W Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku, wisi portret, za który Memling wyciągnął pieniądze od Tomasso Portinariego, florenckiego bankiera, reprezentującego filię banku Medyceuszy w Brugii. Associate manager Medici Bank Inc., używając współczesnej nomenklatury. Aksamitny, czarny dublet – zupełnie jak szary garnitur od Zegny, dyskretna obrączka.
Pan Portinari składa dłonie do modlitwy. Długie pociągnięcia pędzlem zakreśliły gotyckie jeszcze linie pociągłych palców, których opuszki delikatnie się stykają w tym akcie pobożności. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dzisiaj pan Portinari z tym samym rozsądnym i układnym uśmiechem wkładałby pieniądze do puszki z serduszkiem, wygłaszał zaklęcia o tolerancji i praktykował jogę. Nie wykluczam, że to kwestia uprzedzenia, lub mylnej interpretacji chytrze wyciosanych rysów twarzy portretowanego – być może Portinari był rzeczywiście religijny. Coś jednak, w tym pokazowym geście, tkwi, co jednoznacznie kojarzy się z obrzędami i rytuałami, jakie odprawiają wielcy naszego świata, aby dowieść swego człowieczeństwa wobec maluczkich.
Czy nasze czasy są inne, czy takie same? To odwieczne pytanie historiozofów, na które odpowiedzi jest tyle, że nie ma żadnej. Tak, jak o rewolucji francuskiej myśleć możemy według dwóch wielkich konceptualizacji jej stosunku do okresu ją poprzedzającego – w kategoriach ciągłości, jak Tocqueville i w pewnym sensie De Maistre, lub w kategoriach przewrotu, jak wszyscy inni – tak możemy sobie skonceptualizować historię jako zmienną, lub niezmienną. Bez wysiłku dowieść możemy, że każdy wiek niesie za sobą ogromną, jakościową zmianę – i tak samo, bez trudu możemy zrozumieć dzieje jako nie podlegające istotowym zmianom.
Na skrzyżowaniu 47 Ulicy i 4 Alei nad wielkim placem, rozpiera się Hemsley Building. Majestatycznie wyrasta ku niebu, pod sobą otwierając bramny przejazd, potężnymi skrzydłami obejmując plac, przy którym parkują taksówki. Niedaleko stoi również najbardziej nowojorski ze wszystkich pomników – naturalnej wielkości biznesmen, w garniturze, z aktówką i płaszczem przewieszonym przez przedramię, beznadziejnie wyciąga rękę, łapiąc taksówkę. Utrwalony w spiżu gest, powtarzany przez tysiące trybików, tysiące razy, każdego z tysięcy roboczych dni. Wyciągnięta dłoń wskazuje na porosły iglakami i irgą klomb, układający się pod opiekuńczy skrzydłem Hemsleya. Na klombie stoi inny, żywy pomnik.
Kloszard ma długie włosy, w brudno-złotym, wyblakłym kolorze, jaki przybierają włosy przedwcześnie posiwiałych blondynów. Na patriarchalnej brodzie i wąsach, ciągną się zrudziałe, tytoniowe pasma, na szerokość ust. Jest chudy, żylasty – kościstą klatkę piersiową ledwie przykrywa brudny podkoszulek. Stoi, a w dłoni ściska dużą, niebieską Biblię – wznosi ją ku gnącym się ku niebu szybom biurowca, potrząsa głową, podnosi ramiona – i krzyczy, „you motherfuckers”, do wszystkich, do budynku, do ukrytych za szybami, ciekawskich ludzi pracy, do mnie i do sprzedającego hot-dogi Hindusa. Mam wrażenie, że w jego głosie nie ma nienawiści, a ten angielski wulgaryzm, nie jest obelgą, lecz raczej wołaniem – biada wam! Biada!
Tak musieli wyglądać średniowieczni wędrowni kaznodzieje, bracia Savonaroli i Piotra Waldo, wygrażający możnym tamtego świata, tak musiał wyglądać Jan Chrzciciel, napominający Heroda. Nowojorski kloszard żywi się szarańczą naszych czasów, wygrzebując ją ze śmietników przy tylnych wejściach drogich restauracji.
Tyle znalazłem podobieństw, potem widzę różnice. Kiedyś, wszędzie, obawiano się bożych szaleńców. Wielbiono ich, jak w Rosji, gdzie nasz kloszard byłby jurodiwym, obcinano im głowy, jak Janowi Chrzcicielowi – co przecież również dowodzi ich znaczenia, lub wielbiono a potem wieszano ich i palono, jak tego szaleńca Savonarolę, który, gdyby żył w dwudziestym wieku, równie dobrze jak zginąć męczeńską śmiercią w obozie, tak mógłby w skórzanym płaszczu rozkułaczać na śmierć ukraińskich chłopów.
Tymczasem, nowojorski kloszard nie wzbudza żadnych emocji. Ignorują go nawet przechodzący policjanci, przechodnie nie zwracają na niego uwagi większej, niż na pomnik łapiącego taksówkę. Nikt nie chce zatkać mu ust, wepchnąć mu jego przekleństw z powrotem do gardła, bo nikt już nie wierzy w siłę słów. Nikt z niego nie szydzi, nikt nie przystaje, aby posłuchać tego prostego przekazu – „biada wam, you motherfuckers!” Nikt nie słucha już kaznodziejów. Telewizyjni ewangeliści, wypełniający dziury między blokami reklam, nie przekonali jeszcze mieszkańców ani jednego miasta, aby ci wyrzucili zeń lichwiarzy i nierządnice; kloszard spod Hemsleya nie zmieni Manhattanu w Bożą Republikę, co przecież udało się zrobić bratu Girolamo z Florencją, na Moście Brooklynskim nie stanie zbrojna straż, pilnująca granicy między światem boskim i ludzkim.
Nowy Jork mógłby mnie zwieść, swymi strzeliście gotyckimi ścianami ulicznych naw, z transeptami alej, chętnie uwierzyłbym, że neogotyckie maswerki i pinakle katedry św. Patryka nie tylko odbijają się w szybach drapaczy chmur, ale przenikają je jakoś i wypełniają gotycką treścią mahoniowe i jedwabne wnętrza luksusowych corner offices.
Tak jednak nie jest. Katedry nazywano imionami świętych pańskich, tutaj najwyższe ze szklanych wież są katedrami, w których czci się pychę ich właścicieli i budowniczych – Trumpów, Rockefellerów, Vanderbiltów. Protestancko rozumiane dowody na bożą łaskę – patrzcie, skoro na to mnie stać, to Bóg mi sprzyja. Oto więc jest miasto pieniądza, jego świątynia, oto Babilon. Stolica świata. To już nie wielka kurwa babilońska, która tłustym zadem umościła się nad błotnistymi brzegami Eufratu, to luksusowa call-girl, zadbana dziewczyna, biznesowo rozsądna, w wytwornej bieliźnie. Nie ma w niej dekadencji więcej niż ta odrobina, która jest warunkiem wszelkiej subtelności. To Rzym, w którym kwitnie jeszcze żywe wspomnienie republikańskich cnót (jakkolwiek nieludzkie one nie były, zarówno w Rzymie, jak i w posiadłości Waszyngtona), ale na dworze Tyberiusz urządza już orgie. Nie przyklasnę jednak tym, którzy pod ten nowojorski Rzym podkładają ogień – w końcu właśnie na Rzym Tyberiusza został stolicą świata chrześcijańskiego, od którego tytuł wziął goszczący mnie na swoim łamach periodyk. To również moja stolica.
Czy zatem historia jest chaosem, czy ładem? Czy żyjemy w czasach, jakich nigdy nie było, czy raczej nic się nigdy nie zmienia? Czy powtórzony przez układ USA – Europa stosunek Rzym – Grecja jest jedynie historycznym mimetyzmem, o którym pisze Marks w „18 brumaire’a Ludwika Bonaparte”, a więc mimetyzmem groteskowym?
Jeśli uznam ten mimetyzm za atrakcyjny na tyle, aby szukać w nim definicji samego siebie, to kim jestem?
Prowincjonalnym intelektualistą z Tracji, krainy na pograniczu barbarii i cywilizacji, dumnej ze swojej wojowniczej przeszłości, lecz lokującej się poza głównym nurtem kultury – więc prowincjonalnym potrójnie, w skali świata, tak jak prowincjonalna jest Europa (Grecja), w skali Europy, tak jak prowincjonalna jest cała Polska (Tracja) – a i w samej Tracji żyję na uboczu, daleko od wątpliwego blichtru prowincjonalnej stolicy.
To dobre miejsce.
Szczepan Twardoch
Christianitas nr 23, marzec 2005
So I went to the dentist He said Say Aaah I said Why? He said My dog’s died’ — Tommy Cooper
On every question of construction [of the Constitution] let us carry ourselves back to the time when the Constitution was adopted, recollect the spirit manifested in the debates, and instead of trying what meaning may be squeezed out of the text, or invented against it, conform to the probable one in which it was passed. THOMAS JEFFERSON, letter to William Johnson, June 12, 1823, found in The Complete Jefferson, p. 322