Po rocznym z górą milczeniu, przerwanym tylko „Exodusem…” z Fa-ARTu, nastąpił nagły wysyp moich opowiadań. Po „Rondzie…” z SFFH, dzisiaj ukazała się „Fantastyka Wydanie Specjalne”, nr 4(13)/2006, którą otwiera mój stosunkowo nowy tekst pt. „Żywot i śmierć św. Felicjana”.
Pozwolę sobie zacytować niezbyt precyzyjnego blurba z ostatniej strony:
Autor powieści „Sternberg”, historiozoficznej przypowieści o Rewolucji Francuskiej, która wybucha w Wiedniu, daje nam tym razem fantastyczny wgląd w kulisy czerwonej rewolucji w czasach szczytującego PRL-u. Przed Państwem splątane w pasjonującą awanturę losy XV-wiecznych świętych, dzieje relikwii strzeżonych jak oczko w głowie, przygody wrednych ubeków, cynicznych szpicli, złamanych książy i współpracujących z bezpieką naukowców oraz postępowych dziennikarzy z prasy katolickiej. Twardoch nie idealizuje Rzeczpospolitej Drugiej i Pół, nawet przeciwnie, ale szczęśliwie nie wszyscy wychodzą u niego na bydlęta. Komu takie pozbawione nostalii spojrzenie na PRL nie odpowiada, niech nawet nie przymierza się do lektury
Święty jest z XVII wieku, i na dodatek tylko jeden – tym niemniej – zapraszam do lektury.
Opowiadanie ładne, trochę „ku pokrzepieniu serc”, ma podnosić na duchu (nie ma tak wielkiego grzesznika, żeby nie mógł doświadczyć łaski). Podobało mi się. Jednak sam opis nawrócenia niewolny od pewnego pójścia na łatwiznę. Chodzi mi o to, że człowiekowi skonfrontowanemu z autentycznym, potwierdzonym cudem, względnie łatwo uwierzyć. Ateista wierzy w fakty przyrodnicze, w logikę, w empirię i w nowoczesną metodologię nauk. Pokaż mu cud, jeszcze z laboratoryjną ekspertyzą, że to jest cud, a przyjmie ten fakt do wiadomości. Nawrócenie jest wtedy po prostu zachowaniem racjonalnym. Naturalnie najpierw jest sceptycyzm, próby szukania naukowych wytłumaczeń, ale gdy to zawodzi, to, skoro minie trochę czasu potrzebnego na oswojenie się z tą ekstrawagandzką myślą, nasz racjonalista zacznie w końcu traktować cud jako akceptowalną hipotezę. Następnym krokiem jest, logicznie, wiara w Boga. Nie twierdzę, że taki proces musi zajść w każdym ateiście, który zetknie się z cudem, ale cud wielu w uwierzeniu bardzo by dopomógł. Problem w tym, że w prawdziwym świecie nie ma tak łatwo. Cuda, i to jeszcze niekwestionowane cuda, zdarzają się bardzo rzadko i większość ludzi musi obywać się bez nich. Sztuka to uwierzyć bez takiej nadprzyrodzonej pomocy – „Błogosławieni, którzy nie widzieli a uwierzyli”. Dlatego myślę, że większym wyzwaniem dla autora, byłoby opisać w sposób wiarygodny psychologicznie, nawrócenie ubeka w warunkach by tak rzec „normalnych”, to jest bez nadzwyczajnych interwencji świętych. Niechby to było zwykłe, realistyczne, wolne od elementów fantastycznych, opowiadanie o grzechu i o odkupieniu, taka „Zbrodnia i kara”, tyle że o ubeku. O, coś takiego, ja, jako czytelnik, bym chętnie przeczytał.
Oczywiście to jest postulat na przyszłość. Oceniając natomiast dzisiejsze opowiadanie „samo w sobie”, muszę popaść w sprzeczność z tym co napisałem powyżej. Prawda jest taka, że ja bardzo lubię takie, delikatne wtręty metafizyczne. Bardzo podobał mi się na przykład „Trzeci Cud” Agnieszki Holland, gdzie nota bene też cud pomaga odzyskać wiarę wątpiącemu księdzu, i gdzie też wyrzucałem reżyserce pójście na łatwiznę. Ale cóż zrobić, krytyczna część mnie kręci nosem, a wrażliwa część mnie, głodna takiej metafizyki, krzyczy o jeszcze. Zapętlam się. Chyba marny byłby ze mnie krytyk literacki.
Pozostaje mi uprzejmie podziękować za to, że zechciał Sokolnik nie tylko przeczytać, ale jeszcze zajrzeć na mój dzienniczek i napisać tę zgrabną recenzję, pod której częścią krytyczną sam mógłbym się podpisać, gdyby autorzy sami pisywali sobie recenzje.
Zgadzam się więc zupełnie, dodałbym tylko, iż jestem natomiast święcie przekonany, że są ludzie, których żelaznej woli nie złamie żadn cud, chociażby zstąpił na ziemię sam archanioł Gabriel w stukonnym rydwanie.
W końcu Bóg zechciał dać nam wolę tak wolną i tak potężną, że silniejszą nawet od Jego miłości – po to nam właśnie grzechy przeciwko Duchowi Świętemu. Jeśli ktoś nie chce się zbawić, to się nie zbawi.
Także nawet kapitanowi Bartulowi, musiało zapewne coś się jednak tlić w sercu, jakaś iskierka, którą rozdmuchał Duch, co ubi vult.
kupiłem to specjalne wydanie NF ze św. Felicjanem i św. Felicjan był głównym powodem, że szarpnąłem się na ten numer. warto było. moim zdaniem – porządnie napisane, poza tym tematyka mocna i poruszająca. dałem do przeczytania mamieoli (nie czytuje fantastyki w ogóle i mocno ją zdziwiło, że zachęcam do sięgnięcia po Felicjana) i dziewczyna łyknęła to natychmiast. dla mnie to jest zawsze dowód, że rzecz jest dobrze napisana, bo mama~ odrzuca teksty napisane gówniarsko albo niezrozumiale.
mam dwie uwagi krytyczne.
1. dlaczego (w zasadzie wszystkie) kobiety w Felicjanie wymiotują? wymiotuje matka Felicjana, wymiotuje Kachna, wymiotuje matka przełożona. dla mnie trochę tego za dużo. ja nie podważam zasady: jak kobieta jest w ciąży albo coś ją obrzydzi – niech wymiotuje. ale w tak krótkim tekście jednak chyba deczko za dużo tego.
2. realia łomżyńskie. moim zdaniem: Bartul powinien jeść nie w „Kryształowej” a w „Kameralnej”. „Kryształowej” to ja sobie z tamtych czasów (połowa lat osiemdziesiątych) żadnej nie przypominam. za „Kameralną” przemawiają dwie rzeczy:
a) Bartul zagląda tam po wizycie na komendzie, a wybiera się dalej na Mazury (okolice Piszu). Gdyby wyjechał z komendy to deczko dalej, ale na mazurskiej trasie (nie musiałby kluczyć) przy rondzie zobaczyłby restaurację z dużą witryną, sprawiającą eleganckie wrażenie. gdyby zapytał milicjantów – pewnie też by mu to wskazali, bo to i blisko, i porządnie było tam wtedy.
b) tuż po posiłku Bartul kupuje papierosy w pewexie (za dwa dolce). „Kameralna” była na parterze dużego bloku mieszkalnego, na którego drugim końcu był pewex. zgadzałoby się.
No, ale to tak na marginesie.
co do info od redakcji – zarówno w biogramie, jak i na okładce padają słowa, że to kontrowersyjne czy coś takiego. co w tym kontrowersyjnego? że ubek jest zły? że walczy z Kosciołem?
Czekam na Sternberga wiosną i pozdrawiam
1. Wyłapał kolega taką śmieszną, niezamierzoną niezręczność, której wcześniej nie zauważyłem, dziękuję. Rzeczywiście, za dużo tych womitów i nieco groteskowo to wypada.
Ale chciałbym zauważyć, że dziewczyna Bartula ani prostytutka nie wymiotują.
2. Realia łomżyńskie znam wyłącznie z niezliczonych przejazdów przez Łomżę w drodze na Mazury. Przyjmuję zatem do wiadomości. Jeśli kiedyś nastąpi reedycja tegoż opowiadania, to Kryształowa zamieni się w Kameralną. :)
3. Nie mam pojęcia co jest kontrowersyjnego. Nie sam sobie te blurby układałem.
Na wstępie pomyślę, że mam nadzieję, iż imię moje nie przeraża i nie odstrasza.
Po raz pierwszy pozwalam sobie na podobną działalność, ale jestem naprawdę głęboko przejęty, Twoim tekstem…
Pozwolę sobie na taką formę, choćby przez wzgląd na ilość czasu, jaka dzieli nasze narodziny.
Nie jestem krytykiem, raczej „kimś, kto dużo widział i dużo czytał”. Jedyną przyczyną mojej tu obecności jest nie przeparta chęć przekazania Ci swojego uznania. Piszesz podobnie do jednego z moich „przyjaciół” z sieci… i zaprawdę powiadam Ci … Jestem wzruszony.
To bardzo dobry tekst i gdyby nawet jakiś krytyk bardzo Cię obsmarowywał, to zawsze pamiętaj… On bierze za to pieniądze…
Pozdrawiam i ulatuję szukać dalej myśli ludzkich… Niektóre smakują WYBORNIE…