Z górniczym pióropuszem w tyłku

Kazimierz Kutz jest przewidywalny. Mówi się, że tylko krowa nigdy nie zmienia poglądów – powiedziałbym raczej, że tylko krowa i Kutz, nawet, jeżeli ten ostatni zmienia sobie nazwisko na bardziej dystyngowane.

Ślązacy, w których karne, górnicze szeregi mam zaszczyt się zaliczać, nie należą do ludów słynących z fantazji. Górale chętnie rozwalą ciupagami całe wesele, Kozacy będą nurzać się w dziegciu, nie zdjąwszy uprzednio atłasowych szat, włoski playboy zabierze emablowaną kobietę do kabrioleta i zawiezie na riwierę, Irlandczyk podłoży bombę gdzie trzeba, a czeczeńscy górale wypowiedzą wojnę krajowi, który ma więcej generałów w armii niż Czeczenia ludności. Ślązacy zaś, cóż – na weselu mogą najwyżej uchlać się gorzołą i pójść grzecznie do domu, umyją się grzecznie w łazience, poklepią żonę po mocnym, śląskim tyłku, pomyślą z tkliwością o odpowiedzialnym zawodzie górnika strzałowego, przed snem wygłoszą kilka zwyczajowych obelg pod adresem Millera, Belki, czy kto to tam w tej Warszawie jest za prezydenta. I tyle. I koniec.

Jednak, każdy, nawet najspokojniejszy naród ma swoich szaleńców. Niemcy mieli generała Helmuta von Pannwitza, który dowodził Kozakami, mówił po rosyjsku, pił wódkę jak Ukrainiec a konno jeździł jak Tatar lub Baszkir. Nawet wśród Szkotów pewnie trafi się jakiś utracjusz (wysyłają go wtedy na reedukację do Krakowa, tak á propos). Gdzieś w Kalabrii mieszka Włoch, który nie ma podejścia do kobiet, w Marsylii powiesił się Francuz, który nie lubił wina, zaś na Harvardzie katedrę geografii objął Amerykanin, który odróżnia Poland od Holland.

Ślązacy, narodek bogobojny, mieli swojego Williama Blake’a, na miarę Katowic i Rudy-Chebzie – Teofila Ociepkę, różokrzyżowca, mistrza okultyzmu, malarza. Jednak Ociepka z Janowca już dawno nie żyje – a nudny, pobożny, porządny Śląsk potrzebuje jakiegoś dziwactwa, chociażby dla kontrapunktu.

Dzięki Bogu (pan Kutz dodałby zapewne „…i partii”) jest Kazimierz Kutz, konsekwentny, zdeterminowany i zawsze ten sam – dziwak – jakich na Śląsku zawsze brakowało. Oczywiście, Kutza dziwactwo jest dalece bardziej trywialne niż Ociepki fascynacje Heleną Blawatsky, wyznawanie Kriszny i poszukiwania kamienia filozoficznego. Nie należy się też z Kutza śmiać, tak jak nie powinno się śmiać z inwalidy. Otóż, Kutz po prostu kiedyś ciężko zachorzał.

Na marksicę.

Marksica ma różne objawy, zależy od stopnia rozwoju choroby. W stadiach wczesnych u Kutza objawiała się na naradach KC PZPR, wściekłymi atakami na Stanisława Bareję. Później choroba przybiera formy lżejsze, acz zjadliwsze. Od określenia przeciwników publicznego bluźnienia chrześcijaństwu mianem faszystów (jak każde dziecko wie, faszyści byli miłośnikami kleru) po wszystko inne, składające się na bohaterską walkę Kutza z klerykalną, ciemnogrodzką reakcją. Bronisław Wildstein jako tropikalny antykomunista jest szczególnie uroczy. Jak pan sądzi, panie Kazimierzu, czy Wildstein przypadkiem nie jest również klasycznym, endeckim antysemitą? Marksica pana Kazimierza zdaje się być nieuleczalna – wstąpienie do sztabu wyborczego Jutrzenki Nadziei, dawniej znanej jako Cimoszewicz, pod opiekuńcze skrzydła Jolanty „Dobrej Matki Wszystkich Polaków A Zwłaszcza Biznesmenów” Kwaśniewskiej dowodzi, że remisja nie nastąpiła.

Za zasługi w byciu śląskim dziwadłem można by panu Kazimierzowi marksicę wybaczyć. Niechże sobie będzie, jeden Ślązak-lewak (Ślewak?) jeszcze rewolucji nie uczyni. W końcu przed wojną na Śląsku komuniści zdarzali się nawet w bardzo porządnych rodzinach, jak wspomina mój czcigodny Dziadek. Wybaczyć by panu Kazimierzowi można, jeśli ktoś ma wielkie serce, nawet jednodniową zmianę orientacji seksualnej, jakże popularną ostatnio w pewnych kręgach. Niechże pan Kazimierz broni sobie wesołków o błędnej orientacji. Podsunę mu nawet pomysł na hasło wyborcze – „Godne miejsce pracy dla każdego homoseksualisty! Stworzymy dziesięć nowych programów, w telewizji!”

Ostatnio choroba pana Kazimierza jednak przybrała formy niebezpieczne dla otoczenia. Na jakiś czas przed Paradą Gejów Debiutantów, pan Kazimierz raczył wyliczyć grupy w Polsce dyskryminowane. Z właściwymi sobie intelektualną dystynkcją i wdziękiem zaliczył do nich kobiety, homoseksualistów i Ślązaków.

Bycie Ślązakiem jest nudne. Nie można się pochwalić wielkim artystą, pejzaży pięknych nie ma, nigdzie nie stoi pomnik, sławiący chwałę śląskiego oręża, Ernest Wilimowski i Gerard Cieślik już nie grają, a Małysz urodził się osiemdziesiąt kilometrów za daleko. Pan Kazimierz postanowił więc tę prozaiczną śląskość ubarwić. Dla pana Kazimierza bycie Ślązakiem jest barwną przypadłością, jak upodobanie do wtykania narządów w miejsca niewłaściwe. Pióropusz z górniczego czaka należy wyrwać, aby zaraz wetknąć go sobie w tyłek – na paradzie będziemy wyglądać akuratnie. A może mit Skarbnika jako wyraz tęsknot środowiska górniczego do męskiej miłości. Urocze. Tylko ta śląska religijność. Tutaj, panie Kazimierzu, można liczyć ciągle na śląskich farorzy – kiedy nie zechcą na Boże Ciało do kościoła wpuszczać górników ubranych tylko w czaka i pióropusze w wiadomym miejscu, to się może ten śląski, ciemny lud odwróci od zabobonów i skieruje się ku pańskiej i pańskich kolegów wiedzy i oświeceniu. Przynajmniej w temacie gdzie i co wkładać należy.

Dość żartów. Tym razem pan Kazimierz, mówiąc kolokwialnie, przegiął. Żaden najszczerszy polski nacjonalista, żaden niemiecki bojownik Kulturkampfu nie wyrażał się nigdy śląskości z taką pogardą jak Pierwszy Ślązak Rzeczypospolitej. Wolę, kiedy ktoś uważa śląskość za wasserpolactwo, nazywa Ślązaków zdrajcami polskości/niemieckości, wyzywa od faszystów bądź tępych pijaków, traktuje jak bydło robocze – niż kiedy Ślązak swoją śląskość interpretuje w kategoriach zboczenia. Nawet jeżeli słowo „zboczenie” z ust pana Kazimierza nie padnie.
Fakt, że dla Kutza zboczeniem jest również bycie kobietą, zasługuje na osobny felietion.

Jednodniowa konwersja na homoseksualizm zdaje się mieć długofalowe skutki.

Szczepan Twardoch
Gazeta Polska, nr 28 (625), 13.07.2005

4 thoughts on “Z górniczym pióropuszem w tyłku

  1. Pingback: Dziennik 2006 - 2007 » Kazimierz Kutz o seksie

  2. no to niepokój się wkrada – jestem kobietą, dodatkowo ze Śląska….lepiej się nawet nie martwię, bo ten akt jest chyba też aktem dyskryminacji
    Ale nie ma tego złego, co prawda pan K. nam senatorzy, za to nie kręci……..filmów, filmów

  3. Male sprostowanie von Pannwitz nie byl niemcem tylko slazakiem nie mowil po rosyjsku tylko po polsku i tak porozumiewal sie z ukraincami.W latach 20-30 pracowal jako rzadca w majatku Mlochow pod warszawa u Radziwillow.Nie byl zwolenikiem Hitlera i do konca salutowal po wojskowemu a nie Hajl.Dobrowolnie poszedl na smierc z kozakami przekazanymi przez anglikow ,rosjanom.