kilka minut. Nie chcę już poznawać ludzi.

Varia o Máraim i Cioranie, dla odmiany

Chciałbym już ich nie czytać tak dużo, nawet się wstydzę, że ciągle ci dwaj i jeszcze Subtelny Łowca na dokładkę, więc ostatnio czytam co innego, dużo, ale żadnych powieści, tylko biografie, dzienniki, wspomnienia i trochę popularnej historii. Ale na stoliku nocnym leżą i wypełniają mi nierzadką bezsenność i o nich głównie mi się myśli.

***

Będąc absolutnym ekstrawertykiem z bezsilną zazdrością podziwiam milczenie introwertyków, wydaje mi się szlachetniejsze, mam zawsze w konfrontacji z introwertyzmem poczucie własnej niezręczności, hałaśliwości, niestosownego obnażania się w każdym słowie i geście, jakbym nie potrafiąc jeść nożem i widelcem zasiadał do wytwornej kolacji w eleganckim towarzystwie.

***

Minęło pięć lat, jak znam się z Máraim. Wcześniej coś czytałem, ale intymność tej relacji zrodziła się latem 2006 roku, na Spitsbergenie, targałem ze sobą „Dziennik” w plecaku, jakby nie dość mi było trzydziestu kilogramów. Od tego czasu nie było miesiąca, żebym po tę książkę nie sięgnął.

Byłem wtedy, pięć lat temu, kimś zupełnie innym, niż jestem dziś: byłem młodszy, bezdzietny, lepszy, nieco głupszy, dużo weselszy i grubszy, chociaż tak samo skłonny do melancholii jak dziś. Piłem mniej, paliłem więcej, miałem światopogląd, lepsze zdanie o ludziach, mniej pieniędzy i więcej czasu. Gotowałem i pisałem gorzej, piłem gorsze wina i sądzę, że byłem też raczej przyjemniejszy towarzysko.

Przestrzenie głupoty przebyte w ciągu tych pięciu lat uświadamiają mi ile jeszcze głupoty do przebycia przede mną, całe życie idioty w świecie złudzeń; jak bardzo głupi jestem teraz, tego oczywiście dziś nie dostrzegam, ipso facto.

„Dziennik” mnie zmienił. I nie chodzi tutaj o jakieś gwałtowne przewartościowania, które mi się owszem przydarzyły, ale później i od Máraiego raczej niezależnie. Zmiana wydarzyła się gdzieś pomiędzy mną o światem, moje smutki i gorycze wcześniej nienazwane nagle znalazły swój – nieswój język.

***

Im więcej czytam Ciorana, tym bardziej mnie ten nadęty kabotyn złości. Melancholia Máraiego jest surowa i elegancka, jest melancholią człowieka słusznie dumnego, człowieka klęski i pogardy dla zwycięzców. Cioranowskie rozpacze to poetyka artykułu z plotkarskiej gazety, w której aktoreczka opowiada o tym, jak pokonała depresję. Cioran wdzięczy się do tych, którymi chciałby pogardzać. Irytuje mnie tym bardziej, im bardziej podobny wydaje mi się do mnie samego. Dlatego chyba ciągle go czytam – bo to, co jest w nim autentycznie wartościowe, okrutna antropologia, mizantropiczna wiwisekcja natury ludzkiej – to i tak przepisał w całości od La Rochefoucauld. Przeglądam się w „Zeszytach…” jak w krzywym zwierciadle. Albo i nie krzywym.

Máraiego zaś czytam z perspektywy przeciwnej, jakby powoli stawał się dla mnie dobrym przykładem tego, co może być szlachetne w człowieczeństwie. Mała wyspa na oceanie mizantropii.

Cytat na dziś XVIII

Pisarz, który nie potrafi się zmobilizować do napisania powieści (tłumaczenie Valéry’ego, że nie był w stanie napisać zdania typu: „o piątej po południu hrabina opuściła pałac i udała się do miasta”, a bez takiego zdania nie ma powieści!), jest podejrzany, jak zalotnik, któremu wystarczają pocałunki i nie chce niczego więcej. Może dlatego nie chce więcej, bo nie może? Goethe słusznie sądził, że „od całowania się nikt jeszcze nie miał dziecka”. Esej, monografia, te wszystkie stylizowane na literaturę hybrydy gatunkowe to ociąganie się przed podjęciem wysiłku związanego z napisaniem powieści, bo to już nie zaloty, lecz Akt.

Sándor Márai, „Dzienniki”, 1965.