„Oinia publiczna nie może wybaczyć Jüngerowi jego manewrów i zdolności za które dostał medal „Pour le merite” w czasie pierwszej wojny: umiejętności odwrotu i samodzielnego trwania na straconej pozycji, bez wodzów, pałkarzy, puzonistów. (…) Cóż za horror, ów „elitaryzm”, ów arystokratyzm. Cóż za horror być człowiekiem, który wobec mordu dokonywanego na całych narodach, wstrząśnięty jest najbardziej zbrodnią katyńską – nie dlatego, ze zabito tam bezbronnych, że zabito Polaków, ale że zamordowano tam jego kolegów oficerów. Cóż jednocześnie za zazdrość naszych współczesnych klerków-ideologów: tak blisko był wodza, mógł zrobić prawdziwą karierę, rządzić duszami, ba, nawet wódz go otaczał podziwem, a on nie chciał. Jak nie chciał po wojnie profilować się grzebaniem w jego rozkładającym się do dziś ścierwie. A mógł, odmieniając na przykład termin „opór” na wszystkie sposoby (…) Dlatego sprzedajni „demokraci” muszą rzucać się na „faszystę”, żeby przekonać wszystkich, iż w okresie, gdy wódz panował, zachowywaliby się podobnie, dając tym samym w swym koniunkturalizmie dowód, że lizaliby buty satrapy, jak teraz je konformistycznie liżą większościowej «opinii publicznej».”
Wojciech Kunicki
W przeróżnych zbiorach cytatów sławne „Wiele się musi zmienić, aby wszystko pozostało po staremu” przypisywane jest głównemu bohaterowi „Lamparta” Tomaso di Lampedusy, Fabrycjuszowi księciu Salina. Tymczasem, słowa te wypowiada siostrzeniec księcia, Tancredi, przyłączając się anty-burbońskiej rewolucji (swoją drogą, czy była w Europie dynastia, przeciwko której poddani skutecznie wystąpili więcej razy?). Książe Salina sam nie zmienia niczego – arystokrata nie dworski, lecz prawdziwie feudalny, pan swych poddanych, przyzwyczajony jest, że jego wola spełnia się sama mocą jego autorytetu – jest odgadywana, nie potrzeba nawet jej wyrażać – gdy rzeczywistość obracać się zaczyna przeciwko niemu, staje się bezsilny. Książe Salina w roku 1860 ma pięćdziesiąt lat – jest pięknym, silnym, jurnym mężczyzną i jednocześnie, już wtedy jest martwy. Jako element organicznego, odwiecznego ładu, umiera razem z nim.
„Na marmurowych skałach” Ernsta Jüngera jest książką tak bliską „Lampartowi”, że trudno oprzeć się wyszukiwaniu analogii – ba, nie jest to ciężka praca, gdyż natrętnie nasuwają się same. Łączy je wiele, lecz przede wszystkim przejmujący, przepełniony melancholia opis ładu utraconego: „Znacie wszyscy nieokiełznaną żałość, która ogarnia nas, gdy wspominamy chwile szczęśliwości. Jakże nieodwracalnie odeszły, a czas oddziela je od nas bardziej niemiłosiernie niż wszelka przestrzeń”. Tak rozpoczyna się „Na marmurowych skałach” – a mogłoby to przecież być również motto „Lamparta”. Fabrycjusz książe Salina ponosi porażkę, przepełnia go owa nieokiełznana żałość – jednak, przyjmuje klęskę tak, jak przystało księciu. Tradycyjny ład, kosmos zginął – dlatego, człowiek konserwatywny jest człowiekiem dobrowolnie wiążącym swe losy ze sprawą przegraną, posiadającym umiejętność odwrotu i samodzielnego trwania na utraconej pozycji.
Czeczeński generał Chamzat Gełajew, człowiek, którego oczywiście nie można w żaden sposób umiejscowić na europejskiej mapie metapolityki, czy filozofii politycznej, lokujący się daleko poza klasycznym konserwatywno-liberalno-socjalistycznym schematem, komentując w 1996 roku udział cudzoziemskich ochotników w wojnie czeczeńskiej, powiedział: „Rozumiem, dlaczego oni chcieli stanąć razem z nami. Po pierwsze, to była wielka bitwa, po drugie – wielka i sprawiedliwa wojna. Jeżeli jesteś prawdziwym mężczyzną i dżentelmenem, zechcesz się bić w takiej wojnie”. Prawdziwa paleontologia idei, żywa (przynajmniej w roku 1996, kto wie, co dzieje się z generałem Gełajewem teraz) skamielina, czyż nie? Nie wiem, czy ten czeczeński żołnierz (nie lubię słowa „bojownik” – bo kto to jest „bojownik”?) czytał „W stalowych burzach” Jüngera – a, jako, że był człowiekiem wykształconym i o subtelnym umyśle, nie jest to wykluczone – ale, niewątpliwie, myślał podobnie, jak młody niemiecki porucznik, osiemdziesiąt lat wcześniej, czytający „Tristrama Shandy” w przykrytym ogniem artylerii okopie. Nie twierdzę, że generał Gełajew był konserwatystą, należąc do innej kultury wymyka się naszym podziałom – lecz to właśnie on, muzułmański mieszkaniec Kaukazu wyraża ideę, która naszej kulturze towarzyszyła od zarania, a zginęła zupełnie, nagle i raptownie, w ciągu trzydziestu lat pomiędzy 1914 a 1945 rokiem – a pisarstwo Jüngera jest dla tej idei najpiękniejszym requiem.
„Na marmurowych skałach” to capriccio, senne marzenie, „Lampart” jest realistyczną, staroświecką (w najlepszym tego słowa znaczeniu) powieścią – co łączy je najbardziej to siła przekazu, wynikająca z życiowego doświadczenia autorów. Giuseppe Tomasi di Lampedusa, książe Parmy, wnuk księcia Lampedusy, czynny uczestnik obu wojen światowych, sportretował w powieści swojego dziada, który patrząc na wnuka. Fabrizietta, młodego księcia Salinę, mówi bezwzględnie: „Nie warto silić się na złudzenia: ostatnim Saliną był on, ten olbrzym-widmo, który konał teraz na hotelowym balkonie, bowiem znaczenie każdego arystokratycznego rodu polega na zachowywaniu tradycji, to znaczy pamięci o rzeczach najbardziej dla niego istotnych, a z domu Salina on był ostatnim, który pielęgnował te wspomnienia, tak różne od wspomnień ludzi z innych rodów. Wspomnienia Fabrizietta będą banalne, jak wszystkich jego kolegów, wspomnienia skromnych podwieczorków, złośliwych kawałów robionych nauczycielom, koni kupowanych raczej z uwagi na ich cenę niż ich zalety; i mir nazwiska zmieni się dla niego w pusty frazes zaprawiany nieustanną goryczą, że innych stać na bardziej wielkopański przepych”. Lampedusa rozumie bezwzględność czasu, jakby zgadzał się z Marksem – nie buduje rzeczywistości na złudzeniach, nie wynajduje tradycji (jak czynią często ludzie małego formatu, którzy w wieku dojrzałym dokopują się arystokratycznych korzeni – nie otrzymawszy ich od rodziców, sygnet z postarzonego złota z niezrozumiałym herbem zamawiają u złotnika, zaś szablą po dziadku staje się pierwsza szabla, napotkana w sklepie z antykami) – sam przyznaje, że pochodząc z książęcego rodu, księciem już nie jest. W dzieciństwie chodził do szkoły, zamiast pobierać lekcje u prywatnego guwernera, i miał kolegów, zamiast być dziedzicem, czy „młodym Panem”, przed którym w pas kłaniają się chłopi – przyszli poddani. Być księciem, znaczy być feudalnym panem – wnuk księcia, który pracuje w banku, tudzież jest przedstawicielem handlowym, jest już tylko wnukiem księcia.
Jünger jest księciem, lecz innego rodzaju. Urodził się jako syn nauczyciela, szlachcicem został w okopach Flandrii. Książe piechoty – bo tak o nim mówiono – to arystokrata w najczystszym znaczeniu. Bez dekadencji (bo przecież Fabrycjusz książe Salina, feudalny pan, jest dekadentem – Tancredi zaś jest dandysem), nie przypomina książąt w perukach i pończochach, lecz raczej tych, na których jako na najczcigodniejszych przodków wskazuje każdy arystokratyczny ród – tych, dla których tronem było siodło, a książęcy tytuł dla siebie, i swoich potomków wyrąbywali mieczem. Arystokratyzm Jüngera nie polega na przywilejach, ani na władzy – jest funkcją subtelności, jakiej nabierają ci, którzy żyli w nieustannej bliskości i realności śmierci, a mimo to zachowali siłę i godność. Moralni zwycięzcy, zwolennicy biernego oporu mogą w obliczu przemocy dowieść swej wielkości, jako ludzie, mogą zachować swą ludzką, przyrodzoną każdemu człowiekowi, godność – lecz w obliczu takich czasów, książętami nie stają się ci, którzy bohatersko idą do więzienia, albo pod mur, bo nie chcą strzelać do kolegi z drugiej strony granicy – książętami zostają ci dzielni, którzy w walce wyznaczają granice wolności. „Wówczas stało się dla mnie jasne, że panika, której cienie unoszą się zawsze ponad każdym z naszych wielkich miast, ma swój odpowiednik, w odważnej bucie tych nielicznych, którzy jak orły krążą nad stłumionym cierpieniem. (…) – zawsze to lepiej runąć wraz z nim, niż żyć z tymi, których strach zmusza do pełzania w prochu”. Arystokracja krwi, w której subtelność śmierci uzupełniona została wiekami dekadencji, jest prawdziwie szlachetna – Jünger stworzył postać Księcia Sunmyry, takiego właśnie arystokraty – jednak, taka arystokracja ginie w konfrontacji z rzeczywistością, nazwijmy ją umownie, rewolucyjną. Ginie albo wyniszczona fizycznie, albo moralnie, jako klasa. Książe umiera, a po jego głowę wyprawia się główny bohater. Oddaje ją później chrześcijanom, którzy wznoszą z gruzów katedrę w Marinie – ci dołączają głowę Księcia do kamienia węgielnego. U Lampedusy głową Księcia jest Tancredi – młody siostrzeniec Lamparta, który pozwala katowskiemu toporowi odciąć się od ciała feudalnej szlachty – przez ślub z bogatą plebejką pozostaje arystokratą, przenosi najważniejsze wartości do podstaw nowej rzeczywistości, pozwala się wmurować obok kamienia węgielnego. To przejaw klasycznego ewolucyjnego konserwatyzmu, spod znaku Edmunda Burke’a. Tancredi jest nowoczesnym konserwatystą – chce zachować to, co najważniejsze, poddaje system wartości ejdetycznej redukcji, destylując z niego najczystszą esencję, bez wahania odrzucając cały zestaw towarzyszących jej przyległości. Nie waha się odrzucić „małych” tradycji, ba, może nawet nazwie je „przesądami”? Pytanie brzmi: czy jest to możliwe? Czy człowiek jest w stanie wydestylować rzeczywistość transcendentną, ponadludzką, jaką jest Ład? Czyż dokonanie selekcji, organizacja elementów kosmosu na ważne, i mniej ważne, nie jest już uzurpacyjną inżynierią społeczną?
Metaforyczny opis i analiza Ładu rozpoczyna zarówno „Lamparta” jak i „Na marmurowych skałach”, jednak społeczny kosmos oglądają Lampedusa i Jünger na różne sposoby.
Zasadą Mariny jest harmonia. Marina jest antycznym polis, podobnie, jak jest średniowiecznym miastem – w którym każdy element ma swoje miejsce, w którym w szlachetnym amalgamacie przenika się antyczne pogaństwo, chrześcijaństwo średniowiecza, i nowożytna polityka – Marina jest metaforą kosmosu, zbudowaną po to, aby ukazać mechanizm jego zniszczenia. Zasadą organizującą Marinę nie jest etyka – jest nią estetyka – oczywiście, występująca w klasycznej triadzie, piękna, dobra i prawdy. Cóż jest więc najbardziej wyraźnym symptomem erozji?
W tradycyjnej, klasycznej Marinie istniały dwa metra, którymi oddawano cześć umarłym – elegeion, przeznaczony dla zwykłych, przyzwoitych ludzi, „ofiara godna prawego życia, spędzonego pośród goryczy i radości” i eburnum, przeznaczone dla wyjatkowych bohaterów, zaś „lud zawsze wiedział, kogo należało do nich zaliczyć, choć wraz z wysubtelnieniem życia zmieniały się także obrazy przodków”. Kiedy zaś wtargnęły do Mariny obyczaje barbarzyńskiej Kampanii, walczące ze sobą partie nie uznawały zwłok przeciwników za godne pochówku, swoim zabitym zaś śpiewali eburnum zawsze. „Oczywiście, żaden z wielkich poetów nie był skłonny do takiej profanacji. Sprowadzili wówczas grajków odpustowych i ślepych cytrzystów, jacy zwykle przed sofami w domach rozkoszy radowali pijanych gości pieśniami o muszli Wenus lub o żarłoku Herkulesie. Stąd warci siebie byli wojownicy i bardowie. Lecz wiadomo, że metrum jest nieprzekupne”. Marina zbudowana jest na jedności piękna, prawdy i dobra – zaiste, jakże bliskie jest to herbertowskiej „potędze smaku” – bo gdyby ich lepiej kuszono?
Zasadą sycylijskiego ładu z „Lamparta” jest zaś hierarchia, najpiękniej wyrażona w metaforycznej, a zarazem dosłownej, otwierającej powieść scenie różańca. Klęczący Książe Salina, prowadzący modlitwę całej rodziny, klęczącej za nim, nie zawsze skupionej na modlitwie – nieudany syn księcia myśli o koniach i kobietach, a jednak modli się – jest metaforą społecznego ładu, zorientowanego na sacrum, zwróconego ku Bogu, jednak nie na zasadzie jakże popularnej dziś koncepcji bezpośredniego związku z Bogiem, lecz hierarchicznego, chciałoby się powiedzieć tomistycznego uporządkowania, w którym boska sankcja stoi u podstaw życia.
Marina jest klasyczna, Sycylia Lampedusy średniowieczna; obie zaś skazane są na zniszczenie. Klasyczny ład Mariny uzasadnia niejako sam siebie – subtelne chrześcijaństwo jest jego składnikiem, nie podstawą. Marina swój początek ma znacznie dalej – rządzi nią Ład, który w tym miejscu rozumiem jako neoplatońską emanującą pra-ideę, w pewnym sensie naturalną, zaś Ład, w którym żyje Salina jest zasadą organizującą życie hierarchicznie – Ład Mariny jest wewnątrz jej mieszkańców, zaś Ład w Lamparcie jest transcendentny – rodzina księcia Saliny żyje według ładu, podporządkowuje się, zaś w Marinie żyje się ładem.
***
Winnym narodzenia się potrzeby ewolucyjnego konserwatyzmu jest kryzys politycznego i społecznego Ładu, który umownie nazwiemy sobie rewolucją. Konserwatyzm jest doktryną polityczną, sprzeciwiającą się upadkowi porządku, ale też, a może przede wszystkim, jest tego porządku analizą, próbą zrozumienia – szczególnie konserwatyzm ewolucyjny, który oddzielić musi ziarno od plew, oczyścić Ład z przygodnych, niesubstancjalnych cech, odnaleźć jego jądro. Nie ma konserwatyzmu bez rewolucji – Ład istniejący nie wymusza konieczności analizy – jest kategorią, nie przedmiotem poznania. Aby dojrzeć jakąś rzeczywistość społeczną w jej prawdziwym znaczeniu, najpierw trzeba wyzwolić się z kategorii, jakie narzuca ona naszemu myśleniu, i tylko nieliczni są w stanie zrozumieć Ład, żyjąc w nim. Lampart, stary książę Salina, w pewnym sensie nie jest konserwatystą – dla konserwatysty upadek Ładu jest powodem do żałoby, ale nie jest zaskoczeniem – dlatego konserwatystą jest Burke, doskonale diagnozujący i przewidujący przyczyny upadku – zaś konserwatystą nie jest Salina, dostrzegający tylko objawy, zamiast analizy przeżywający traumę załamania się systemu kategorii.
Jakże wielkie znaczenie ma banalny w swojej istocie fakt – ani „Lampart”, ani „Na marmurowych skałach” nie powstałby, gdyby nie upadek Ładu. Giuseppe książę Lampedusy nie zajmowałby się pisarstwem, tylko panowałby swoim poddanym. Ład trwający, żywy jest kategorią poznania, nie jego przedmiotem – konserwatywna refleksja dotyczy Ładu zburzonego.
***
Historycy mają potrzebę periodyzacji – podzielenie Historii na epoki, okresy, wprowadzenie cezur, daje iluzję zrozumienia. Można wtedy historię narysować kolorowymi strzałkami, zamknąć w wykresach. Tymczasem, nic nie dzieje się nagle. Jako koniec ładu w Europie często przedstawia się rewolucję francuską, najlepiej rok 1789. Tymczasem, rewolucja działa się jeszcze długo – na Sycylię, do księcia Saliny przybyła w roku 1860, razem z Garibaldim. Dlatego właśnie rewolucja nie jest przewrotem politycznym. Można jednak postrzegać ją w kategoriach polityki, co oczywiste. Jednak, zbyt łatwo niedoceniać wtedy jej znaczenia. Rewolucja nie jest przecież tylko wymianą elit – jako taka, mogłaby jawić się jako zdrowy mechanizm oczyszczania, naturalnej selekcji, usuwającej elitę zdegenerowaną. Stereotypowy obraz zepsutej szlachty francuskiej z drugiej połowy XVIII wieku nie odbiega przecież daleko od prawdy, przynajmniej, gdy myślimy o Wersalu. Wersal Ludwika XIV i, po części, Ludwika XV były dworami niewątpliwie zepsutymi moralnie, lecz zachowały majestat i siłę. Dobry wgląd w tą sytuację daje bonmot Bussy-Rabutina, dworzanina Ludwika XIV – „Obejmę go za kolana. Będę je obejmował tak często, aż może dosięgnę jego sakiewki”. Nie każdy władca może żyć i trzymać swój dwór w takiej dyscyplinie jak Filip II zamknięty pod kratą rusztu św. Wawrzyńca –w Escurialu. Dla państwa jednak wystarczy, że władza wychodzić będzie z dworu jednym kanałem – jej wewnętrzne turbulencje nie mają znaczenia, póki ulica nie wątpi, że wewnątrz wszystko kręci się wokół jednego ośrodka – Boskiego Pomazańca. Siłę centralnej władzy osłabiać mogą w naturalny sposób tworzące się koterie, stronnictwa – lecz, zauważymy, dobrem, o jakie spierają się dworskie frakcje jest łaska Króla. W praktyce demokratycznej, partie, grupy nacisku, czy inne grupy interesu, walczą o realną władzę. Również na monarszym dworze, jeżeli monarcha jest słaby, koteria może posiąść władzę. Przy silnym monarsze, koterie walczą o względy monarchy, nie o władzę, lecz o renty, nadania, ordery i towarzyski splendor. Demokraci zarzucają monarchii, że słaby władca może ją zniszczyć – i, w istocie, mają rację – wystarczy jednak zauważyć, że słaby władca niszczy monarchię, gdyż upodabnia ją do demokracji właśnie – oczywiście, bez symbolicznej otoczki, groteski wyborów, mediów, etc, która ma dawać ludowi iluzję władzy (podczas gdy lud władzy nigdy nie pragnie – władza wymaga ascezy – lud pragnie chleba, igrzysk, kobiet i wódki). To co jest występującą czasem przypadłością monarchii, jest istotą demokracji. I ciągle, nawet słaba monarchia, ze słabym monarchą, może być sprawna – jeżeli tylko któraś koteria zyska taką kontrolę nad królewskim dworem, że władza wydostawać się będzie z dworu jednym kanałem. Jeżeli władza będzie miała sankcję boską – może być nawet nieudolna. Koteria rządzi w imieniu króla – a nawet najpotężniejsza partia rządzi z łaski tych, którymi rządzi.
W królewskim tronie, na uroczystej audiencji, może być miejsce dla suflera – wystarczy, że Król siedział będzie, dzierżąc insygnia swej władzy, pełen majestatu. Jednak, kiedy Król odda nie tylko realną władze, ale również jej pozory, monarchia musi upaść. Czyż nie tak działo się na dworze Ludwika XVI? Zbyt słaby na króla silnego, zbyt uczciwy i porządny na marionetkę. Byłby idealnym słabym królem, gdyby polityczną klasę i wielkość posiadała Maria Antonina – niestety, również ona zmysł polityczny zyskała dopiero zamknięta w Tulierach.
Ludwik, wychowany przez konserwatywnego ojca, delfina, lecz na dworze katolickim już tylko nominalnie – dziad, Ludwik XV przez lat 25 nie spowiadał się i nie przyjmował komunii, skasował jezuitów, otoczył się „filozofami”. Rewolucja francuska na dworze Ludwika XV znalazła swoich ojców. I nie chodzi tutaj o Woltera – cynicy i arystokraci (bo arystokratyzmu Wolterowi nie można odmówić, mimo, że nie należał do arystokracji krwi) tej miary nie wydają takich dzieci – nie ci, którzy wolą raczej być rządzeni przez lwa ze szlachetnego rodu, niż przez tysiąc szczurów z własnego gatunku. Szczerymi demokratami bywają tylko ludzie naiwni – zaś człowiek, który zna potęgę kłamstwa, naiwniakiem nie jest. To na dworze Ludwika XVI pojawiły się pierwsze pęknięcia w metafizyce władzy, stanowiącej w zasadzie metafizykę całej rzeczywistości społecznej, średniowiecznej w swojej istocie. Upadek monarchii zaczyna się od drwiny z króla. Gdy powszechnie kolportowano broszury przedstawiające królową Francji, Marię Antoninę, córkę cesarskiego rodu, jako rozpustną lesbijkę (i nie ważne tutaj, że było to wierutne kłamstwo), monarchia, w swej warstwie metafizycznej była martwa jednoznacznie i ostatecznie.
Carl Schmitt twierdzi, że władzę ma ten, kto decyduje o stanie wyjątkowym, kto ma w ręku ultima ratio, i zapewne ma rację. Jednak, na płaszczyźnie metafizycznej, władzę sprawuje suweren – ten, z czyjego nadania rządzi dysponent ulitma ratio. Kiedy Napoleon przebywa w Moskwie, w Paryżu dokonuje się zamach stanu. Zamach stanu wymierzony w zwycięskiego cesarza – w tym momencie dla opinii publicznej kampania rosyjska nie jest jeszcze klęską – lecz cesarz jest daleko, a nie jest suwerenem, jest tylko Cesarzem Francuzów. Nie włada Francją – włada Francuzami. Jest cesarzem z ich nadania, z ich łaski, przez pierwsze lata cesarstwa akty urzędowe podpisywane są przez wodza Republiki Francuskiej, Cesarza Francuzów. Sytuacja jest odwrotna niż w Rzymie – w Rzymie, fasadowość republiki, kryjąca władzę w istocie monarszą, boską – zaś Napoleon z republikańskiej fasady zrezygnował bardzo szybko, odwoływać się do niej począł znów w okresie 100 dni – do końca panowania jednak pozostał hobbesowskim Lewiatanem – władcą z ludu. Pierwsze cesarstwo było pewną antycypacją american dream – skoro i syn bednarza może zostać marszałkiem. Dwór Napoleona był dworem monarszym – z nieskrywanym nepotyzmem, koteriami zażarcie walczącymi o łaskę Cesarza – lecz Napoleon nie władał z pałacu w Tullieres, lecz z wojskowego obozu. Grenadierzy gwardii kochali swojego cesarza nie dlatego, że był on boskim pomazańcem – przecież, nie tak dawno zamiast grenadierskich bermyc i rajtuzów nosili karmaniole i frygijskie czapeczki sankuilotów – kochali cesarza, bo był ich wodzem. Miłość do monarchy jest bezwarunkowa – car rosyjski mógł stracić swoją stolicę i ponosić w polu klęskę za klęską, a dla poddanych zawsze pozostawał boską emanacją, Chrystusem Pantokratorem stąpającym po ziemi – zaś Napoleon był władcą dzięki swym osobistym zaletom. Pokonany, traci serca Francuzów. Ci, którzy zostają przy nim, zostają wiedzeni nie metafizyczną wiernością poddanych do swego monarchy, lecz wściekłą wiernością żołnierzy do swego oficera, który dzielił z nimi trudy i triumfy, porażki i zwycięstwa. Wierni do końca zostają nie ci, którzy widzieli przepych koronacji, nie ci nawet, którzy widzieli Napoleona triumfującego pod Austerlitz, lecz ci, którzy szli obok niego przez śniegi Rosji. Napoleon nie był monarchą, był wodzem.
Pęknięcia w metafizyce władzy dostrzegalne są tylko dla arystokratów – lud ich nie dostrzega, póki sam w nie nie wpadnie – ironia, subtelna aluzja, czy też znaczące milczenie dobre są dla markiza, czy hrabiego, biegłych w sztuce bonmotu – zaś dla ludu trzeba naszyjnika pana de Rohan, czy też pomówienia królowej o lesbijstwo. Ludwik XVI nie był żadnym królem, gdy panował. Swej wielkości dowiódł podczas swych ostatnich dni życia. Wtedy też zasłużył na miłość swoich poddanych. Powstańcy z Wandei umierali za martwego już Ludwika XVI, gdyż jego głowa okazała się godna korony i świętych olejów dopiero, gdy toczyła się po deskach szafotu.
Jakie postawy wobec kryzysu metafizyki może przyjąć konserwatysta? Fabrycjusz, książę Salina jest konserwatystą melancholijnym – przygnieciony ciężarem fatum, nie podejmuje walki. Jest „zbyt tchórzliwy, aby się bić, i zbyt gruby, aby uciekać”, jak zdefiniował konserwatystów Jarosław Zadencki. Lampart nie odrzuca swego konserwatyzmu – jednak z pokorą przyjmuje rzeczywistość. Nie rzuca jej wyzwań – czy upokarza się przed nią? Ustępując nowemu ładowi, uosobionemu w nowobogackim plebeju, Don Calogero (którego nie stać nawet na napoleońskie „mój ród zaczyna się na mnie” i uparcie szuka herbowych przodków), nie odkłada swoich zasad. Dokonuje wyborów, kierując się rozsądkiem, nie zaś pryncypiami. Nie przyjmuje od nowej, sabaudzkiej dynastii zaszczytów, nie nazywa jednak Wiktora Emanuela uzurpatorem.
Można by powiedzieć – to pusty gest. Książe nie jest pryncypialny? Czyż nie godziłoby się odmówić uznania nowego, „rewolucyjnego” króla, wytrwać w wierności zdetronizowanej dynastii, i z godnością ponieść tego wyboru konsekwencje? Czy księciu zabrakło odwagi? Otóż nie – Salina posiada „umiejętności odwrotu i samodzielnego trwania na straconej pozycji, bez wodzów, pałkarzy, puzonistów” – będąc człowiekiem starym, stracił skłonność do patetycznych gestów. Gdy zachęca swoich byłych poddanych do udziału w wyborach (instytucji przecież mu wstrętnej) nie poddaje się – jest po prostu spostrzegawczy, dostrzegł nie tyle nieuchronność klęski, lecz jej rzeczywistość – a inteligencja nie pozwala mu żyć w życzeniowym świecie złudzeń (w jakim żyją, w czasach nam współczesnych, politycy operujący pustymi dziś pojęciami tak, jakby ciągle posiadały znaczenie).
Książe Salina wie, że tak naprawdę liczy się jedna wierność, z której dotrzymania rozliczeni będziemy po śmierci.
Lud Mariny, przyjmując na swe barki ciężar klęsk, śpiewa:
Książęta to ludzie z kobiety zrodzeni
I także w proch się obracają;
W zamiarach swoich też są niespełnieni,
Gdy tylko grobu ofiarą się stają.
Wołamy do Ciebie o pomoc, Boże,
Gdyż człowiek już nam nie pomoże”
Szczepan Twardoch
Opcje, nr 4(57), luty 2005
If absolute power corrupts absolutely, where does that leave God? — George Deacon
Mit der Dummheit kmpfen Gtter selbst vergebens Against stupidity the (very) gods themselves contend in vain — Friedrich von Schiller