Pogranicza

W czasach i miejscach, pasujących do znanego od czasów pierwszych państw toposu pogranicza, człowieczeństwo ma inny wymiar, niż na miejskim bruku. Piszę – w czasach, gdyż pogranicza niekiedy przewalały się przez interior Imperiów, z prędkością i siłą pancernego walca, jak pogranicze, które za radziecką ofensywą przetoczyło się przez ziemie polskie pod panowaniem niemieckim w styczniu 1945 i trwało rok – a w górach, lasach i bunkrach, nawet kilka lat.

Pogranicze bowiem nie musi wcale być przemytniczym rajem na obłożonej celnymi posterunkami granicy, jak w Pirenejach, czy cieśninach i otwartych wodach Morza Śródziemnego. Pogranicze może rozdzielać cywilizację i anarchię, jak Dzikie Pola w XVI i XVII wieku, na których polska, chwiejna państwowość graniczyła z tatarsko-kozackim chaosem, czy sławny Dziki Zachód, gdzie Europejczycy parli na ludy w chronologii historiozoficznej młodsze o pięć tysięcy lat, tkwiące bowiem w epoce kamienia. Pogranicze może tkwić również w duszach i sercach ludzi, rozdzielając szlachetnie naiwnych w swym heroizmie antykomunistycznych partyzantów Ognia, Łupaszki i innych zapomnianych bohaterów, od tych, którzy po prostu chcieli ułożyć sobie spokojnie życie oraz od tych, którzy zamierzali żyć na pewnym poziomie, więc zostawali towarzyszami.

To pogranicze dusz i serc, na którego zaistnienie pozwoliła wojenna zawierucha, przetrwało właśnie jeszcze kilka lat po wojnie.

Mam przed sobą zdjęcie tych zapomnianych bohaterów. Stoją, smutni, w mundurach których nikt na nich nie uszanuje i nikt, poza sumieniem i honorem, od nich nie wymaga. Ściskają w rękach ruskie pepesze i diektariewy, szwabskie szturmgewejry, angolskie breny ze starych zrzutów, a za paskami parabelki, visy, brauningi, kolty i nagany.

Czy rotmistrz Pilecki, w celi ubeckiej katowni, w myślach przebiegał po tylekroć wcześniej czytanych linijkach O naśladowaniu Chrystusa Tomasza a Kempis, czy raczej wspominał znany kształt kolby od parabelki – jak potem w innym, gorszym kontekście napisał Stanisław Staszewski? Zapewne myślał raczej o swoim Mistrzu, bo na wyżyny człowieczeństwa, wielkości i szlachetności wspiął się jak Chrystus – bezbronny, pobity, zelżony, z zagipsowanymi ustami i skrępowanymi dłońmi, z kulą z tetetki wbitą w potylicę.
Jednak jego pozostający w lesie koledzy i towarzysze (bo wtedy jeszcze nie końca spaskudzono to szlachetne słowo) do realizacji swojej szlachetności, którą odarli z nadziei i ubrali w rozpacz, potrzebowali broni. I dlatego ściskają w dłoniach te breny i pepesze, tylko chłód metalu i szczęk zamka przypomina im, że ciągle są wolni.

Na innym pograniczu, trzydzieści lat wcześniej, pisarz, podróżnik i awanturnik, Ferdynand Ossendowski wymknął się cichcem do tajgi z opanowanego przez bolszewików Krasnojarska. Tu przyjaciele przysłali mi karabin, 300 naboi, siekierę, nóż, kożuch, herbatę, suchary, sól i kociołek. – pisze w swojej bestsellerowej powieści-reportażu „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”. I tym sposobem on, mieszczuch, określający sam siebie anachronicznym dla nas terminem człowiek kulturalny (dziś powiedzielibyśmy cywilizowany), po krótkim przeszkoleniu przez kozackiego trapera i poszukiwacza złota, przeżył pięć samotnych, zimowych miesięcy w skutej lodem i zasypanej śniegiem tajdze. Karabin, dobry Manlicher, był jego jedynym żywicielem, jedynym obrońcą i jedynym kumplem. Nożem ścinał metal, produkując grzybkujące, półpłaszczowe pociski domowego wyrobu – u pięciu kul mego karabina ściąłem wierzchołki niklowe i sfabrykowałem tak zwane dum-dum – aby zwiększyć swoje szanse wobec brunatnego niedźwiedzia, któremu zamarzyło się wygnać Ossendowskiego z jego ziemianki. Tak dbał o swoją wolność od natury, tak on, lemowski bladawiec zapewniał sobie pozycję władcy tajgi. Kule, wypychane przez gazy płonącej nitrocelulozy, były jego królewskimi edyktami, o niezmiennie tym samym brzmieniu: będę żył, przetrwam, ja zjem was, nie wy mnie.

W każdem kulturalnym człowieku, wówczas gdy zachodzi konieczność surowej walki o byt, może odrodzić się pierwotny człowiek – myśliwy i wojownik, który dopomaga mu w walce z naturą. W tem jest przewaga człowieka kulturalnego nad niekulturalnym, który nie posiada dostatecznej wiedzy i siły woli do prowadzenia zwycięskiej walki. – aby jednak w człowieku kulturalnym, czyli cywilizowanym mógł odrodzić się myśliwy i wojownik, potrzebuje on karabina – zbyt długo siedział za biurkiem, aby posłużyć się opaloną w ogniu włócznią, zbyt długo gapił się w ekran komputera, by celnie strzelać ze skleconego z cisu łuku. A z karabina nauczy się strzelać w dwa wieczory, naciśnie spust i jak łaskotanie – tu śmierć, tu życie.

A potem Ossendowski opuszcza pogranicze kraju człowieka z krajem niedźwiedzia, głuszca i marala, i przenosi się na pogranicze bliższe pograniczu Pileckiego i Łupaszki, ale bogatsze, bo wielowymiarowe.

Kiedy kilka lat temu jeździłem konno dookoła jeziora Chubsguł, które Ossendowski nazywa Kosogołem, anglojęzyczni zapisują jako Khovsgol, zaś Mongołowie i tak nazywają je po swojemu, dźwiękiem, wobec którego nasz alfabet pozostaje bezradny, przekonałem się, że również to pogranicze minęło. Znajdowałem jego ślady – chociażby drewniane, syberyjskie domki pośród mongolskich jurt, ślad po rosyjskiej faktorii handlowej, która teraz jest Khatgałem – mongolskim miastem wojewódzkim, liczącym sobie okrągłe pięćset mongolskich dusz.

Zaś w 1921, kiedy do Mongolii z Syberii przeprawiał się Ossendowski, było to pogranicze wielowymiarowe: między bolszewikami, a białymi, między prawosławiem, komunizmem, szamańskimi wierzeniami i buddyzmem, między uciekinierami i goniącymi, między chińskimi gubernatorami, carskimi oficerami i sowieckimi komisarzami, między bandytami, ofiarami i bojownikami za ideę. Wreszcie, między trzeźwą rozwagą pana Ferdynanda czy Mongoła-komunisty Suche-Batora, a krwawym szaleństwem barona Ungern von Sternberg, estońskiego Niemca, kozackiego oficera, buddysty, chana Mongolii i wariata w jednym.
I tak jak Wild West miał swoje rewolwery i dźwigniowe sztucery (chociaż, podobno, akurat nie te, które wisiały u pasa i siodła Johna Wayne’a), tak Syberia i Mongolia roku 1921 miała swoje mosiny, nagany i mauzery – zapewne w wersji bolo, którymi Niemcy tak hojnie obdarowali Rosjan, dorzucając je gratis do zapieczętowanego w wagonie Lenina. Ossendowski kupił swój magazynkowy rewolwer Mauzera od pewnego bolszewika, za sukienne spodnie – przedmiot westchnień komunisty, który wcześniej pozbawion był przywileju posiadania bryczesów. Bez szczególnego współczucia pisze potem Ossendowski o innych bolszewikach, których za pomocą bolszewickiego pistoletu wysyłał hurtowo na łono Marksa i Engelsa. Bo takie były czasy.

Każde pogranicze ma swoją broń, swoich uzbrojonych bohaterów i łajdaków. Pogranicza rodzą się i umierają, od czasów, zapewne, najwcześniejszych faraonów, po dziś dzień. Dlatego, nie śmieję się z Amerykanów, którzy, zainspirowani filmami w stylu Mad Maxa, oczekując apokalipsy upychają w przydomowych schronach swoje survival kits, karabiny i całe skrzynie nabojów. Nie śmieję się, bo na pogranicze nie trzeba wcale wyjechać. Czasem to pogranicze przychodzi do nas.

Szczepan Twardoch
Broń i Amunicja nr 3/2006, czerwiec 2006

2 thoughts on “Pogranicza

  1. Only a free and unrestrained press can effectively expose deception in government — Hugo Black, Supreme Court Justice