Konserwatyzm jako klęska

Postanowiłem umieścić w Dzienniku 2006 ten stary tekst, który ukazał się we Frondzie nr 32, w pierwszej połowie 2004, z dwóch powodów.

Po pierwsze, stał się szkic ten powodem interesującej wymiany zdań na łamach „F”, którą spróbuję tutaj sukcesywnie odtworzyć, po drugie, to chyba pierwszy mój tekst, w którym otarłem się o pewną intelektualną samodzielność. Dziś kilka myśli sformułowałbym już inaczej, ale w jakiś sposób wyznaczyłem sobie tym, ważnym dla mnie tekstem, tory myślenia, po których posuwam się do dziś

KONSERWATYZM JAKO KLĘSKA

Napoleon dowiódł swojego strategicznego mistrzostwa ponosząc swoją największą porażkę. Największymi arcydziełami strategii nie były zwycięskie bitwy pod Marengo, Wagram, czy Austerlitz, lecz przeprawa przez Berezynę – tragiczny finał wyprawy na Moskwę.

To oczywisty paradoks. Strategia jest sztuką zwyciężania. Jednak największym wyzwaniem dla stratega jest działanie w warunkach, w których prawdziwe zwycięstwo jest niemożliwe, zaś za sukces uznaje się zmniejszenie rozmiarów porażki. Napoleon zawiódł jako polityk – on sam ponosi odpowiedzialność za zgubną decyzję wyprawy na Rosję, on również jest autorem szeregu pomyłek strategicznych w największej skali – zamiast zatrzymać się po zdobyciu Litwy i Białorusi i odczekać do wiosny, ruszył naprzód, powielając błąd Karola XII który niejako na własne życzenie zwycięstwo pod Narwą zamienił w sromotną klęskę pod Połtawą. Ponosząc odpowiedzialność za przegraną, Napoleon wykazuje się kunsztem stratega, zwodząc wielokrotnie silniejsze, dobrze odżywione i wypoczęte siły rosyjskie. Swoim zdemoralizowanym, pozbawionym kawalerii i artylerii, osłabionym, wygłodzonym wojskiem rozbija jedną armię rosyjską, organizując rzecz prawie niemożliwą – przeprawę przez Berezynę. Zwycięstwa w bitwach Napoleon odnosi dysponując najczęściej przewagą liczebną (jego zasługą jako polityka i stratega wielkiej skali jest uzyskanie tej przewagi na danym odcinku) i posiadając lepszych żołnierzy; pod Berezyną dokonuje niemożliwego. Jak arcymistrz szachowy, który głupio godzi się grać bez wież i hetmana, i oczywiście przegrywa partię, jednak w stylu dowodzącym jego mistrzostwa.

Lampart, książę Salina, bohater powieści Lampedusy jest artystą klęski. Jego konserwatyzm jest wirtuozerią porażki. Nikt tak pięknie nie przegrywa, jak prawdziwy arystokrata. Ponosi odpowiedzialność za swoją klęskę, tak jak dziedziczy świetność swych przodków – książąt. Arystokracja popełniła jedną, niewybaczalną zbrodnię – przegrała swój arystokratyzm, schamiała, przestała być arystokracją. „Jako król Ludwik XVI zasłużył na swe nieszczęście, ponieważ nie znał się na swym rzemiośle. Jako człowiek nie zasłużył na nie. To cnoty wyobcowały go z narodu.” – pisze Antoni de Rivarol.

Pochylam czoło przed ludzką, chrześcijańską pokorą Ludwika XVI i godnością, z jaką idzie na gilotynę – jednak gardzę nim jako monarchą, gdyż jako potomek Hugo Capeta powinien zwyciężyć, nie zaś umierać z godnością… Ludwik XVI ścinający niedoszłych regicides miałby zapewne nieco mniej świętości, lecz byłby prawdziwym królem. Cytując znów Rivarola (bo żaden pisarz nie był wtedy tak blisko wydarzeń): „Gdyby Ludwik XVI 10 sierpnia zginął z bronią w ręku, wówczas jego krew obficiej użyźniłaby lilie. Śmierć na szafocie wśród milczenia tłumów na zawsze pozostanie piętnem – dla narodu, dla tronu, a nawet dla wyobraźni.

Za Rivarolem, wolałbym, by historia zapamiętała tego poczciwego króla – tłuściocha jako krwawego tyrana, który bezwzględnie stłumił bunt: kazał strzelać do tłumu prostytutek i przekupek, idących na Wersal, ściął Robespierra, kołem łamał Fouchego i Marata… Charlotta Corday poślubiłaby wtedy miłego chłopca, urodziła mu gromadkę dzieci i historycy nigdy nie zanotowaliby jej imienia. Chateaubriand zostałby może drugim Michałem z Montaigne, zaś młody porucznik artylerii Napoleon Buonaparte oddałby się swojej pasji: fortyfikacjom i modernizowaniu armat. Zostałby może następcą Gribevaula i Vaubana? Lub może wróciłby, zgodnie z młodzieńczymi marzeniami, na Korsykę, aby razem z Paolim Pasquale wzniecić kolejne powstanie przeciwko Francuzom? Gdyby Ludwik XVI był taki, jak powinien, młody Buonaparte skończyłby może na szafocie w Ajaccio, krzycząc „Na pohybel Francji!”…
I może tylko młody wandejski arystokrata Henri de la Rochejaquelein czytywałby namiętnie rycerskie romanse, pomstując na los, który kazał mu żyć w nudnych czasach, gdy nie można wykazać się szaleńczą odwagą…

Jako arystokrata książę Salina niesie więc brzemię odpowiedzialności za swoją porażkę. Nosząc w sobie tę odpowiedzialność, czuje, że jedyne, co mu pozostało, to styl. Więc przegrywa najpiękniej. Nie traci godności, chociaż traci wszystko – tymi siłami, jakie mu pozostały, czyli swoim honorem, swoją dumą, swoją wyniosłością, tym wszystkim, czym góruje nad plebejem – tym posługuje się po mistrzowsku. Wiejskie wybory są jego Berezyną.

Czy więc konserwatyzm jest sztuką zawierania kompromisu? To piękna wizja – wielkodusznie pozwalamy na pewne ustępstwa, jednocześnie niezłomnie trwając przy najważniejszym rdzeniu zasad. Taka koncepcja wymaga umiejętności kartografa, potrzebnych, aby wytyczyć wyraźną, nieprzekraczalną granicę.

Co jest, oczywiście, niemożliwe. W obliczu sztuki kompromisu każda granica zawsze jawić będzie się jako niepotrzebny, szkodliwy upór. Co gorsza, nieelegancki i prowincjonalny upór. Zawsze można przecież postawić kolejny, maleńki krok do tyłu (och tak, tym razem już ostatni!), ustępując. Ale na samym końcu tej przebytej maleńkimi kroczkami ścieżki znajdujemy zawsze tą samą przepaść.

Jakże naiwnie myli się młody Tancredi. Jakże groteskowo mylą się wszyscy ci, którzy dziś z nadzieją i uśmiechem powtarzają „Wiele się musi zmienić, aby wszystko pozostało po staremu„.

Mój drogi Tancredi, nie pomoże małżeństwo z piękną córką bogatego parweniusza – tak się nie ratuje rodowej fortuny, tak się ją bruka. Oczywiście, cóż innego można uczynić? Zbankrutować? Żebrak-alkoholik, opowiadający przy wybłaganej w knajpie wódce o swoim ojcu – baronie?

Niestety, alternatywa między małymi kompromisami a unicestwieniem jest fałszywa. Jest złudzeniem, jakże pięknym – pozostawia złudzenie, że można jeszcze coś uczynić.
Tymczasem, to nie jest nawet, jak powiedzieliby niepoprawni optymiści, wybór mniejszego zła. To po prostu wybór między jedną klęską a drugą. Realna jest jedynie rzeczywistość klęski.
Wszystko się zmieni i nic nie pozostanie po staremu, drogi Tancredi. Nie mówimy przecież o zbliżającej się klęsce! Mówimy o rzeczywistości klęski, rzeczywistości dotykającej nas w sposób najdotkliwszy…

Wszystko już się zmieniło i nic nie pozostało po staremu – odpowiadam bratankowi Lamparta.
Adolf Hitler pod koniec kwietnia 1945 roku tworzył nowe dywizje – kilkuset zdemoralizowanych żołnierzy, wyposażonych w parę ciężarówek mianował dywizją pancerną, i nie mógł zrozumieć, dlaczego taka dywizja nie wytrzymuje konfrontacji z sowieckimi czołgami. Nie powtarzajmy tego błędu.

Stajemy więc na rozstajach. Początkowo obie drogi biegną blisko siebie – nieraz nawet się krzyżują. Jedna droga to sztuka kompromisu. Druga droga to sztuka walki. Na pierwszej przydadzą się dobre maniery, na drugiej karabin i parę skrzynek amunicji. Obie drogi prowadzą do tej samej przepaści.

Rozróżnienie między konserwatyzmem ewolucyjnym (zwanym też anglosaskim, lub po prostu konserwatyzmem) a konserwatyzmem integralnym (tradycjonalizmem, konserwatyzmem romańskim, jak kto woli) wydaje się być tutaj jakże istotne. Dotyka absolutu.
Mimo aksjologicznej bliskości, dwa konserwatyzmy stają po przeciwnych stronach barykady. Wiedziony realpolitik ewolucjonista uznaje uzurpację, przywiązany do absolutu tradycjonalista odmawia uznania uzurpacji.

Rzecz w tym, że uzurpacja ma to gdzieś. Czy zwycięzców obchodzi, który z pokonanych i związanych jeńców przysięga właśnie walczyć do ostatniej kropli krwi, a który rozważa pewne ustępstwa?

Jakże komiczni byli kapłani francuskiego kościoła „konstytucyjnego”! Drodzy ewolucjoniści, przyjrzyjcie się dokładnie temu fragmentowi historii – rewolucji żaden kompromis nie wystarczy. Będziecie dokładnie tam gdzie oni, będąc przy tym żałośnie śmieszni. Ile razy można sobie obiecywać, że dalej to już ani kroku?

Nie znam się na piłce nożnej – ale gdy w osiemdziesiątej minucie meczu trener drużyny przegrywającej 5:0 mówi dziennikarzom że nie wszystko jeszcze stracone, nawet ja dostrzegam jego śmieszność.

Ktoś pięknie strawestował znane powiedzenie – w demokratycznym kraju ślepców jednooki nie byłby królem, byłby politycznym marginesem. Owszem, jednoocy, widzicie. Ale cóż z tego, gdy reszta wasze relacje bierze za majaki szaleńców?

Jest jeszcze trzecia droga – można zostać konserwatywnym nihilistą, jak Jünger, i z radością obserwować, jak społeczeństwo ślepców radośnie, przy dźwiękach muzyki, zdąża ku przepaści. Adam Wielomski tak charakteryzuje różnicę między de Maistrem a Jüngerem:
Cywilizacja europejska jest w stanie rozpadu, prawdopodobnie nikt i nic nie może jej już uratować, bowiem lewicowo-laicka infekcja przeżarła już wszystkie tkanki organizmu. Żyjemy w epoce „zmierzchu Zachodu”, w epoce rozpadu i dekadencji. Postawa de Maistre’a jest dla mnie godna konserwatysty – on nie pogodził się z myślą o ostatecznym upadku, wierzył, że Prawda może jeszcze nas uratować, zachował w swoim sercu katalog zasad nawet wtedy, gdy świat uznał je za już nie obowiązujące. Jünger zaś popadł w totalny nihilizm i z zachwytem obserwował upadek. Mnie nie sprawiają przyjemności takie widoki i gdy widzę przed sobą masy, tłumy, miliony barbarzyńców w dżinsach i z kolczykami w uszach zajadające hamburgery z McDonalds’a, to walczę, chociażby piórem, o naszą cywilizację, płaczę, gdy przegrywam. Ernst Junger najchętniej skakałby na pogorzelisku naszej cywilizacji, ciesząc się, że upadła wraz z toczącym ją rakiem. Nie akceptuję postawy niemieckiego radykała, choć ją bardzo dobrze rozumiem” (Adam Wielomski, Konserwatywny nihilizm, Pro Fide, Rege et Lege nr 43.)

Bardzo dobrze rozumiem postawę polskiego tradycjonalisty. Rozumiem także łzy, które muszą często pojawiać się w oczach Wielomskiego. Poskaczę jednak razem z Jüngerem. W końcu wszyscy i tak staniemy kiedyś na pogorzelisku. Ewolucjonista zawoła – „Nie zważajcie na płomienie, nie wszystko jeszcze spalone, gaśmy razem z uzurpatorami! Racja, to oni podpalili, ale może zrozumieją swój błąd, i będą już nieco mądrzej obchodzić się z ogniem”. Tradycjonalista powie – „Sami podpalili, niech więc płonie. My chcemy tylko z pożogi uratować fundamenty”. Zaś Jünger widzi, że spalone belki dawno pogrzebały fundamenty, cieszy się więc, że to już koniec.

Podniosę jakiś okruch i schowam go do kieszeni – może fragment fresku, mozaiki, albo nadpaloną książkę. Ernst Jünger popatrzy na mnie z politowaniem – cóż robić, jestem sentymentalny.

Józef de Maistre nie jest na pewno mniej spostrzegawczy. Jego najdonioślejszym osiągnięciem jest być może to, że nie dał sobie zamydlić oczu koroną Ludwika XVIII, liliami powiewającymi znowu, po ponad ćwierć wieku, nad Francją. De Maistre wiedział, że dekoracjami z dykty można zasłonić ruinę spalonego królewskiego zamku, lecz nie da się go tak odbudować. Rivarol relacjonuje rozmowę Ludwika XV z dworzaninem: król pyta o godzinę, dworzanin odpowiada – „Jest ta godzina, której sobie Wasza Wysokość zażyczy”. Ludwik XVIII mógłby co najwyżej oszukiwać, po kryjomu przekręcając wskazówki zegarka. De Maistre, nawet za Restauracji, pokłada swą nadzieję w Bogu. Wie, że na ziemi już przegraliśmy.

Czy będziemy wierzyć jak Józef de Maistre, czy też zaniesiemy się cynicznym chichotem, jak Ernst Jünger, przegramy. Gdy spróbujemy ewoluować, przegramy podwójnie i okryjemy się zasłużoną śmieszności. Oczywiście, w ostatecznym rozrachunku mamy rację. Jeżeli tylko pozbędziemy się pychy, może Pan doceni naszą wierność?

***

Dlaczego więc wybierać dla siebie drogę klęski?
Gdy ukochany pies don Fabrizia, księcia Saliny zdechł, wypchano go. Po siedemdziesięciu latach zostaje wyrzucony na śmietnik: „Gdy ciągnięto wypchane zwierzę, szklane oczy spojrzały na nią z pokronym wyrzutem rzeczy, którą się usuwa, którą chce się zniszczyć. Kilka minut później to, co zostało z Bendica, rzucono w kąt podwórza, które codziennie odwiedzał śmieciarz. Podczas lotu z okna kształt psa zmienił się na chwilę: można było dostrzec tańczącego w powietrzu lamparta o długich wąsach, z uniesioną przednią łapą, która zdawała się wygrażać. potem wszystko zamarło w usypisku sinego kurzu” (Giuseppe Tomasi książę di Lampedusa, Lampart).

Szczepan Twardoch
Fronda, nr 32, 2004

5 thoughts on “Konserwatyzm jako klęska

  1. Ja może na razie stwierdzę tylko tyle: w moim życiu jest tak, że szukam czegoś i pojawia się wtedy jak na zawołanie pomoc. Taką pomocą w poszukiwaniu były teksty Gabisia, Studyty i Twoje. Dziękuję.

  2. Pingback: Jüngerowskie znamię. « woyke.log.