Tocqueville

Gabiś, w swoim świetnym literacko i ideowo interesującym „Manifeście Postkonserwatywnym” pisze, że czyta dużo Marksa i innych XIX-wiecznych lewicowców, aby pozbyć się głupich tęsknot za ancien regime.

Marksa czytać, oczywiście, warto, bo był z tego Żydka kawał dobrego eseisty – żeby wymienić chociażby mój ulubiony „18ty brumaire’a Ludwika Bonaparte” – ale głupie tęsknoty skutecznie wyleczyć można również „Dawnym ustrojem i rewolucją”, przecież.

„Dawny ustrój…” należy, obok „Promieniowań” Jüngera, „Dziennika” Máraiego, aforyzmów Chamforta i Ciorana, „Pamiętników zza grobu” Chateaubrianda, zweigowskiej biografii Fouchego i paru innych jeszcze, do tych książek, do których wracam regularnie najczęściej. Ponowna lektura, zresztą, jest czymś jakościowo odmiennym od lektury pierwszej – czasem mam wrażenie, że dopiero trzeci, czy czwarty raz czyta się naprawdę.

Siegając więc ostatnio, po raz któryś, po „Dawny ustrój…”przypomniałem sobie manifest Gabisia – i uzmysłowiłem sobie, jak ważne jest, dla intlektualnej higieny i rzetelności, pozbycie się złudzeń co do kontrrewolucji.
Pierwszym powodem ku temu jest organiczna, polityczna niewydolność konserwatyzmu, drugim zaś, sama natura rewolucji, którą Tocqueville odsłonił chyba najlepiej.
Ancien regime był czymś zbyt wielkim, zbyt boskim, aby obalić mógł go spisek masonów, jak lubią sobie wyobrażać niektórzy. Masoni – oczywiście – spiskują, przeciwko Bogu i Kościołowi, i kilka mniejszych, późniejszych rewolucyjek bez wątpienia można uznać za ich dzieło.
Jednak, Rewolucja Francuska, którą ostatnio postanowiłem jednak pisać dużymi literami, była czymś znacznie większym, niż masońskie spiski. Wypływała z samej natury starego ładu, niechybnie musiała się wydarzyć, jednak, nie z historycznej konieczności, jak chciałby Marks, lecz z natury ludzkiej.
Najdoskonalsza forma istnienia państwa, jaką jest chrześcijańska monarchia, w której stosunek monarcha – poddany wypływał wprost z prawa naturalnego, zepsuła się dużo wcześniej, niż w 1789 roku. Rewolucja była logiczną konsekwencją procesu, który rozpoczął Ludwik XIV – można ją zinterpretować jako boską karę za grzechy, jak chciałby de Maistre, albo jako – po prostu – naturalną konsekwencję procesów, które rozpoczęły się wcześniej.
Samą polityczność rewolucji, której ignorowanie słusznie zarzucił Tocquevillowi Furet opisał lepiej Burke – wyraźnie dystans geograficzny ważniejszy jest niż czasowy – jednak u Tocquevilla i de Maistre’a wyraźnie widać kilka najważniejszych cech Rewolucji: nieuchronność nadejścia, nieodwracalność (którą pięknie odmalował Chateaubriand, zdzierając marną scenografię Restauracji) i wagę.
Rewolucja, raz zwycięska, nie przegrywa nigdy. Gwałcąc wyobraźnię człowieka, odwraca raz na zawsze tor historii i burzy naturalny ład – kontrrewolucja jest złudzeniem.
Jest wprowadzony do krwiobiegu, niezniszczalny pasożyt – umrzeć może tylko wraz z nosicielem.
I tak właśnie skończy się Wielka Rewolucja Francuska – śmiercią cywilizacji, w której się wydarzyła.

Na gruzach tej cywilizacji powstanie nowy, naturalny ład, który, z natury rzeczy, odwzorowywać będzie Boski porządek – jednak, z natury ludzkiej, możemy mieć pewność, że skończy się dokładnie tak samo, jak nasz.

Jedyna więc kontrrewolucja i jedyny konserwatyzm, jakie mają sens, dotyczą wnętrza człowieka. Nie możemy odwrócić skutków rewolucji w sferze społecznej i publicznej, możemy, natomiast, pozostać na nią impregnowani duchowo. I taka jest najważniejsza rola konserwatyzmu, jako szkoły myślenia i pewnego kierunkowskazu samodoskonalenia duchowego.

6 thoughts on “Tocqueville

  1. Z wymienionych książek największe wrożenie zrobiły na mnie pamiętniki Chateaubrianda. Ostatnie rozdziały jego memuarów powinni czytac do poduszki sentymentalni monarchiści wszelkiej maści. Pozostaje jednak pytanie, w jaki sposób „możemy pozostać impregnowani duchowo” na owoce Rewolucji. Jak wytyczyć granicę między woluntaryzmem a konserwatyzmem? Na ile ważna lub nieważna staje się przy takim postawieniu sprawy sfera polityki?

  2. To są bardzo dobre pytania, na które nie bardzo znajduję odpowiedzi.
    Sferę polityki zacząłem traktować zupełnie funkcjonalnie, jest ważna o tyle, o ile pokrywa się ze duchową rzeczywistością jednostki (np. uniemożliwiając jednostce godne życie w ten, czy inny sposób). Państwo nie będzie już figurą boskiego ładu, jaką była monarchia, sfera symboliczna jest przegrana już od dawna, więc nie ekscytuję się nią zupełnie.
    Czyli, aby to rozjaśnić przykładem – interesuje mnie, aby państwo nie psuło życia obywateli, nie nakłaniało ich do złego, nie demoralizowało ich i – przede wszystkim – spełniało podstawową funkcję państwa, tzn. zapewniało bezpieczeństwo, po to przecież ludzie się w państwa zaczęli zrzeszać.
    Natomiast, czy to państwo będzie demokracją, czy dyktaturą, czy w sejmie będzie wisiał krzyż, czy nie, ma dla mnie znaczenie drugo- albo nawet trzeciorzędne – te sprawy, rzekomo o znaczeniu fundamentalnym, również oceniam pod względem funkcjonalnym. Pod względem funkcjonalnym najlepszy były cywilizowany i cywilny dyktator, w stylu Salazara może, ale gdybym miał ryzykować trafienie na dyktatora w rodzaju Mobutu Sese-Seko, to wolałbym wróbla w garści i postawiłbym jednak na demokrację, bo z wanna-be dyktatora, nie krępowanego przecież świętym jarzmem korony, rozwinąć się może równie dobrze jeden jak i drugi.
    Jeśli ktoś zechciałby prześladować mnie ze względu na mój katolicyzm – będę przeciwdziałał wszelkimi środkami, jakie pozostają mi dostępne. Nie przyłączę się natomiast do walki o „katolicką republikę” bo mi ona do niczego nie jest potrzebna.
    Niech kolega wybaczy chaotyczność tej odpowiedzi.

  3. Dzięki za wyjaśnienia. Dobrze wiedzieć, że prócz Dantego i mnie ktoś ma jeszcze podobny pogląd na rzeczywistość polityczną :-)

  4. Nie wiem, czy ja to jasno określiłem – ja nie mam nic przeciwko zaangażowaniu politycznemu, sam się, poniekąd, na szczeblu lokalnym, angażuję. Nie postuluję wewnętrznej emigracji w stylu Gomeza-Davilli jako jedynej drogi dla Prawdziwego Konserwatysty. Oczywiście, jeśli ktoś zechce się wycofać, to też dobrze, jego sprawa.

    Uważam natomiast, że jeżeli trzeba się już w politykę angażować, to w tą faktyczną i prawdziwą, volens nolens demokratyczną, w celu osiągnięcia wymiernych efektów. Z natury rzeczy więc, nie będzie to polityka konserwatywna, bo takiej nie ma, tylko, w najlepszym razie, „prawicowa” – a co prawicowe, to rewolucyjne, bo prawdziwa prawica to Żyronda, a nie rojaliści. Idąc do polityki, konserwatyzm trzeba powiesić na kołku – przydaje się, naturalnie, jako szkoła myślenia, ale nic poza tym. Wszystkie konserwatyzmy liberalne, narodowe, czy Bóg wie jakie, to konserwatyzmy wyłącznie w sensie przyjęcia jakiejś metodologii namysłu nad polityką, nie zaś w sensie stosowania konserwatywnych narzędzi politycznych, tudzież wcielania w życie konserwatywnej ideologii, bo narzędzia takowe nie istnieją, a ideologia wcielona w życie być nie może dla samej swojej istoty.

    Angażowanie się w różne tam kanapowe kontrrewolucyjki, monarchizmy, kluby i inne takie, uważam za zupełnie bezcelowe, poza, może, celem towarzyskim. Chociaż przyznaję, parę lat temu mnie to brało. :)

  5. My neighbour asked if he could use my lawnmower and I told him of course he could, so long as he didn’t take it out of my garden — Eric Morecambe
    If toast always lands butter-side down, and cats always land on their feet, what happens if you strap toast on the back of a cat and drop it? — Steven Wright

    What I am against is quotas I am against hard quotas, quotas they basically delineate based upon whatever However they delineate, quotas, I think, vulcanize society So I don’t know how that fits into what everybody else is saying, their relative positions, but that’s my position — George W Bush
    Comedy is simply a funny way of being serious — Peter Ustinov (1921-2004)