Jako, że ostatnio w księgarniach pokazała się już nowa „Fronda” (swoją drogą, dobry numer, zachęcam do lektury), zamieszczam szkic, który ukazał się w numerze poprzedni.
Zły policjant i wskrzeszenie Łazarza
Szczepan Twardoch
1.
Zarekomendowano mi „Złego porucznika”, nienowy film Abla Ferrary, jako dziełko głęboko katolickie. Zaskoczenie, pierwotnie wywołane wspomnieniami burzy, jaką kiedyś ten brutalny obraz wywołał w mediach, wzmogło się tylko wraz z oglądaniem. Nie ustępowało wcale, gdy film chylił się ku końcowi, ustąpiło zupełnie wraz z zakończeniem.
Przez znakomitą część filmu miał wrażenie, iż religijna interpretacja „Złego porucznika” to jakiś ponury żart. Przed seansem wiedziałem, że autor scenariusza pracuje na co dzień jako katecheta – mimo to, oglądając obraz najgłębszego, moralnego upadku bohatera brawurowo odegranego przez Harveya Keitela, upadku ukazanego bez aluzji czy niedopowiedzeń, życia przeszytego najgłębszą rozpaczą, niemożliwą już do stłumienia hazardem, narkotykami i alkoholem, zastanawiałem się, cóż chrześcijańskiego może być w tej przejmującej wizji piekła na ziemi. Odpowiedzi udziela finał filmu; zgwałcona przez latynoskich wyrostków zakonnica gwałci ludzkie poczucie sprawiedliwości i nie pomaga policji w ujęciu swoich oprawców. Kieruje się boską, nie-ludzką sprawiedliwością, nie przyjmuje argumentów, że pomagając w wymierzeniu sprawiedliwości mogłaby ochronić inne kobiety. Będąc świadkiem tak głębokiej wiary, tytułowy „zły porucznik” przeżywa swoje nawrócenie, które jednak jest nawróceniem krwawym i brutalnym, przez to innym od łzawych historii opowiadanych pod tytułem „świadectwa” przez uczestników nowych ruchów charyzmatycznych.
2.
Przyglądając się narysowanemu kolorową kredką siedemnastowiecznemu portretowi, przedstawiającemu głowę malarza, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przy Michaelu Merisi de Caravaggio, bohatera streszczonego wcześniej filmu można by wziąć za przeciętnego burgeois z małymi, mieszczańskimi grzeszkami.
Ze zręcznego portretu spogląda czarnowłosy, może trzydziestoletni mężczyzna. Poważne, skupione oczy są oczami człowieka, który, potrącony przy grze w piłce po prostu wyciąga rapier i wbija go w swojego obraziciela. Oczywiście, trzeba mieć wzgląd na epokę – ale jednak, Caravaggio nie domagał się satysfakcji, nie wyzwał przeciwnika na pojedynek. Wbił mu w plecy ostrze i wrócił do gry.
Caravaggio – morderca. Caravaggio – oszust. Caravaggio – homoseksualista. Caravaggio – pijak. Caravaggio – geniusz.
Dawid, z mieczem w dłoni, w drugiej za włosy trzyma głowę Goliata. Dawid to piękny efeb, Goliat ma rysy samego Merisi, zniekształcone śmiertelnym krzykiem – albo raczej grymasem głębokiej rozpaczy, rozwierającym szczęki w niemym wyciu, wywracającym gałki oczne. Dawid, kochanek malarza, Szatan, spogląda na oderżnięty łeb z miłosną litością. Z miłością diabła do grzesznika, z miłością odtrąconą, z pogardą. Piękny, wyniosły, zimny. A odcięta głowa patrzy na widza, wyjąc.
Nie mogąc oderwać wzroku od zgromadzonych w londyńskiej National Gallery kilkunastu obrazów, zatytułowanych dwuznacznie, chociaż może bez takiej intencji, „The Final Years”, myślałem ciągle o skowyczącym policjancie ze „Złego porucznika”.
Nieskończona rozpacz „Dawida z głową Goliata”. Na innym obrazie, wyuzdany, chłodny, chociaż pełen erotyki, bezwzględny ulicznik o ciele Apolla, kpi z widza, występując w roli Jana Chrzciciela – tak, jakby w wiejskich jasełkach w roli Matki Boskiej wystąpiła dziwka z pobliskiego burdelu. Przerażająca ewolucja Chrystusa na dwóch „Wieczerzach w Emaus”, od dorodnego, pyzatego mężczyzny, bez brody (bo przecież uczniowie go nie rozpoznali) spokojnie radosnego, pewnego swego zwycięstwa, do świadomego nędzy tego świata, chudego faceta, łamiącego chleb w złym towarzystwie.
To przerażająca korespondencja z krainy prawdziwego grzechu, z głębokich otchłani zła i rozpaczy. Nie z tych grzeszków, które bogobojne matrony co tydzień szepczą do kratek konfesjonału, tylko z grzechów, które wstrząsają cała konstytucją człowieka – ktoś, kto popełnia takie zło, rzadko jeszcze w zło wierzy. Jednak Caravaggio, zanurzając się w piekle, pozostaje ortodoksyjny – zna doskonale i doskonale rozumie naturę zła. Nie próbuje go zamazać, usprawiedliwić, przekręcić. Rozpacz, która go wypełnia, nie jest słabsza od rozpaczy największego nihilisty wszechczasów, francuskiego Rumuna Ciorana, jest tylko dotkliwsza, bo nihilizm cioranowski nie ma alternatywy. Dla Ciorana życie jest cierpieniem, nie może być niczym innym. Caravaggio zaś wie, że jest na świecie inna droga. Zna drogę prowadzącą do Boga – tyle, że wybiera inną ścieżkę – w dół. Tę samą, którą kroczył bohater filmu Ferrary.
Tę, którą my wszyscy kroczymy.
Pomiędzy skowyczącą głową Caravaggia w dłoni młodej, męskiej kurwy, między piętnastoletnim chłopcem z Dworca, który zrobi wszystko z tym miłym panem za obiad w fastfoodzie – może nawet pozować do obrazu, na którym stanie się Janem Chrzcicielem, obok tej dziewczyny, która, usłuchawszy podszeptu podstępnej staruchy, właśnie oderżnęła łeb nagiemu malarzowi ukrywającemu się pod pseudonimem Holofernes,– pomiędzy tymi olejnymi korespondencjami z piekła, wiszą ilustracje z miejsca, od którego Caravaggio uciekał, by czasem, na próżno, próbować powrotu.
Pełen siły Chrystus w scenie ubiczowania. Wewnętrzny spokój św. Franciszka. Rycerz maltański, człowiek o potężnej, chrześcijańskiej formacji. Twarz – pełna duchowości i życiowych, rycerskich cnót – skupienia, odwagi, cichej dumy. Rękojeść rapiera, którym na pewno pozujący do obrazu potrafi się posłużyć, w zacnej sprawie – widać to z jego oczu. I na końcu, krzyż na piersi i różaniec – oto, czego będzie bronić swoim mieczem, swoją wewnętrzną, duchową siłą, swoim życiem. Człowiek, który stoi na życia biegunie przeciwległym do oberżniętej przez Dawida głowy Caravaggia.
I wreszcie w samym centrum wystawy, ogromne malowidło, zajmuje prawie całą ścianę. Wskrzeszenie Łazarza. Chrystus wyciąga dłoń, powtarzając gest Boga Ojca, stwarzającego Adama na fresku Michała Anioła. Tą samą mocą, która powołała świat do istnienia, Jezus władny jest pokonać śmierć. I powstaje z grobu Łazarz, jeszcze sztywny – gdy boska iskra przebiega przez jego ciało, potrafi tylko wyciągnąć rękę do swego Pana. W tym geście, wyciągniętej dłoni, pomiędzy sztywnym ramieniem Jezusowego kumpla a palcami Zbawiciela, zawiera się całe chrześcijaństwo.
Tak, jak w sposób porażająco, perwersyjnie piękny zawiera się w miłości zgwałconej zakonnicy, która pomaga złemu porucznikowi stać się narzędziem Chrystusa. Bohater, zagrany przez Keitla, nawraca się, bez spowiedzi, sakramentów, bez niczego – po prostu w ostatnich godzinach życia zwraca się ku poniżonemu Bogu, którego ujrzał, przez uchylone drzwi patrząc na nagą ofiarę gwałtu, poddawaną upokarzającemu badaniu. Jego ciało umiera, ponosząc cenę i odpowiedzialność za czyny – ale dusza żyje.
Caravaggio, w tych kilkunastu obrazach, zgromadzonych na „The Final Years”, zawarł całe spektrum ludzkiego życia, rozumianego według antropologii chrześcijańskiej. Od największej, najpotężniejszej rozpaczy, jakiej doświadcza człowiek, który odwraca się o Boga plecami, po siłę i światło, bijące od Chrystusa. Moc, wypełniającą ludzi pobożnych, odważnych i silnych. Głęboką i smutną przepaść grzechu – bez tandetnego moralizowania, jakiż to grzech brzydki – grzech u Caravaggia bywa piękny, i o tyleż bardziej jest przerażający.
Bloom mawiał, że Szekspir wiedział wszystko.
Caravaggio zapewne niewiele mniej.
3.
Rozpaczliwe pogaństwo białych dziewczyn, w murzyńskim klubie w Soho. Czarni chłopcy, z którymi tańczą, są wysocy, muskularni, piękni – odziani w ostatni krzyk mody z MTV, wystudiowane, ułożone z niewątpliwym wyczuciem stylu stroje, uzupełnione starannymi dodatkami – złotem łańcuchów, odpowiednim kątem, pod jakim na bakier skręca daszek czapki – albo tylko szlachetną bielą obcisłej koszulki, wyrzeźbionej mięśniami. Chłopcy nie uśmiechają się do swoich partnerek. Prawie nie ma tutaj czarnych dziewcząt. Czy dlatego, że siedzą w swoich islamskich domach i czekają na mężów pozujących na raperów, czy może nie przypłynęły jeszcze z Afryki – nie wiem.
Jest za to wiele białych kobiet, przyciągniętych samczym urokiem pięknych Afrykanów: tłuste, nieforemne, o brzydkich twarzach – przy tym zupełnie pozbawione kompleksów, zgodnie z poradami z „Cosmopolitan”. Wszystkie ubrały się jak dziwki, nic sobie nie robiąc z tego, że ich stroje pasują wyłącznie do urody anorektyczek. Bryły mięsa spowite w obcisłe ciuchy z MTV – trzęsące się w takt muzyki połcie sadła.
Czy ciało może jakoś oddawać stan duszy? Na pewno nie bezwzględnie, bo przecież brzydota bez trudu może być szlachetna. A jednak, pogaństwo i metafizyczna pustka odbija się na twarzach i niekształtnych ciałach. Tak samo, zresztą, jak widać ją w idealnie wyuzdanych ciałach perfekcyjnych celebrities, z których każda ma cały sztab swoich Pigmalionów. Ta perfekcja, tak samo jako brzydota nie maskowana smakiem ani skromnością jest objawem zepsucia dusz. Przycięte kształty gwiazd absolutyzują ciało. To samo, na miarę swoich skromnych możliwości, czynią londyńskie dziewczęta przed wyjściem do klubu – wtłaczają swoje tłuste pośladki w kuse spódniczki, rozsadzają je swoimi siedzeniami, wierzą w bezwzględne i podłe kłamstwa, że każde ciało może być piękne.
Scena, którą obserwuję z głębokiej loży i perspektywy szklanki z ginem prosi o malarza, który rozumie światło, zna się na ludzkiej psychologii i ma oko do ludzkich typów. Wyobraźmy sobie współczesnego Caravaggia, który w najmodniejszych, luźnych spodniach i czapce na bakier rozbija się po klubach w Londynie, lub pozwala się unosić kolorowej, ludzkiej fali w sobotnią noc na nowojorskim Broadwayu, która unosi również mnie, niewidzialnego prawie obserwatora. Jego adidasy błyszczą, pobrzękują łańcuchy na szyi, uwiera chromowany pistolet za paskiem. A potem wraca do domu, płaci kurwie, imigrantowi z Pakistanu i ślepemu kloszardowi za pozowanie i dotknięciem geniuszu maluje sceny rodzajowe albo religijne obrazy. Siedzi przy stoliku w klubie i szkicuje na serwetce ogryzkiem ołówka: wielki Murzyn w białym garniturze, o greckim ciele wyrzeźbionym na siłowni lub w kopalni, tuli do siebie brzydką, grubą dziewczynę, która i tak wszystko rozumie. Niemożliwe?
„Zły porucznik” to dowód, że można dziś tworzyć sztukę opartą na transcendencji, sztukę w pewnym sensie religijną – a przy tym, po pierwsze, głęboko zanurzoną w codzienności i teraźniejszości, a po drugie i ważniejsze, po prostu wielką. Bo dobra sztuka – to coś wielkiego. Noetyczne, platońskie objawienie prawdy w znojnej iskrze geniuszu. Niechże więc artyści będą sobie łajdakami. Niech będą niemoralni czy nawet amoralni, niech gorszą kołtunerię do woli, niech szokują – byle malowali jak Caravaggio, albo robili filmy jak Ferrara. Caravaggio, powiedzmy sobie – pospolity łajdak, tworzył najczystsze, chrześcijańskie malarstwo, tak, jak, toutes proportions gardées, niegodne dłonie niegodnego księdza nie naruszają natury Eucharystii.
Współczesny malarz woli naklejać paski na poręcze w Muzeum Guggenheima albo nurzać krucyfiksy w szalonej ucieczce donikąd. A to jeszcze nie uzasadnia ekstrawagancji.
Szczepan Twardoch
Fronda, nr 39, maj 2006
Nie sądzę, żeby Abel Ferrara był miarodajnym źródłem doktryny katolickiej, to tak na marginesie.
Ad rem, bliższe jest mi stanowisko wyrażone przez Jana Pawła II słowami: „Żadne miłosierdzie ani boskie ani ludzie nie oznacza tolerancji dla zła”.
Rację mają też ci, którzy powtarzają za Burke’m: „Aby zło zatryumfowało wystarczy tylko, żeby dobrzy ludzie nic nie robili.
Array
to jest chore
Mam pytanie: które obrazy są opisane niesamowitymi porównaniami w punkcie 2?