W zasadzie niczego innego nie umiem ostatnio czytać. To jest, przebiegam różne książki oczami, niektóre bo chcę, inne bo muszę, sięgam sobie do Gaxotte’a, do Tocqueville’a, poczytuję znowu pamiętniki de Staël (cóż to za nadęta, nudna baba!), czy de Lauzuna, czytam znowu Gellnera, ale w zasadzie nic nowego, poza Volkoffem, połkniętym w jeden wieczór.
A potem Márai. „Dziennik” przeczytany już kilka razy, za każdym razem otwiera się na nowo. I wciąga, jak powieść, ale inaczej – wciąga raportem o melancholii. Dzisiaj – zdaję sobie sprawę, że Máraiego interesuje tylko życie. Dlatego „Dziennik” stał mi się bliższy niż „Promieniowania” Jüngera – nie mogę już czytać Jüngera tak, jak czytałem wcześniej. Nie potrafię już znieść tego chłodnego spojrzenia zoologa – jak mawiał P., „bo socjolog to dziś prawie jak zoolog” – pieszczącego płonącą Europę. Zdaję sobie nagle sprawę, że Jünger w swojej arystokratycznej, północnej obojętności jest mi obcy. Wielki, literacko od Máraiego większy, ale obcy. Márai jest mi natomiast bliski jak sąsiad.
Dzisiaj zabawna przygoda w drodze po gazetę. Padało, więc założyłem przeciwdeszczową kurtkę, francuski, wojskowy pseudo-goretex, w moro. Szedłem, myśląc o czymś nieważnym, kiedy nagle podpity dziadek wsparty na rower, krzyknął na mój widok:
Jerůna, chopje, tyś je wojok? . Zgodnie z prawdą, odpowiedziałem, po śląsku, że nie, yno jakla tako mům úod dyšču . Dziadek dopadł mnie i zaczął nagle, bez ostrzeżenia, opowiadać o prowokacji gliwickiej, o tym, jak esesmani, którzy potem napadli na gliwicką radiostację, przebierali się na pilchowickim boisku w polskie mundury, co on, jako sześciolatek, oglądał, ukryty w krzakach. Nagle przerwał, popatrzył na mnie podejrzliwie i zapytał: tyś je gorol čy Ślůnzok?. Na moje zapewnienie, że Ślůnzok, kontynuował opowieść, którą spuentował dumnym oświadczeniem: fater byli při ńjymjeckjym wojsku oraz, że on posiada narodowość niemiecką. Pogratulowałem, ale dziadek nie ustępował i koniecznie chciał się dowiedzieć, jakiej narodowości jest jego rozmówca. Odpowiedziałem wymijająco, że jo žech je Ślůnzok. Dziadek wydawał się tylko połowicznie zadowolony, wiśniowa nalewka, której aromat roztaczał dookoła też chyba robiła swoje, w końcu, nagle pojaśniało mu oblicze – Oberschlesier, ja? – krzyknął. Machnąłem ręką, pożegnałem się uprzejmie i ruszyłem po gazetę, a dziadek wołał za mną jeszcze coś o tych esesmanach, których widział na boisku.
Oto jakie asocjacje może wywołać wojskowa kurtka, to raz. Dwa, to jak dziwnie dyszy historią ziemia, po której stąpam w drodze po gazetą, skoro między zmokniętą reklamą lodów Algida a odrapanym fordem fiesta dopada mnie miejscowy pijaczyna i opowiada mi o esesmanach. Trzy, to w pewnym momencie w oczach pijaka widziałem strach – kiedy na chwilę przestraszył się, że być może adresat jego wyznań, dwa razy odeń większy i odziany w kamo, jest gorolym, Polokiym. Naprawdę się rozluźnił, kiedy uznał, że jestem swój, nie obcy.
Anyone who starts a sentence, ‘With all due respect ‘ is about to insult you — unknown
First they went after the Communists, and I did not stand up, because I was not a Communist. Then they went after the homosexuals and infirm, and I did not stand up, because I was neither. Then they went after the Jews, and I did not stand up, because I was not a Jew. Then they went after the Catholics, and I did not stand up, because I was Protestant. Finally, they went after me, and there was no one left to stand up for me.
Liberty and democracy become unholy when their hands are dyed red with innocent blood — Mahatma Gandhi
Real punks help little old ladies across the street because it shocks more people than if they spit on the sidewalk — Unknown