Na mój tekst „Konserwatyzm jako klęska” odpowiedział autor, ukrywający się pod pseudonimem Estera Lobkowicz. Chętnie wkleiłbym tutaj tę odpowiedź, nie mam jednak doń dostępu, pozwoliłem sobie więc zamieścić jedynie moją odpowiedź, która jednak przekracza zasadniczo ramy polemiki i może chyba, swobodnie, funkcjonować jako niezależny szkic. Przyjemnej lektury zatem życzę, tym, którzy się na nią zdecydują.
Rozpacz, chrześcijaństwo i konserwatyzm.
Father, why are all the children weeping?
They are merely crying son
O, are they merely crying, father?
Yes, true weeping is yet to come
Nick Cave
„The weeping song”
1.
Krótki tekst Estery Lobkowicz „Konserwatyzm jako ślepy zaułek”, zamieszczony we „Frondzie” nr 33, będący polemiką z moim esejem „Konserwatyzm jako klęska”, z numeru 32, dzieli się wyraźnie na dwie części.
Część druga jest zapewne skierowaną do młodych czytelników drwiną z młodzieńczego rozumienia konserwatyzmu. Taką niedojrzałą postawę, z jakiej autorka drwi, najlepiej ujmuje zdanie: „Ale co takiego jest np. w postkomunizmie albo postmodernizmie, co warto zakonserwować?”. Zgadzam się, że z takiego rozumienia konserwatyzmu należy szydzić, nigdy nie dosyć przypominania, że konserwatyzm w żadnym wypadku nie polega na konserwowaniu tego, co jest. Mógłbym tylko dodać, że najlepszą analizę pojęcia konserwatyzmu przeprowadził już prof. Ryszard Legutko i do jego książki należy odesłać tych, którzy twierdzą, że za konserwatystę można uznać każdego obrońcę status quo.
Autorka jest jednak bezwzględna i ironicznie przytacza jeszcze rozważania licealisty, o tym, co może konserwować konserwatysta, gdy całe obszary życia społecznego nabierają cech patologicznych. Wypada więc tylko podziękować za popularyzowanie właściwego rozumienia pojęcia konserwatyzm i przejść do części pierwszej, w której autorka stawia tezę o tyle odważną, co mocną i wartą przemyślenia oraz polemiki.
Jako, że sami redaktorzy „Frondy” przyznają, że kwartalnik, który kiedyś zajmował się robieniem konserwatywnej rewolucji, dziś raczej zajmuje się przekazywaniem świadectw, pozwolę sobie na ton nieco bardziej osobisty, niż uważam za stosowne dla tekstów publicznie ogłaszanych. Usprawiedliwieniem będzie może dla mnie fakt, że na tle gorących i osobistych wyznań redaktorów „Frondy” ton mojego tekstu i tak okaże się pewnie chłodny i kostyczny.
Lobkowicz pisze, że rozpacz, którą grubo podszyty jest mój esej, zdaje się być nie do pogodzenia z chrześcijaństwem, rozpacz która jest immanentna dla postawy konserwatywnej, jeżeli konserwatyzm łączy się ze zdolnością do refleksji. Osłabię teraz siłę mojej polemiki, przyznając, że w zasadzie zgadzam się z tezą Lobkowicz. Przyznaję również, że tekst „Konserwatyzm jako klęska” nie był również tylko próbą dandysowskiej autokreacji, lecz zapisem przeżycia wewnętrznego. Trudno zaprzeczyć, że marny ze mnie chrześcijanin. Religijność uniżonego autora tych słów jest dla niego warunkiem zachowania równowagi psychicznej i jako taka, nie przedstawia sobą zbyt wielkiej wartości – w końcu nie liczy nam się za zasługę to, co czynimy pod przymusem. Odczuwam swoisty przymus wiary, czepiając się religii jako ostatniej deski ratunku. Bóg pozwala zapomnieć o otaczającej marności i cieszyć się szczęściem, jakie jest autorowi dane przeżywać w zakresie życia prywatnego. Poniższe zapiski są próbą twórczego rozwinięcia stanu ducha, który legł u podstaw eseju „Konserwatyzm jako klęska”.
W swoim świetnym eseju „Prawdziwy koniec rewolucji francuskiej” Francois Furet, diagnozuje, że jedyną słabością „Dawnego ustroju i rewolucji” Tocquevilla jest wycinkowe skonceptualizowanie rzeczywistości. Spostrzeżenie Fureta, który pisze, że „(…) między genezą a bilansem, między Ludwikiem XIV a Bonapartem, istnieje biała strona, której Tocqueville nigdy nie napisał, i na której widnieją pytania, które postawił, lecz na które nie dał odpowiedzi: dlaczego ów proces ciągłości między starym a nowym ustrojem obrał drogę rewolucji? I co w tych warunkach oznacza polityczne zaangażowanie rewolucjonistów?” jest o tyle celne i trafne, o ile nieco zaciemniające rzeczywistość. Proces konceptualizacji, a więc w ogóle proces myślenia, pracy intelektualnej, z konieczności – przecież mamy tylko jeden mózg – z zasady jest wycinkowy. Nawet wielki Voegelin, w swych monumentalnych dziełach, nie ustrzegł się przed „wycinkowością”, czyniąc z gnozy nieomalże manichejskiego Arymana, który zmaga się z Ormuzdem chrześcijaństwa.
Cóż więc dopiero autor tych słów! Wycinkowe postrzeganie rzeczywistości chrześcijaństwa i duchowości jest podstawową cechą poniższego tekstu. Oczywiście, nie oznacza to, że stawiam tezy fałszywe – takie działanie pozbawione byłoby sensu. Dla spokoju serca P.T. Czytelników chcę po prostu zauważyć, że opis życia duchowego autora jest fragmentaryczny, jak fragmentaryczny byłby opis domu, zawierający się w stwierdzeniu „dom posiada dach”, które jakkolwiek prawdziwe, zdaje się nie oddawać w całości istoty sprawy. Autor ma więc nadzieję, że jego duchowe odczytanie chrześcijaństwa, które na użytek tropicieli można określić odchyleniem konserwatywno-nihilistycznym, stanie się fragmentem szerszego opisu. Nawiązując do użytej przed chwilą metafory opisywania domu – pozwolę sobie zająć się opisem klamki przy kuchennych drzwiach, znakomitszym pozostawiając zarysowanie całego obrazu.
2.
Rozpacz nie jest stanem właściwym chrześcijaninowi. Rozpacz to przyjmujący postać kruka Szatan, który siada na naszym ramieniu i przez oczy wydziobuje nam z duszy człowieczeństwo. Nihiliści nazwą go pustką, czyli właściwym zrozumieniem rzeczy.
Rozpacz jest prawdą bez Boga, tak jak okrucieństwo jest bezbożną sprawiedliwością.
Rozpacz nie jest, jak zdaje się niektórym, efektem głębokiego namysłu i odsłonięciem tego, co schowane najgłębiej. Rozpacz jest prawdą prostą, pojmowalną intuicyjnie, stanem domyślnym. Rodzimy się rozpaczając; a żyjemy tylko po to aby rozpaczy pozbyć się przed śmiercią. Jednak życie jest bardzo krótkie i nie każdemu uda się ta karkołomna sztuka – ci umierają z tym samym szlochem, z jakim się narodzili a całe ich życie jest ciągnącym się rozpaczliwym zawodzeniem.
Tłumić rozpacz można czerwonym winem, lub czerwienią wsiąkającej w śnieg krwi pokonanego wroga. Można zagłuszać ją skręcającą duszę muzyką, można zasłonić obrazem Boscha lub pornograficznym magazynem. Można wołanie rozpaczy uciszyć, wtulając głowę między uda dziewczyny, można o niej zapomnieć w gnącym kręgosłup miłosnym spazmie.
Można przegnać kruka gnąc kolana przed krucyfiksem. Niezawodny jest Chrystus w Kościele, jednak rozpacz zawsze powraca. Rozpacz jest podstawowym tworzywem naszej duszy, napędza nasze myśli. Dlatego ludźmi Chrystusa jesteśmy tylko w tych krótkich chwilach, kiedy udaje nam się przekonać kruka, aby wyrwał swe szpony z naszych ramion. Jednak nawet wtedy krąży nad nami, kracząc przeraźliwie.
Grzech ochoczo i zalotnie zwraca się ku pustce. Jak wilgotne spojrzenie i zawijająca się na secesyjnych biodrach kochanki spódnica, tak grzech pociąga, bezgłośnie i nieubłaganie. Bez formy materia ma kształt pustki, nie odróżnią jej od niczego najwprawniejsze oczy. Formą są prawa, które przekraczamy, grzesząc. Przekraczamy, przecinając tę najcieńszą z linii, tę granicę bez posterunków a kruk otacza naszą głowę swoimi skrzydłami i tuli do swej chudej piersi, ścierając nam z policzków łzy, aby zrobić miejsce na nowe. Abyśmy cali mogli spłynąć po swoich własnych policzkach i stopić się z czernią jego piór i zapaść się w nim na zawsze.
Jezus jest Bogiem i człowiekiem. Nie mógłby dotknąć nawet skraju człowieczeństwa, gdyby nie poznał rozpaczy, więc przychodzi do niego na krzyżu, gdy podnosi swe człowiecze oczy do góry i krzyczy: czemuś mnie opuścił?
Chrześcijanin musi odwrócić się do rozpaczy, pielęgnować te smugi i zapadnie pustki, które składają się na bycie. Tam znajdzie szczęście, którego nie można dojrzeć, jeżeli nie pamięta się o rozpaczy; tam jest miłość, która jest o tyle, o ile uleczyć może rany, zadane przez rozpacz; tam jest Bóg. Odwracając się, nie można jednak zapomnieć, bo Ona rzuca na nas cień i konstytuuje, przez zaprzeczenie, To, Co Jest. Gdy zapominamy o rozpaczy, ona nie zapomina o nas. Szczęście jest jednym z jej odcieni, najjaśniejszym i najbladszym.
Czy rozpacz jest Diabłem? Nie, chociaż ona również krąży i czeka, kogo by pożreć. Diabeł jest mniejszy od Rozpaczy. Wystarczy, że tylko przymkniemy oczy, wpatrzone w Chrystusa, a ona pojawia się na wewnętrznej stronie powiek. Gdy odwracamy głowę, ona rozkłada dla nas swe skrzydła. Rozpacz jest stanem bez Boga, jest jego zaprzeczeniem, jest Otchłanią, nad którą pojawia się Jego Głos, jak Duch nad wodami.
Rozpacz nie jest finałem i celem pracy intelektualnej, chociaż niektórzy wielcy, jak Cioran, ją właśnie ujrzeli na końcu swej drogi. Jednak, oni zatoczyli wielkie koło. Rozpacz jest na początku naszej egzystencji, jest medium naszego bycia, w niej jesteśmy zanurzeni i rozpuszczeni, krystalizując się dopiero ku Temu, Który Jest.
O tyle więc rozpacz jest chrześcijańska, ponieważ pozwala chrześcijaństwu istnieć, będąc punktem odniesienia. Tak jak bez zwątpienia nie byłoby wiary, bez grzechu świętości, tak rozpacz jest zaprzeczeniem chrześcijaństwa. I jak nie można dążyć do świętości zaprzeczając istnieniu grzechu, tak nie wyobrażam sobie chrześcijaństwa bez ostrych szponów, wbijających się w ramię skrzydeł, które stale rzucają cienie na nasze życie. W końcu przecież i tak nikt z nas nie zapracuje na swoje zbawienie.
Rozpacz to świat bez Zbawienia. Najlepszą gwarancją zwrócenia się ku Bogu jest pamięć o tym, co zostawiamy za sobą, odwracając się plecami do nicości. Można czasem rzucić okiem przez ramię, dlatego, aby odświeżyć swoje chrześcijaństwo, czytuję Ciorana.
3.
Konserwatyzm jest funkcją rozpaczy na niewielkim wycinku rzeczywistości, jakim jest całe spektrum spojrzeń i słów, jakimi obdarzają się bliźni. Relacja króla z poddanym, seniora z lennikiem, sędziego z oskarżonym, męża z żoną, syna z ojcem, kapłana wiernymi w katedrze i cały szereg małych hierarchii, składają się na kształt korytarzy, w których spotykają się ludzie. Nikt ich nie wytyczył, powstały, nakreślone na piasku barbarzyństwa boskim palcem. W nagłym akcie apostazji od Tego, Co Jest, uświęconym strugami krwi, spływającymi po szafotac,h ludzie w swojej wspólnotowości odwrócili się od modelu, który był po ludzku ułomny, lecz boski w swym pozaludzkim pochodzeniu. O tyle, co po dwustu latach pracy intelektualnej mogłoby wydawać się oczywiste, konserwatyzm nie jest wcale relatywny. Nie odwołuje się do konkretnej rzeczywistości, w końcu nikt przy zdrowych zmysłach nie jest „konserwatystą późnego Ludwika XIV”, nikt nie wyznaje „konserwatyzmu Hiszpanii z końca XV. wieku”. Konserwatyzm odwołuje się do tego co w ludzkim wymiarze tego świata ponadludzkie, trwałe i boskie.
A co zostało nieodwracalnie utracone. I tutaj konserwatyzm spotyka się z rozpaczą.
Konserwatyzm, wielbiąc rzeczywistość o sankcji transcendentnej, z natury sprzeciwia się wszelkiej społecznej inżynierii. Konserwatywnego ładu nie można wprowadzić dekretem, zamachem stanu, czy odpowiednim zestawem reform. Nie można – bo się nie da, człowiek nie zbuduje sam czegoś, co jest ponadludzkie. To jednoznacznie przekreśla konserwatyzm jako doktrynę polityczną. I jako taki, pozostaje raczej formacją intelektualną, sposobem myślenia, sposobem rozumienia rewolucji i systemu społecznego w ogóle. Nie jest to jedyny paradoks konserwatyzmu.
Monarchia, jako system zakorzeniony w transcendencji nie mogła zostać po prostu zniszczona przez człowieka, była czymś zbyt wielkim .Ile razy patrząc na rewolucję widzimy aktorów, ale nie widzimy siły sprawczej? W którym miejscu pomiędzy Robespierrem, Maratem, Dantonem, Napoleonem i całą resztą jest spiritus movens? Rewolucję stworzyła monarchia, nie człowiek, rewolucja jest kolapsem monarchii, monarchia zapadła się w rewolucję, sama ją wydała.
Konserwatyzm przepełniony jest fatalizmem. Paradoksalnie, ten sam fatalizm można znaleźć u ultrasowskiego De Maistra, jak u liberalnego Tocquevilla, którzy, sytuując się na przeciwnych biegunach temperamentu, stylu myślenia i zainteresowań, spotykają się zastanawiająco często w swoich diagnozach. Dla de Maistre’a rewolucja jest konieczna. Wypływa nieuchronnie ze skażonej ludzkiej natury – monarchia była odbiciem boskości, ale ludzka grzeszność prędzej czy później musiała ją zniweczyć. Dla Tocquevilla konieczność rewolucji wynika z wewnętrznego przyrostu ciężaru monarchii, która w końcu zapada się w sobie. Co tak naprawdę znaczy dokładnie to samo.
Będąc tak naprawdę zestawem paradoksów, konserwatyzm pozostaje intelektualnie stymulujący, lecz dla politikon zoon, jakim jest najczęściej konserwatysta, to mało. Dlatego, nie mogąc przetłumaczyć De Maistre’a na rzeczywistość XX czy XXI wieku, konserwatyści dokonują twórczych fuzji, tworząc amalgamaty konserwatyzmu z doktrynami w sposób oczywisty z konserwatyzmem sprzecznymi, lecz wydolnymi politycznie. Stąd mamy liberalne konserwatyzmy, lub konserwatywne liberalizmy, konserwatyzmy narodowe w stylu Maurrasa, amalgamat konserwatyzmu z przykrytym fałszywą otoczką demokracji imperializmem, jakim jest neokonserwatyzm amerykański, etc.
We wszystkich tych doktrynach konserwatyzm jest zapleczem intelektualnym, modelem myślenia, sposobem kategoryzowania rzeczywistości społecznej. Jednak narzędzia, konieczne do politycznego działania, charakterystyczne są już dla owych przymiotnikowych dodatków – konserwatyzm narodowy ma narzędzia narodowców, konserwatyzm liberalny narzędzia liberałów.
Nie mając temperamentu polityka, pozostaję przy konserwatyzmie bezprzymiotnikowym, zgadzając się na smutną konstatację, że system społeczny oparty na transcendencji w samym sobie nosi konieczność kolapsu, każda monarchia kończy się rewolucją, lub, co jeszcze gorsze, degeneruje się do poziomu kabaretowej rewii, jak współczesne monarchie europejskie. Co nie jest zbyt optymistyczne, ale nie kryterium przyjemności wyznawania (bo czyż liberalizm, czy myśl narodowa nie zapewniają przyjemnego poczucia integralności?) uważam za decydujące w procesie kształtowania światopoglądu.
Szczepan Twardoch
Fronda, nr 36, lipiec 2005
comment1