Najpierw u K., gościnnie, na seminarium. Dyskusja ze studentami z MISH o definicji intelektualisty. Młody gentleman stawia tezę, iż dyskusji o ideach nie można zostawić politykom i że powinni się nią zajmować wyłącznie intelektualiści. Zdziwiony stwierdzam, że mój młodszy kolega właśnie, nieświadomie, opisał dokładnie sytuację z XVIII-wiecznej Francji, gdzie hermetycznie odcięci o polityki intelektualiści dyskutowali o ideach ze swobodą niekrępowaną przez najpłytszą chociaż znajomość politycznej praktyki; zaś politycy wyłącznie administrowali państwem, nie pozostając już we wspólnocie wartości ze swoimi poprzednikami.
Potem dyskusja – raczej nudna, chociaż studenci inteligentni.
Potem z K. do Spencera, tam bardzo fajni znajomi z instytutu. Nad piwem, skarżą się wszyscy na uniwersytecką rzeczywistość, tą samą skargą, którą można usłyszeć od każdego intelektualnego człowieka, wciągniętego w tryby spolecznych interakcji w sformalizowanych strukturach społecznych.
I chwytają się słabych pociech ludzi bezradnych: ironii, drwiny, śmiechu.
Obcy uniwersyteckiej polityce, tylko przysłuchuję się ich rozmowie; myślę o świecie, który został za mną. Spotkania biznesowe, szkolenia, integracje, targi zagraniczne i polskie, negocjacje, a do tego codzienna rutyna biura. To przeszłość i przyszłość, teraz nabieram powietrza, jak pływak, między jednym zanurzeniem a drugim. Chociaż kto wie, może to się wszystko potoczy w inną stronę?
Potem, drugi i trzeci żywiec i rozmowa się wznosi. Z M. rozmawiamy o Tocquevillu, potem zażarcie bronię tezy, iż przynajmniej do 1941 III Rzesza była krajem demokratycznym. Przyjeżdża Agata, siedzmy dalej, ja piję piwo, Agata kawę.
Właśnie zdałem sobie sprawę, że piszę Samuelem Pepysem:
Friday 1 August 1662. Up, my head aching, and to my office, where Cooper read me another lecture upon my modell very pleasant. So to my business all the morning, which increases by people coming now to me to the office. At noon to the Exchange, where meeting Mr. Creed and Moore we three to a house hard by (which I was not pleased with) to dinner, and after dinner and some discourse ordinary by coach home, it raining hard, and so at the office all the afternoon till evening to my chamber, where, God forgive me, I was sorry to hear that Sir W. Pen’s maid Betty was gone away yesterday, for I was in hopes to have had a bout with her before she had gone, she being very pretty. I had also a mind to my own wench, but I dare not for fear she should prove honest and refuse and then tell my wife. I staid up late, putting things in order for my going to Chatham to-morrow, and so to bed, being in pain … with the little riding in a coach to-day from the Exchange, which do trouble me.
Na szczęście, tylko styl podobny. Lektura Pepysa jest jednym z najlepszych treningów antropologicznych, jakie znam.
Dzisiaj rano, słuchając radio przy śniadaniu i gazecie, nagle olśnienie: Tocqueville pisał o zstępowaniu języka filozofów pod strzechy. Najpierw w kajetach zażaleń odnajduje chłopów piszących o Istocie Najwyższej, Prawach Człowieka, Współobywatelach i komentuje – „gdyby znali ortografię, mogliby być już miernymi pisarzami”. Odwieczna chyba cecha miernego intelektualisty: bezustanne międlenie paru modnych terminów. Tocqueville nie jest ścisły, nie wystarczy poznanie terminów, trzeba jeszcze opanować standardowy algorytm połączeń.
„Problem wykluczenia ze społeczeństwa informacyjnego jednostek ekonomicznie upośledzonych skutkuje rozwojem postaw agresywnych, nacechowanych nietolerancją i agresją.” Na pewnym poziomie zdanie takie jest inteligibilne dla czytelniczki „Życia na gorąco” – jeśli nie semantycznie, to na pewno emocjonalnie (chociaż, w przypadku dekodowania treści emocjonalnej komunikatu, trudno jednak mówić o inteligibilności).
Z Kajetami Zażaleń to różnie, zresztą, mogło być – K. wczoraj twierdził, chyba za Furetem, że rzeczone Kajety zostały spreparowane na polecenie Filipa Égalité – ale pisze też Tocqueville o tym, iż jemu współcześni, ludzie, którzy dziełek literatów z XVIII wieku w ogóle nie znają a literaturą gardzą – również, zupełnie nieświadomie, posługują się tym językiem.
A skoro posługują się nim, to znaczy, że nim myślą. Idee mają konsekwencje. Literaci czasów Ludwika XV i XVI, chociaż przez lud nie czytani, przecież zarazili umysły chłopów i mieszczan, którzy, w końcu, zaczęli myśleć Oświeceniem.
Niedawno, na zebraniu, związanym z lokalną polityką, w której biorę udział, przejęty swoją rolą Kandydat wstał i przemówił Wolterem i Diderotem naszych czasów.