„Epifania…” – zapowiedź pierwsza

„Sternberg” ukaże się wczesną wiosną 2007, nakładem Supernowej, natomiast kilka miesięcy później, może pod koniec maja, może później, nakładem Wydawnictwa Dolnośląskiego ukaże się powieść „Epifania wikarego Trzaski” (tytuł jeszcze może ulec zmianie). „Epifania…” różni się zasadniczo klimatem od „Obłędu rotmistrza vonEgern” oraz od „Sternberga” – akcję osadziłem na moim – bo bliskim i teraźniejszym – Górnym Śląsku, elementów fantastycznych nie ma, albo prawie nie ma (w zależności, od tego, jaką przyjmie się definicję fantastyki).
Poniżej – na zachętę, krótki trailer – sam początek powieści.

Epifania wikarego Trzaski – fragment

Szarzejące na horyzoncie niebo przygotowywało się do przyjęcia świtu. Listopadowy przymrozek ściął ziemię, pokrył szronem szyby samochodów, trawę i drzewa, na których wisiały jeszcze resztki liści, i sprawił, że powietrze straciło swą przejrzystość, wypełniając się mleczną zawiesiną zmrożonej mgły. Z dachów w niebo patrzyły muskularne kominy, wyrzucające żółty, biały i czarny dym, który, mieszając się jak na malarskiej palecie, zawisał pięćdziesiąt metrów nad ziemią i ścielił się, w pasmach i kłębach, groteskowa kpina z babiego lata.
Ojcowie rodzin, których ryk budzików wyciągnął spod puchowych pierzyn, od oddychających spokojnie szerokobiodrych żon, zapalali pierwszego papierosa w piwnicach, wrzucając kolejne łopatki węgla w przygasłe lub ziejące czerwonym żarem czeluście pieców ce-o. Ich żony zakreślały znak krzyża i na wpółprzytomne, klapiąc papciami po lastryku, szły do kuchni, wyciągały z lodówek ser, kiełbasę i masło, kroiły chleb, gotowały wodę na kawę i zawijały kanapki w papier.
Skrzypiały kłódki i drżały kraty otwieranych sklepów. Zapach świeżego chleba wypełzał z rozgrzanej piekarni. Pod pociągnięciami plastikowych skrobaczek, szron płatami schodził z szyb golfów, lanosów, polonezów i maluchów, a kopulujące z cylindrami tłoki rozgrzewały olej stężały w silnikach. Monotonną mantrą nawoływały się gołębie z odległych gołębników, a nastroszone wróble wypełniały powietrze poćwierkiwaniem. Pod ziemią, w chodnikach i szybach, szychta nocnej zmiany zamieniała się w fajrant.
Józef Lompa, zwany Poniedziałkiem, pakował do torby śniadanie – dwa razy tyle kanapek co zwykle. Panna Aldona, gospodyni, z fatalistycznym spokojem pompowała dętkę swojego roweru wigry 3, z której znowu urwisy z dołu spuściły powietrze. Andrzej Zieliński, proboszcz, nie miał ochoty wychodzić z ciepłego łóżka, patrzył więc na zagrzybiały sufit i martwił się, skąd weźmie pieniądze na konieczny remont dachu plebani. Kownacka, nauczycielka matematyki cierpiąca na bezsenność, z zapałem wypisywała obelgi na internetowym forum. Gerhard Pikulik wrzeszczał w komórkę, besztając swojego pracownika, kierowcę spóźnionego autobusu relacji Gliwice – Hamburg – Gliwice. Celinka Gwóźdź, anglistka, nadaremnie próbowała wzbudzić pożądanie w rozespanym mężu. Teofil Kocik, wariat, kończył doić krowę i obawiał się, czy nie spóźni się do kościoła. Jadwiga Oleksiak, dyrektor szkoły, z trudem wciągała na tyłek majtki wyszczuplające. Młodzież szkolna spała w najlepsze, z cichą nadzieją, że tego dnia świat się nie zbudzi.
Zastępujący kościelnego elektroniczny automat uruchomił mechanizm dzwonów, których bicie, wzywając na Mszę, poniosło się po dziurawych ulicach, między ogródkami, po zmarzniętych ugorach, między ścianami blaszanych garaży, przez siatkowe płoty, rachityczne zagajniki i nieużytki, ledwie wciskając się do domów przez dźwiękoszczelne okna.
Bóg patrzył na swoje Drobczyce.

***
Sinoniebieskie ciało zdekapitowanego Jana Chrzciciela tryskało równą strużką krwi z kikuta szyi, a głowa w ręku kata wznosiła oczy ku niebu. Odziana w rokokową suknię Herodiada uśmiechała się z satysfakcją, oprawca jeszcze dzierżył miecz. Ściemniały werniks dodawał barokowemu obrazowi mrocznego nastroju, tylko muślinowe szaty kobiet i bladość martwego ciała rozjaśniały ciemności lochów. Młody ksiądz przyklęknął przed ołtarzem, ciężkim spojrzeniem obdarzając malowidło z patronem kościoła. Zaspany ministrant klęknął za nim, po czym obaj zajęli przynależne im miejsca.
- Miłość Boga Ojca, łaska naszego Pana Jezusa Chrystusa i dar jedności w Duchu Świętym niech będą z wami wszystkimi! – zaśpiewał ksiądz
- I z duchem twoim. – odpowiedziały babcie i Kocik.
Rozpoczęła się poniedziałkowa, poranna Msza Święta o wpół do siódmej w kościele parafialnym pod wezwaniem Ścięcia Św. Jana Chrzciciela w Drobczycach. Wierni, czyli lud, wystąpili, jak zwykle, w liczbie sześciu osób. Ksiądz wikary Jan Trzaska, zwany przez parafian księdzem Janeczkiem, a przez starszych „nowém kapelönkěm” przeprosił w duchu Pana Boga za swoje grzechy, odczytał intencję, po czym rozpoczął Confiteor.
- Uznajmy przed Bogiem, że jesteśmy grzeszni, abyśmy mogli z czystym sercem złożyć Najświętszą Ofiarę. – wyśpiewał swoim czystym głosem, o którym starsze parafianki mawiały „kapelönek to śpëwajöm tak pëkně, że aże Matka Bosko na figuře śě śmějöm, jak go słyšöm ”.
Kiedy wierne niemrawymi głosami zaczęły swoje „spowiadam się Bogu Wszechmogącemu i wam bracia i siostry…” wikary, wzbudziwszy w sobie szczery żal za grzechy, pozwolił na kilkanaście sekund myślom odlecieć, podczas gdy wargi bezwiednie wypowiadały te same słowa, jak co dzień. Ksiądz Janeczek myślał o śniadaniu, którego nie zdążył przełknąć, bo obudził się o kwadrans za późno i ledwie zdążył na mszę. Miał nadzieję, że proboszcz nie zeżre mu dwóch kiełbasek śląskich, które pieczołowicie zachował dla siebie na śniadanie na niskiej półce lodówki. Proboszcz może nie zeżre, ale jak panna Aldona je znajdzie, to niechybnie je proboszczowi wkroi do jajecznicy, mrucząc „přeca farořowi śé barđëj noleży wušt do smażönki niź kapelönkowi ”. Psiakrew. I będzie trzeba iść do spożywczego, po jakiś serek, albo coś innego, byle niedrogiego. Po śniadaniu siąść i szybko odmówić laudesy, których nie zdążył przed mszą, a potem zaraz do szkoły. Po szkole może trochę spaceru, może wróciłby przez las, ładny, późnojesienny dzień dzisiaj, może w lesie odmówiłby sobie brewiarz znowu, jakoś tak fajnie, przysiądzie sobie na pniaku, popatrzy na resztki kolorowych liści i wzniesie myśli do Pana, potem na farę na obiad, zignoruje gderanie panny Aldony i ucieknie do swojego pokoju. (…)

4 thoughts on “„Epifania…” – zapowiedź pierwsza

  1. Komentarz raczej nieadkwatny, ale nie wiedziałem gdzie indziej go zamieścić.
    W którym roku, nie pamiętam, na stacji kolei w Krynicy Górskiej zakupiłem nieznane mi dotąd pisemko pod swojskim tytułem „Science Fiction”, i wsiadłem do nocnego pociągu do Warszawy. Pośród kilkunastu tekstów mniej lub bardziej udanych, autorów o mniej lub bardziej znanych nazwiskach, znajdowało się opowiadanie o intrygującym tytule: „Obłęd rotmistrza von Egern”. Autora nie kojarzyłem wcale, opowiadanie zostawiłem więc na koniec. Pierwsze co mnie uderzyło po rozpoczęciu lektury to język, tak odmienny i tak dojrzały w porównaniu do pozostałych pozycji w pisemku, potem nie było już nic co by mnie mogło uderzyć, gdyż przepadłem całkiem. Dałem się ponieść treści od razu identyfikując się z honorowym panem rotmistrzem i razem z nim staczając się na dno. Z tej podróży nie wyrwał mnie nawet konduktor, który dziwnie mi się przyglądał, gdy ze łzami w oczach podawałem mu bilet do sprawdzenia. Nad ranem, gdy dotarłem do stolicy, świat nie był już taki sam, i nigdy nie miał powrócić do swego pierwotnego stanu. Następnego dnia wiedziałem już wszystko czego można było dowiedzieć się o autorze, a było tego niewiele, w zasadzie tylko potwierdzenie, iż jest debiutantem i żadnego innego jego tekstu nie będzie mi dane przeczytać, przynajmniej nie w najbliższym czasie.
    Minęło parę lat, świat się zmieniał, lecz we mnie zawsze gdzieś siedziało to uczucie zbitego i odartego z godności, już nie człowieka, który nie wierzył, że do tego stanu doprowadziły go tylko słowa. Zapomniałem już o comiesięcznych rozczarowaniach, gdy we wcześniej wspomnianym pisemku nie znajdowałem nic choćby przypominającego „rotmistrza”. Opuściłem Warszawkę by osiąść na stałe w Polsce „B”. Tutaj przez chwilę dorabiałem się mieszczańskiego statusu klasy średniej prcując własnymi ręcami i zapominając o śmierci i pożodze którą zostawiałem za sobą tamtej nocy samemu nie wierząc, że to czynię. Ustatkowałem się, zakosztowałem ciepła domowych pieleszy, lecz ten niepokój i ta wrazliwość nadal ze mna pozostały i stało się. Pewnego dnia przeglądałem ofertę merlina w posukiwaniu woluminów, które miałyby uzupełnić moją świeżą biblioteczkę, zastanawiałem się co dobrać by uzbierać dwa złote do ośmiu dych na darmową przesyłkę i trwfiło mnie. Tytuł powrócił do mnie jak kopniak w potylicę, wklepałem „obłed rotmistrza” i JEST. Książka, pełnowymiarowa książka wędruje do mnie dzięki tajemnym mocom poczty polskiej i już niebawem będę ją trzymał w swoich dłoniach. Będę miał na własność dzieło, które parę lat temu zmieniło moje życie.
    Autor, Szczepan Twardoch, googlnijmy, może tym razem uda się znaleść coś więcej…
    Oto jestem Panie Szczepanie, pośrednia konsekwencja obłedu sprzed wielu lat, oto jestem. Widzę ile mnie ominęło, widzę, że nie dam rady przebrnąć przez wszystko jednego
    dnia, ale nie odejdę póki nie wypełni się przestrzeń w mym sercu ziejąca pustką od czasu tamtej nocy z „rotmistrzem”.
    Dziękuję, odezwę się jeszcze.
    Szczerze oddany, zagubiony lecz odnaleziony po latach Czytelnik.

  2. Komentarz raczej nieadekwatny, ale nie wiedziałem gdzie indziej go zamieścić.
    W którym roku, nie pamiętam, na stacji kolei w Krynicy Górskiej zakupiłem nieznane mi dotąd pisemko pod swojskim tytułem „Science Fiction”, i wsiadłem do nocnego pociągu do Warszawy. Pośród kilkunastu tekstów mniej lub bardziej udanych, autorów o mniej lub bardziej znanych nazwiskach, znajdowało się opowiadanie o intrygującym tytule: „Obłęd rotmistrza von Egern”. Autora nie kojarzyłem wcale, opowiadanie zostawiłem więc na koniec. Pierwsze co mnie uderzyło po rozpoczęciu lektury to język, tak odmienny i tak dojrzały w porównaniu do pozostałych pozycji w pisemku, potem nie było już nic co by mnie mogło uderzyć, gdyż przepadłem całkiem. Dałem się ponieść treści od razu identyfikując się z honorowym panem rotmistrzem i razem z nim staczając się na dno. Z tej podróży nie wyrwał mnie nawet konduktor, który dziwnie mi się przyglądał, gdy ze łzami w oczach podawałem mu bilet do sprawdzenia. Nad ranem, gdy dotarłem do stolicy, świat nie był już taki sam, i nigdy nie miał powrócić do swego pierwotnego stanu. Następnego dnia wiedziałem już wszystko czego można było dowiedzieć się o autorze, a było tego niewiele, w zasadzie tylko potwierdzenie, iż jest debiutantem i żadnego innego jego tekstu nie będzie mi dane przeczytać, przynajmniej nie w najbliższym czasie.
    Minęło parę lat, świat się zmieniał, lecz we mnie zawsze gdzieś siedziało to uczucie zbitego i odartego z godności, już nie człowieka, który nie wierzył, że do tego stanu doprowadziły go tylko słowa. Zapomniałem już o comiesięcznych rozczarowaniach, gdy we wcześniej wspomnianym pisemku nie znajdowałem nic choćby przypominającego „rotmistrza”. Opuściłem Warszawkę by osiąść na stałe w Polsce „B”. Tutaj przez chwilę dorabiałem się mieszczańskiego statusu klasy średniej prcując własnymi ręcami i zapominając o śmierci i pożodze którą zostawiałem za sobą tamtej nocy samemu nie wierząc, że to czynię. Ustatkowałem się, zakosztowałem ciepła domowych pieleszy, lecz ten niepokój i ta wrazliwość nadal ze mna pozostały i stało się. Pewnego dnia przeglądałem ofertę merlina w posukiwaniu woluminów, które miałyby uzupełnić moją świeżą biblioteczkę, zastanawiałem się co dobrać by uzbierać dwa złote do ośmiu dych na darmową przesyłkę i trwfiło mnie. Tytuł powrócił do mnie jak kopniak w potylicę, wklepałem „obłed rotmistrza” i JEST. Książka, pełnowymiarowa książka wędruje do mnie dzięki tajemnym mocom poczty polskiej i już niebawem będę ją trzymał w swoich dłoniach. Będę miał na własność dzieło, które parę lat temu zmieniło moje życie.
    Autor, Szczepan Twardoch, googlnijmy, może tym razem uda się znaleść coś więcej…
    Oto jestem Panie Szczepanie, pośrednia konsekwencja obłedu sprzed wielu lat, oto jestem. Widzę ile mnie ominęło, widzę, że nie dam rady przebrnąć przez wszystko jednego
    dnia, ale nie odejdę póki nie wypełni się przestrzeń w mym sercu ziejąca pustką od czasu tamtej nocy z „rotmistrzem”.
    Dziękuję, odezwę się jeszcze.
    Szczerze oddany, zagubiony lecz odnaleziony po latach Czytelnik.