O Lemie

W odpowiedzi na zawartą w komentarzu Sz.P. Magdy sugestię, iż Skarb Kultury Narodowej, jakim jest ś.p. Lem Stanisław wypada krytykować dopiero wtedy, kiedy samemu jest się szczęśliwym posiadaczem Nobla, a co najmniej dwóch MichNike, pozwalam sobie nieco uprzedzić, wyjątkowo, publikację z papieru i zamieszczam poniżej odpowiedź na ankietę, poświęconą Stanisławowi Lemowi, o odpowiedź na którą poprosił mnie Maciek Parowski, a która ukaże się w najnowszym „Czasie Fantastyki”.

Moja recepcja Stanisława Lema rozegrała się na dwóch etapach: budowy pozłacanego pomnika, a następnie obłupania pozłotki i odsłonięcia marmurowego, trwalszego rdzenia.
Budować pozłacany pomnik zacząłem jak młodszy nastolatek, rozpoczynając, na szczęście, od poważnych powieści, od „Niezwyciężonego”, „Powrotu z gwiazd”, „Solaris”. Wstrząśnięty, na ile wstrząśniętym intelektualnie można być w tym wieku, sięgnąłem po „Cyberiadę”, „Pirxy”, „Bajki robotów”, „Kongres futurologiczny” i inne – samo sięganie zajęło parę lat, na tyle dużo, że zdążyłem dojrzeć do bardziej intelektualnie wymagającej lektury lemowskiej ironii i humoru. Tym sposobem, na fundamencie powieści i humoru, zbudowałem sobie rzeczony pozłacany pomnik. Oburzałem się, kiedy ktoś ośmielał się redukować Lema do roli pisarza, albo – nie daj Bóg – do roli „pisarza fantastyki”. Czytając lemowskie Dialogi równolegle z dialogami Platona (te drugie zrozumiałem dopiero dużo później, wcześniej zatrzymawszy się na poziomie sokratejskich złośliwości) co rusz unosiłem się radością, iż dane jest mi żyć w czasach, w których żyje tak wielki filozof. Tym przydomkiem na stałe Lema obdarzyłem i obruszałem się, kiedy w rozmowie padało jego nazwisko bez serii rytualnych zaklęć – „nie pisarz, lecz wielki filozof, myśliciel, największy naszych czasów, etc.”. Później, moje literackie zainteresowania podryfowały w inne strony i o Lemie zapomniałem na lat kilka.

Następnie, nadszedł czas lektury lemowskich miniaturek na łamach „Tygodnika Powszechnego” (przypadkiem, proszę mnie nie podejrzewać o prenumeratę tego czcigodnika – nie jestem godzien), wywiadów, tekstów prasowych – całego, jeśli mogę tak to ująć, „późnego Lema”. Pozłotka opadła natychmiast, i to z takim impetem, iż przez pewien czas miałem wrażenie, że cały pomnik się zawalił. Lem, w swoich haiku (bo nie znajduję innego określenia na gatunek literacki, jaki Lem na łamach uprawiał – aforyzmy to nie były, cechą aforyzmu jest błyskotliwość i celność) sprzedawał redakcjom wyłącznie swój podpis. Zawarte nad podpisem mądrości, banalne w swoim oklepaniu jak stwierdzenie iż w nocy jest ciemno, a Kaczyńscy to faszyści, porażały swoją pustką, błahością, naiwnością. Ghostwriterów do rzeczonej twórczości mógłby Lem chwytać na ulicy, wybierając każdego, kto spaceruje z „Wyborczą” w łapie, jako, że przenikliwość sądów i głębokość refleksji nie przekraczała możliwości klasycznego, zglajszachtowanego członka „the herd of individual minds”, czytelników Gazety Koszernej.

Obrazu dopełniły androny, jakie Lem plótł w rozlicznych wywiadach – bzdury wymieszane z piramidalną pychą (uzasadnioną, a jakże) tworzą mieszankę absolutnie niestrawną.

Z przestrachem wróciłem więc do moich wczesnych lektur. Odetchnąłem jednak, uspokojony. Pozłotka odpadła, przestałem postrzegać Lema jako koronę i zwieńczenie rodzaju ludzkiego, natomiast pozostał marmurowy rdzeń – szereg wielkich, fundamentalnych powieści wspaniałego pisarza, obdarzonego, na dodatek, genialnym zmysłem i poczuciem humoru. I tego późniejsze, żałosne dokonania pana Stanisława nie zdołają ani obalić, ani obrzydzić. Wielkie dzieło broni się samo.

6 thoughts on “O Lemie

  1. Sz.P. Szczepanie
    może te późniejsze dokonania Lema uprzejmie przemilczeć a nie ogłaszać je bełkotem? Nikt nikomu nie odbierze prawa do krytykowania kogokolwiek, jednak tak mocne słowo przypomina mi twórczość tegorocznej laureatki Nike właśnie, tudzież znęcanie się nad staruszkiem z satysfakcją, że obecnie umysł ma się sprawniejszy – niestrawne.

  2. Szanowna Pani Magdo, w rzeczonym tekście nie ma ani słowa na temat sprawności mojego umysły. Do odczuwania satysfakcji ze znęcania się na staruszkami również się nie przyznawałem, ale nic mnie już nie zdziwi.

    Stanisław Lem, skoro życzył sobie uczestniczyć w publicznym życiu kulturalnym, wystawiał swoje dzieło pod ocenę – i proszę tutaj się jego rzekomą demencją starczą nie zasłaniać, bo takowej żadnych śladów nie można było znaleźć. Lem po prostu uznał, że lepiej niż pisarzem, jest być Autorytetem od Wszystkiego i jako taki autorytet się spełniał. I nie widzę powodu, dla którego jego haiku z Tygodnika miałyby nie podlegać ocenie – w końcu, ktoś je tam publikował, więc pewnie komuś się podobały.
    Mi się natomiast nie podobały, podobnie, jak za śmieszne uważałem poglądy, jakie Lem raczył wyrażać na temat polityki, Boga, czy innych spraw – i nie widzę powodów, dla których miałbym mu oszczędzić adekwatnego w tym przypadku słowa „bełkot”, skoro nie szczędzę bardziej chlubnych epitetów jego niewątpliwemu geniuszowi literackiemu.

    A staruszkowi rzeczonemu i tak już wszystko jedno.

  3. Szanowny Panie,
    Dla mnie prezentowanie się jako „autorytet od wszystkiego” zawsze będzie oznaką otępienia, starczego czy spowodowanego przechwaleniem – wszystko jedno. Łagodne ignorowanie wydaje mi się w takim przypadku skuteczniejszym rozwiązaniem od głośnej krytyki obnażającej miałkość takich autorytarnych opinii, szczególnie przez, bądź co bądź, kolegę literata – czyż sam nie życzyłby sobie aby o jego słabszych dokonaniach świat zapomniał?
    Oczywiście nie ma obowiązku oszczędzania komukolwiek ostrych słów, pisanie „z pazurem” jest przyjemne i często przyjemnie się czyta, jednak we mnie akurat to małe słówko „bełkot” wzbudziło podobne odczucia jak obserwacja rodzin ze zniecierpliwieniem przerywających wypowiedź swoich dziadków i nic na to nie poradzę, mimo całej sympatii dla Szanownego Autora, który z pewnością nie jest żadnym sadystą.
    Jak słusznie zauważył Pan, narzędziem pisarza jest Słowo i jest to skomplikowane narzędzie, ani szpilka ani walec drogowy, choć niektórzy tak właśnie go używają. Taką przyjemność sprawiło mi to wyłuskanie przez Pana uwagi Lema (z wyżej wymienionych przyczyn już go nie czytywałam) i tak się tym „bełkotem” rozjechało… Aż nie powstrzymałam się od długiego, nawet wieloodcinkowego komentarza. Proszę o wyrozumiałość i krztynę zrozumienia.
    Pozdrawiam serdecznie.

    „Nam nie jest wszystko jedno” ;)

  4. Wiedziałem Szczepan, że jesteś złym człowiekiem. Trockista i fan Waffen-SS znęcający się nad staruszkami oto Twoje prawdziwe oblicze. ;)

    A co do meritum, to ja mógłbym się pod tym tekstem podpisać. Choć Lemowi w swych haiku zdarzały się i celne spostrzerzenia. Ot, choćby takie w kontekście 9/11, że ekonomia nie jest nauką ścisłą jak matematyka.

  5. mam bardzo podobne doświadczenia z twórczością Lema, choć w moim wypadku nie obłupałem jeszcze całej pozłotki :) Może to źle… antyczne, marmurowe pomniki lepiej wyglądaja bez oryginalnej pstrokatej farby