Stary tekst ze ś.p. Życia, sprzed dwóch lat.
Naród amerykański, jest w istocie wspólnotą polityczną, bliższą być może w swoim charakterze szlacheckiemu narodowi politycznemu I RP, niż współczesnym narodom europejskim. Dlatego mówi się czasem o Amerykanach, że to jeden naród o dwóch kulturach. Możnaby nawet powiedzieć, że to jedna wspólnota polityczna dwóch narodów. Jeden z tych narodów to Amerykanie tradycyjnie religijni, konserwatywni obyczajowo i politycznie, patriotyczni, chociaż tradycyjnie niechętni rządowi federalnemu. Etnicznie bazą tej grupy są tzw. „WASP” White Anglo-Saxon Protestant, chociaż trudno mówić tutaj o wewnętrznej jednorodności. Druga kultura, to Amerykanie zamieszkujący stolicę świata, Nowy Jork, jeżeli nie rzeczywiście, to przynajmniej metalnie. Amerykanie nowocześni, postępowi, kosmpolityczni, określający się jako liberałowie (warto przypomnieć, że „liberał” w USA znaczy mniej więcej tyle, co lewicowiec w Europie). Obie te grupy posiadają skrajnie odmienne hierarchie wartości, odmienne koncepcje państwa, nawet odmienne kategorie myślenia, posługują się wręcz odmiennymi kodami kulturowymi.
Podobna sytuacja miała miejsce na jakiś czas przed i w pierwszych latach wojny secesyjnej. Południowcy nazywali tę wojnę drugą wojną o niepodległość. Również w Europie komentowano secesję Południa jako „narodziny nowego narodu”. Dzisiaj jednak nie ma ścisłego geograficznego podziału z połowy XIX wieku. Wtedy, chwiejne stany nadgraniczne mogły stać się północną rubieżą południa bądź południową rubieżą północy, dzisiaj na kilka procent obywateli USA, sytuujących się pomiędzy „dwoma kulturami” wydaje się ciężkie miliony dolarów na kampanie wyborcze.
I Bush i Kerry nie są zbyt lubiani przez swoich wyborców, przyjmuje się ich jako mniejsze zło. Z autentcznych rozmów z Amerykanami: „ja wiem, że to niezbyt bystry facet, ale lepszy przecież każdy byłby lepszy niż ten lewak” tudzież „jasne, że to facet bez poglądów i bez wyrazu, jednak przecież każdy byłby lepszy od tego buraka z Teksasu”.
Nie lubi się ich dlatego, że dla twardego elektoratu są zbyt mało wyraziści – a są tacy, bo muszą podobać się środkowej, obrotowej, niezdecydowanej części elektoratu.
Platon w „Prawach” za cechę demokracji uznaje niepohamowane pragnienie obywateli, by powiększać swój obszar wolności, co musi prowadzić do anarchii. Anarchia zaś kończy się zawsze okrutną, bo opartą wyłącznie na sile, tyranią. Tyrania skupia władzę w rękach ludzi miernych i głupich, bo takich tylko w swoim otoczeniu toleruje władca, obawiający się przecież o swoją, opartą jedynie na przemocy, władzę.
Amerykańska demokracja nie przerodziła się w tyranię, gdyż z jednej strony zapewniła swoim obywatelom bardzo szerokie spektrum wolności, z góry jakby zaspokajając pragnienie, o którym pisał Platon, z drugiej zaś wypracowała bardzo silne instytucje, chroniące ją przed samozapaścią.
Mimo to, osiągnęła stan właściwy tyrani, pod względem mierności sprawujących władzę.
Jak słusznie zauważają analitycy, wynik wyborów prezydenckich w USA zależeć może od przypadku (ujęcie Bin Ladena, czy nowy zamach terrorystyczny) który spowoduje nagły wzrost sympatii wobec jednego z kandydatów. Oto więc decyzję, kto będzie prezydentem, podejmuje grupa, która zmienić zdanie mogłaby np. gdyby np. Kerry nagle dostał paskudnego trądziku i zaczął fatalnie wypadać na wizji. Osoby politycznie wyrobione, posiadające określone poglądy (mądrzejsze lub głupsze) dawno podjęły decyzję, na kogo będą głosować, i już jej nie zmienią.
Coraz węższa grupa owych niezdecydowanych to ludzie, których polityka nie interesuje, którzy o polityce nie mają pojęcia, zaś decyzję podejmą na podstawie przesłanek zgoła groteskowych – stąd nadające się przecież do kabaretu negocjacje o kształt głośnych debat telewizyjnych. W wyniku tych ustaleń, Bush musiał siedzieć na tyle daleko od Kerry’ego, by nie było widać, o ile jest niższy. To bardzo ważne – sztaby wyborcze wiedzą, że rozstrzygające są głosy tych, którzy decyzję podjąć mogą na podstawie wzrostu kandydata.
Dlatego właśnie obaj zainteresowani są kandydatami ludzi niezdecydowanych, potrzeby twardego elektoratu zaspokajając w możliwie najniższym stopniu, tak by liczba tych prawicowych lub lewicowych radykałów, którzy odpaść mogą, gdyż kandydat wyda im się już zbyt letni, nie przewyższyła liczby „ludzi środka”. Których z natury rzeczy jest więcej, niż radykałów. Niezdecydowanych nie należy mylić z ludźmi o umiarkowanych poglądach politycznych. Umiarkowanie nie zakłada trudności z podejmowaniem decyzji – trudności takie mają głównie ci, dla których polityka nie różni się od konkursu audiotele. W efekcie tego, dwa najliczniejsze elektoraty, dwie amerykańskie kultury, których ikonami są nowojorski intelektualista i redneck z Alabamy, równoważąc się nawzajem, mają znikomą siłę polityczną. Potęgę zaś stanowi kilka procent intelektualnego proletariatu, który na niecały miesiąc przed wyborami nie wie, na kogo głosować.
Niezależnie od tego, czy wygra Bush, czy Kerry, tak naprawdę wygrają miernoty. Amerykańska demokracja przeskoczyła etap anarchii, by sprowadzić się do „miękkiej”, pozbawionej przemocy dyktatury miernot.
Sytuacja taka potrwa na pewno jeszcze przez kilka kadencji. Zmienić ja może mało, na razie, prawdopodobne powstanie trzeciej siły politycznej, reprezentującej powiększającą się w oszałamiającym tempie mniejszość latynoską. Gdyby taka siła powstała, mogłaby przyciągnąć do siebie tradycyjnych zwolenników Demokratów – wtopione już w amerykański tygiel mniejszości katolickie, irlandzką, włoską i polską, które w tej chwili, niejako volens nolens, przechodzą do republikanów, nijak nie odnajdując w doktrynie Demokratów związków z taką czy inna wersją katolicyzmu. Wspólne wyborcze preferencje katolika z Chicago i farmera, protestanta z południa są jedynie taktyczne i raczej ulotne, niewiele więcej ich łączy niż niechęć wobec obyczajowej lewicy.
Tak czy inaczej, demokracja w USA jest, obok szwajcarskiej najlepszą i najsprawniej funkcjonującą demokracją świata. Zapewnia Stanom Zjednoczonym międzynarodową pozycję ultrahegemona. Jednak nic nie trwa wiecznie, zaś istnienie „dominacji miernot” nastraja raczej pesymistycznie – od drugiej połowy XX wieku, zaledwie dwóch prezydentów USA można uznać za wybitnych, Kennedy’ego i Reagana. Nic nie zapowiada pojawienia się w przyszłości jakiejś wybitnej osobowości w Białym Domu.
Pora więc przestać jak mantrę powtarzać stary bonmot Churchilla o fatalnej demokracji, od której nic lepszego jednak nie wymyślono. Czas spojrzeć z pokorą w przeszłość. Historia, również starożytna, wskazuje nam alternatywy.
Szczepan Twardoch
Życie, 28.10.2004