Sternberg, fragment.

Żeby dowieść, że się nie obijam, zamieszczam, w roli trailera, krótki, świeży fragment 5 rozdziału zapowiadanej na wiosnę powieści, pt. „Sternberg”. Miłej lektury, jeśli ktoś się na nią skusi.

Sternberg – fragment

(…) Bal kawalerski był wynalazkiem stricte rewolucyjnym. Łączył w sobie, z jednej strony, tradycję burszowskich, kawalerskich spotkań przy piwie lub winie, na których młoda szlachta spotykała się w męskim gronie, czasem przetykanym, w bardziej swobodnych towarzystwach, panienką lekkich obyczajów, z tradycją wystawnych bali. Na bal kawalerski panowie wybierali się w najbardziej eleganckich toaletach, odbywał się taki bal nie w gospodach o pociemniałych ze starości belkach więźby dachowej pod okapem, lecz w jasnych, bogato iluminowanych salach balowych. Od zwykłego balu różnił się tym, iż nie zapraszano nań dam w żadnym wieku; przychodzili tylko dżentelmeni, z których każdy miał obowiązek przyprowadzić co najmniej jedną lub dwie prostytutki.
Grała więc obrażona orkiestra, a na parkiecie kłębił się tłumek młodych mężczyzn i pijanych kurew, usiłujących, wśród salw śmiechu, tańczyć menueta, kłaniać się i ku uciesze młodej szlachty, zabawnie udawać szlachcianki.
Kluczyłem wśród gaworzących wesoło grupek, rozpoznając większość męskich twarzy i sporo dziewczyn, zwłaszcza te, które z niewdzięcznej, kurewskiej roli płatnego mięsa awansowały do socjety stając się muzami artystów. Za Mozartem włóczyła się cała grupka takich, same miały nawet swoich admiratorów, jak księżyce krążących wokół słońca planet. Nie zaczynałem jednak rozmowy z nikim, kłaniając się tylko, z uśmiechem promiennym i dowcipnymi powitaniami. Dziewczyna, która uwiesiła się mojego ramienia była odurzona winem i szła, półsennie, nie przeszkadzając mi w tropieniu mojego celu.
W końcu dopadłem go, Hoimara Schuschnigga, wspartego malowniczo o filar. Robił co mógł, aby stworzyć iluzję flirtu z dwoma zbyt chętnymi dziewczynami i przegrywał, kiedy one jednoznacznie oferowały siebie w odpowiedzi na wyszukane aluzje. Stanąłem za ich plecami, Schuschnigg posłał mi znaczące spojrzenie, złamał dwa dziewczęce serca krótkimi przeprosinami i podszedł do mnie. Porzucając obowiązującą na balach kawalerskich konwencję wyszukanej kurtuazji, odłożyłem przyklejoną do mojego przedramienia dziewczynę na najbliższy, wolny fotel, na którym zaraz zwinęła się kłębek i zasnęła. Pewnie padnie szybko ofiarą jakiegoś okrutnego żartu koleżanek po fachu, które nie miały litości dla odurzonych. Nie zaprzątałem sobie jednak tym głowy. Nie byłem tutaj dla przyjemności.
Wyszliśmy z sali balowej tylnymi drzwiami, wspięliśmy się po schodach na piętro i znaleźliśmy jakiś wolny gabinecik, wzbudzając przy tym chichotanie jakiejś kurwy, która uznała widocznie, że wolimy męskie wdzięki i nie proponowała nawet swojego towarzystwa. Zamknąłem starannie drzwi, Hoimar usiadł w fotelu przy małej konsolce, na której leżały czyjeś listy, ja przysunąłem sobie drugi fotel i siadłem naprzeciwko. Schuchnigg splót swoje wielkie, krótkopalce dłonie na okrągłym brzuchu, umościł swój obfity, chociaż jeszcze nie chorobliwie otyły zadek na wypchanym morską trawą siedzeniu i wypowiedział swoje sakramentalne:
- Słucham mistrza, mistrzu de Castrum Briani…
Nie przeczę, lubiłem te łacińskie tłumaczenie mojego celtyckiego nazwiska, lubiłem, wtedy jeszcze niezasłużone i dlatego tak miłe „mistrzu”, lubiłem w ogóle całą atencję i niemy szacunek, jaki Schuschnigg żywił do każdego, kogo uznał, według swoich tajnych kryteriów, za reprezentanta literatury. Zapewne odziedziczył ten szacunek po swojej rosyjskiej matce, która miała największy udział w jego wychowaniu – żaden lud w Europie nie darzy literatury miłością tak głęboką, jak żywią ku niej Rosjanie. Wielkość tego uczucia pogłębia jeszcze świeży i powierzchowny lukier cywilizacji, jakim są pokryci przecież od stu, czy stukilkudziesięciu lat, zaledwie, od czasu, kiedy Piotr Wielki tępymi nożami darł bojarskie brody. Pod tym lukrem są dzicy jak Indianie – a już, zdołali wydać wielkich poetów, a przede wszystkim, wielkich czytelników. Chociaż generałów wciąż muszą sobie znajdować w Niemczech, Szkocji, czy Szwecji, to pisarzy mają już swoich, a pomyślałby kto, że żołnierki łatwiej nauczyć barbarzyńcę, niż poezji.
- Drogi panie Schuschnigg, wiele rzeczy będzie się musiało zmienić w najbliższych czasach…
Pokiwał głową ze zrozumieniem, a ja wiedziałem, że jest nasz.
- Drogi panie Schuschnigg, liczę na pańską dyskrecję.
- Całkiem słusznie. Zgaduję, że nie ma mistrz raczej na myśli przewrotu, który należy już do przeszłości.
Na wszelki wypadek nie powiedziałem na głos ani słowa, bo ściany mogłyby nosić kolczyki, ale oczami potwierdziłem schuschniggowskie zgadywanki.
- Drogi panie Schuschnigg, są takie aspekty rewolucyjnej rzeczywistości, które volens nolens, zostaną zachowane. A są również takie, które zostaną zachowane, bo przysłużą się temu, co nastąpi później.
Drogi pan Schuschnigg znów pokiwał głową i kciukami dłoni splecionych na guzikach kamizelki zakręcił młynka.
- Pan, drogi panie Schuschnigg, najzupełniej słusznie powinien liczyć na to, że pańskie umiejętności będą cenione zawsze.
Drogi pan Schuschnigg, syn ubogiego, zniemczonego nauczyciela – Czecha. Drogi pan Schuschnigg, syn rosyjskiej księżnej. Drogi pan Schuschnigg, przykład błyskotliwej, rewolucyjnej kariery, lat zaledwie dwadzieścia osiem. Drogi pan Schuschnigg, szef Wydziału Wewnętrznego Policji, cicho konkurującego z Sicherheitamt, tym skuteczniej, że o Sicherheit słyszał każdy, a o Wydziale Wewnętrznym nawet ja dowiedziałem się parę dni temu. Drogi pan Schuschnigg, który wiedział o zamachu na Kleiderpetra i nie kiwnął nawet palcem, żeby mu przeciwdziałać. Drogi pan Schuschnigg, który nie obraził się na nas nawet po tym, jak jeden z jego szpicli w naszym Stowarzyszeniu, z dużą ilością von, der i zu przed nazwiskiem, powędrował na wieki w szare fale Dunaju, obwiązany kotwicznym łańcuchem szczelniej, niż kiedyś krępowały go towarzyskie konwenanse. Drogi pan Schuschnigg, o którym Esterhazy myślał, że zajmuje się nadzorowaniem patrolujących ulice żandarmów.
Drogi pan Schuschnigg skinął głową, wstał i podał mi swoją potężną prawicę. Wstałem również, a wtedy położył mi lewą ręką na ramieniu, spojrzał mi w oczy i uściskał potężnie, przytulając swój mięsisty policzek do mojej skroni, bo o tyle górował nade mną wzrostem.
- Mistrzu, może mistrz na mnie liczyć, pod jednym warunkiem. – wyszeptał mi prosto do ucha, szeptem nieomalże poniżej granicy słyszalności
- Słucham. – wyszeptałem w jego ramię
- Za pięćdziesiąt lat, nie wcześniej, zechce mistrz opisać tę scenę, w swoich pamiętnikach, czy wspomnieniach. Tylko o to proszę.
- Ma pan moje słowo, drogi panie Schuschnigg. – odpowiedziałem wtedy.
Rozstaliśmy się potem szybko, a ja właśnie teraz dotrzymuję słowa. Schuschnigg dawno zgnił już w ziemi, ja nie dożyję już wiosny. Patrzę teraz, przez załamujące lekko linię dachów szkła okienne, w moim pokoju na …strasse. Wschód rozjaśnia już dachówki wiedeńskich domów, szparami między deskami w podłodze zuchwale do izby wślizguje się poranny mróz. Pod Schönbrunem gromadzą się ludzie, gromadzili się tam jeszcze w mroku, przynosząc ze sobą latarnie i pochodnie, które teraz gasną, dymiąc, w stertach zepchniętego z trotuarów śniegu. Wnoszą hasła, które już mnie nijak nie obchodzą, śpiewają pieśni, z których wiele napisałem ja sam, ale to również mnie nie obchodzi. Będą do siebie strzelać, ale ja nie dbam ani o ich kule, ani o ich rany. Siedzę przy biurku, wstaję tylko po to, aby ogrzać zgrabiałe, starcze dłonie na kaflach kominka, wracam szybko i piszę, póki palce mogą utrzymać pióro. (…)

2 thoughts on “Sternberg, fragment.

  1. When lilacs last in the dooryard bloomed,And the great star early drooped in thewestern sky in the night,I mourned, and yet shall mourn with ever-returning spring.
    Defining and analyzing humor is a pastime of humorless people — Robert Benchley (1889 – 1945)

    Are we at last brought to such a humiliating and debasing degradation, that we cannot be trusted with arms for our own defense? Where is the difference between having our arms in our possession and under our own direction, and having them under the management of Congress? If our defense be the real object of having those arms, in whose hands can they be trusted more propriety, or equal safety to us, as in our own hand? PATRICK HENRY, 3 Elliot Debates 168-169.
    Under conditions of competion, standards are set by the morally least reputable agent — philosopher/economist John Stuart Mill