Michnikowszczyzna

1. Przed Świętami spotkałem się z K., rozmawialiśmy, między innymi, o „Michnikowszczyźnie” Ziemkiewicza. K., z niejaką goryczą stwierdził, że on sam i każdy z intelektualistów jego pokolenia (K. jest mniej więcej w wieku Ziemkiewicza) powinien mieć do siebie pretensje, że nie napisał tej książki.
Ma sporo racji: niby wszyscy, myślący ludzie, niezależnie od poglądów (bo – na Boga! – Michnika nie trzeba krytykować z pozycji konserwatywnych, krytyka z pozycji liberalnych będzie równie uprawniona – Michnik gwałcił większość założeń klasycznego liberalizmu, z wolnością słowa na czele) wiedzieli o „michtrixie” i rozumieli jego zasady, jednak nikt nie pokusił się o całościowe ujęcie, syntezę, poprzedzoną mocnym studium materiałów źródłowych. Chwała Ziemkiewiczowi za to.

2. Kolega Fauconnier prosił mnie o jakąś polemikę z Ziemkiewiczem, wywołując mnie do tablicy ze względu na dobrze chyba rozpoznane różnice światopoglądowe, jakie dostrzega między RAZa publicystyką, a, toutes proportions gardées, moją. Mam z tym pewien problem, bo nie dostrzegam akurat powodów do takiej dyskusji w „Michnikowszczyźnie” – Ziemkiewicza analiza III RP jest raczej skupiona na przedmiocie, niż na poglądach autora, równie dobrze może przemawiać do konserwatysty, liberała czy socjalisty. Spróbuję więc najpierw tak trochę teoretycznie.
Konserwatyzm integralny, kontynentalny, w stylu de Maistre’a jest mi bardzo bliski, jako szkoła myślenia – ale równie bliski jest mi de Tocqueville, jeśli nie bliższy. Z osobistego temperamentu jestem, zasadniczo, liberałem – cenię sobie takie oświeceniowe miazmaty jak wolność słowa, lubię ludzi o poglądach innych, niż moje, lubię dyskusję, lubię wolność myśli, chociaż niekoniecznie już przedkładam jednostkę nad społeczność – ale nie uważam też, że z temperamentu należy robić maksymę, dlatego nie obawiam się społeczeństw urządzonych wedle odmiennych zasad.
Konserwatyzm, jako taki, jest z samej zasady bezsilny jako doktryna polityczna – dlatego, w polityce występuje jedynie jako intelektualne zaplecze nacjonalizmu lub liberalizmu, tych dwóch, wielkich dziedzictw Rewolucji Francuskiej; albo jest się konserwatywnym narodowcem, jak Maurras czy współcześni, polscy pogrobowcy endecji, albo konserwatywnym liberałem, jak Ziemkiewicz właśnie. Jedni i drudzy z ochotą akceptują demokrację.
Z tych dwóch prądów żaden nie jest mi szczególnie bliski – nie jestem politykiem i nie czuję się zobowiązany do posiadania spójnego wewnętrznie zestawy poglądów „politycznych”. Ancien regime nie można przywrócić – hucpa francuskiej Restauracji dowiodła tego ostatecznie (- Sire, uważam, że monarchia jest skończona. – Zgadzam się z panem. – Chateaubriand w rozmowie z Ludwikiem XVIII), a z tego wynika, po pierwsze, że nie widzę już szczególnego sensu we wzniosłych, reakcyjnych gestach w stylu KZ-Mu, do którego kiedyś należałem.
Siedzenie na jednej kanapie i wzajemne podniecanie się swoją nieugiętą niezłomnością, arystokratyzmem ducha i czym tam jeszcze, jest oczywiście przyjemne; ale może się przejeść i mi się przejadło.
Nigdy nie dość przypomiania, że, jak mi się zdaje to jednak konserwatywna konceptualizacja rzeczywistości społecznej bliższa jest prawdzie, niż liberalna, czy marksistowska, oczywiście – to samo dotyczy namysłu nad historią i tak pojęty konserwatyzm zawsze warto uprawiać, podobnie, jak dobrze jest bronić dobrego imienia Starych, Dobrych Czasów, bo im się ta obrona należy, chociaż – wzorem Gabisia – dobrze jest również czasem sobie przypomnieć, że ancien regime, chociaż lepszy, nie był jednak Królestwem Niebieskim na ziemi, a zaledwie ludzkim Ładem – dalece bliższym niebu, niż nasz Bezład, ale zawsze tylko ludzkim. Dobrze też pamiętać, że ancien regime’u nie zniszczyły ludzkie spiski i knowania – jeśli by tak było, znaczyłoby to, że był w istocie marny i niewielki, skoro mógł ulec spiskowi – ale zapadł się sam w sobie, pod własnym ciężarem. Czy zinterpretujemy to, za de Maistrem, jako karę boską, czy za de Tocquevillem – jako naturalny proces społeczny, jest już mniej istotne. Ważne jest, że upadek Ładu był w nim, niejako, zaprogramowany. Ład musiał, niestety, upaść.
Tak rozumiem konserwatyzm, i w tym sensie się z nim utożsamiam – ze szkołą myślenia, wzorcem rozumowania, wreszcie konceptualizacją społeczeństwa. Nie jestem, natomiast, konserwatystą w sensie politycznym, bo być się nie da – w polityce zależy mi, zasadniczo, na tym, bym mógł pisać i publikować to, co mi się podoba; by państwo nie przeszkadzało mi w zarabianiu na życie (pomocy nie oczekuję), by nie wtrącało się w to, jak chcę wychować moje przyszłe dzieci, by nie przeszkadzało mi w praktykowaniu wiary katolickiej, bym w sklepie mógł bez problemu kupić dobre wino z dowolnego zakątka świata i pięćdziesiąt gatunków sera, a jednocześnie, bym mógł kupić również swojską kiełbasę od sąsiada. Poza tym, dobrze by było, gdyby było to państwo zachowujące możliwie szeroki zakres suwerenności zewnętrznej – międzynarodowej – i wewnętrznej, skierowanej przeciwko bandytom, gwarantujące mi bezpieczeństwo, albo przynajmniej nie przeszkadzające mi w osobistej o to bezpieczeństwo dbałości. Jeśli jeszcze zaniecha wtrącania się do spraw mojej identyfikacji etnicznej, będę w zupełności usatysfakcjonowany. Aby było to możliwe, państwo musi opierać się na podstawach wyłączonych z demokracji i jako taką podstawę uznaję, zasadniczo, właściwy Europie, podstawowy, chrześcijański porządek moralny.
Ogólnie, lokuję się więc gdzieś z prawej strony, poglądów ekonomicznych zasadniczo nie posiadam, bo na ekonomii się nie znam – może, poza tymi, wypływającymi z chrześcijańskiego porządku moralnego. Jakaś intuicja podpowiada mi, że wolny rynek jest w porządku, ale nie podejmuję się dyskusji, czy Balcerowicz jest fajny, czy nie, albo czy wysoki kurs złotego to dobrze, czy zdrada narodowa. Niech się Ziemkiewicz kłóci z Łysiakiem, ja nawet chętnie poczytam, ale przeszła mi już jakiś czas temu młodzieńcza potrzeba posiadania zdania na każdy temat.

Wracając do „Michnikowszczyzny” – to Ziemkiewicza konceptualizacja polskiej sceny politycznej na lewicowo-liberalną Familię i narodowo-katolicką Konfederację wydaje mi się być celna, chociaż – jak każda konceptualizacja – nieco upraszczająca sprawę. Ziemkiewicz stara się zachować równy dystans wobec Familii i Konfederacji, chociaż, oczywiście, z samej natury rzeczy, wielu spośród konfederatów będzie go uważać za swego, a z familantów raczej nikt.
Nie poczuwam się do związków z żadnym z tych dwóch wielkich koalicji, chociaż, pewnie bliżej jest mi do Konfederatów. Muszę jednak przyznać, że w Familii najpierw brzydzą mnie metody, dopiero potem światopogląd – i kiedy obserwuję próby używania analogicznych metod po stronie Konfederacji, brzydzi mnie to równie bardzo, chociaż cele, dla osiągnięcia jakich owych metod się używa, są mi bliższe. Ziemkiewicz celnie wskazuje na analogie między Michnikiem a księdzem Rydzykiem – ja mam zapewne więcej, niż Ziemkiewicz, sympatii dla środowiska Radia Maryja, bo dostrzegam sporą wartość, jaką to – bądź co bądź – modlitewne radio wnosi w życie wielu starszych ludzi, poza tym doceniam spontaniczność i siłę tego ruchu – to jednak, nie byłbym w stanie przyjąć jako swojego żadnego modelu politycznej poprawności, czy demoliberalnego, czy katolicko-narodowego.

W odpowiedzi na celne i ciekawe komentarze Mirka, który wielokrotnie przerasta mnie kompetencją, a któremu szczególnie dziękuję za lekturę mojego dziennika, spróbuję, nieudolnie, napisać nieco szerzej – również w kontekście, dla mnie zaskakujących, deklarowanych przez Ziemkiewicza związków z endecją – o moim, poniekąd złożonym, stosunku do myśli endeckiej, ale to następnym razem.
Mam nadzieję, że P.T. Czytelnicy wybaczą mi te autoanalizy, czuję się nieco zawstydzony pisząc bez przerwy „moim zdaniem”, o „moich poglądach”, etc., zwłaszcza, że nie uważam, że powinny one stać się powszechną zasadą, niech mi Kant wybaczy.

4 thoughts on “Michnikowszczyzna

  1. Panie Szczepanie,
    Bardzo dziękuję za spełnienie mojej prośby o komentarz do „Michnikowszczyzny”. Odnośnie „wywołania do tablicy” wyjaśnię jedynie, że być może nienajszczęśliwiej się wyraziłem prosząc o polemikę. Zabrzmiało to faktycznie jakbym domagał się szukania dziury w całym i wynajdywania na siłę punktów spornych między RAZem a Panem. A nie o to mi chodziło. Ciekaw byłem po prostu Pańskiej opinii o książce. Choć przyznaję, że na takie, a nie inne sformułowanie mojej prośby miał zapewne wpływ spór między Łysiakiem a RAZ-em. W pewnym momencie pomyślałem sobie chyba coś takiego, że skoro Twardoch również jest, powiedzmy, „na prawo” od RAZa, to ciekawe czy też będzie się z nim spierać czy nie. Byłby więc w mojej prośbie element prowokacji, ale na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że sam nie zdawałem sobie z tego sprawy, gdy pisałem poprzedni post. Napisałem go pod wpływem impulsu, bo mnie po prostu po ludzku zainteresowało, co też mógłby Pan mieć do powiedzenia odnośnie „Michnikowszczyzny”. Z całą pewnością nie było moim zamiarem wymuszanie na panu polemiki z RAZem, skoro nie chce Pan z nim polemizować. Pańska odpowiedź satysfakcjonuje mnie zupełnie.
    Jedna uwaga odnośnie Tocqueville’a. On jednak swojej książki o rewolucji nie ukończył. Napisał część o ciągłości między ancien regimem a rewolucją. W planach miał drugą część o zerwaniu tej ciągłości, ale napisać jej już przed śmiercią nie zdążył. Co by się w niej znalazło możemy się jedynie domyślać. Nie wiem czy czytał Pan książkę „Considérations sur les principaux événements de la Révolution française” tej „nadętej, durnej baby” de Staël. Warto przeczytać z dwóch powodów. Primo, ona to pisała tuż po kongresie wiedeńskim. Dzieło ukazało się już po jej śmierci w 1818 r. Było to zatem bodaj pierwsze syntetyczne opracowanie całości dziejów Rewolucji od 1789 do 1815 r. i już choćby dla tej przyczyny jest interesujące. Secundo, rozpoczęła ona tą książką tradycję interpretowania rewolucji z pozycji liberalnych. Charakterystyczne dla tej szkoły jest to, że ani nie pochwala Rewolucji całkowicie, ani też jej nie potępia, lecz dokonuje swoistego podziału na jakby dwie różne rewolucje, pierwszą, z 1789 r., umiarkowaną i dokonującą się w imię wolności, i drugą, z 1792 r., niszczycielską i dokonującą się w imię równości. Z nich dwóch, pierwsza przypominała nieco angielską Rewolucję Chwalebną, gdyż nie zrywała całkowicie z zastanymi tradycjami, lecz dbała o ciągłość, druga zaś tę ciągłość zrywała, gdyż chciała całkowicie zniszczyć stary świat i w jego miejsce zbudować nowy. W ocenie Mme de Staël jedynie ten pierwszy okres rewolucji zasługiwał na pochwałę i szacunek potomnych. Okres drugi zaś przyniósł barbarzyństwo terroru i ludobójstwo (oraz, można dodać, generował dwudziestowieczne totalitaryzmy). Otóż bardzo wiele wskazuje, że dość podobnie widział to Tocqueville (trudno mieć stuprocentową pewność, skoro nie udało mu się już tego napisać). Ale, że Tocqueville wiele zaczerpnął z tej „nadętej, durnej baby” to właściwie pewne. (Są oczywiście różnice. T. cenił Turgota, a nie lubił Neckera, S., córka Neckera, uwielbiała swego ojca i deprecjonowała Turgota. Tak więc o gospodarkę mogliby się pokłócić, ale ocenę procesu historycznego mieli podobną.)
    I teraz najważniejsze pytanie, czy Ład musiał upaść? Moim skromnym zdaniem, ten pierwszy etap (do 1792 r.) był rzeczywiście nie do uniknięcia, ale ten drugi już nie. Nie wierzę w determinizm historyczny. Gdyby nie nastąpiła eskalacja procesu rewolucyjnego, gdyby nie było Terroru i Robespierre’a, a potem Napoleona, wiek XIX mógłby wyglądać inaczej. Gdyby rewolucja francuska bardziej przypominała angielską Rewolucję Chwalebną, Europa wyglądałaby może dzisiaj trochę jak Stany Zjednoczone. Nie byłby to ancienregimowy Ład, ale bylibyśmy jednak w innym miejscu niż jesteśmy. To tyle mojego komentarza.
    Serdeczne Pozdrowienia (post)świąteczne.
    F

  2. no dobra, ale to chyba nie jest jeszcze odpowiedź. za dużo Ładu a za mało o Ziemkiewiczu. Odnośnie ekonomii, to zarzuty Ziemkiewicza które wymienia w tej kwestii uważam za najpoważniejsze. Rozwalenie polskiej gospodarki to jestk powazniejsza sprawa, niz chodzenie na wódę z Urbanem, czy zamykanie co poniektórym pyska. Mnie Ziemkiewicz trochę w tej materii oświecił.

  3. Sz.P. Fauconnier:
    Co do śmierci Tocquevilla – podobno tak było, chociaż sam nie wiem. Furet robi mu z tego wielki zarzut, w swoim świetnym eseju-komentarzu do „Dawnego ustroju…” – że nie określił, czym – skoro rewolucja jest ciągłością – było w istocie polityczne zaangażowanie rewolucjonistów. A Furet, powiedzmy sobie, zna się na rzeczy, prawda? Ja – nie wiem.

    Mam wrażenie, że uraziłem Pana epitetami pod adresem de Staël, przepraszam. Książki, o której Pan mówi – i za której streszczenie bardzo dziękuję – niestety nie czytałem, bo, wstyd przyznać, nie znam francuskiego i zdany jestem, w kwestii rewolucji, niestety na polskie i angielskie przekłady. Z tego względu, orientując się jakoś na przyszłą pracę doktorską, zrezygnowałem z rewolucji francuskiej i przerzuciłem się na rewolucję konserwatywną w Niemczech, bo po niemiecku jako-tako, chociaż z trudem, to jednak czytam.
    Co do epitetów pod adresem pani de Staël – jej pamiętniki to książka dobra i ważna, sama de Staël była mądrą kobietą, dlatego do pamiętników ciągle wracam, jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ich autorka posiadała pewne cechy, które dziś posiada, nie wiem, Paradowska z „Polityki” albo inna Milewicz – nieznośne przekonanie o własnej, moralnej wyższości.
    Wolę jednak krytykę Napoleona pióra Chateaubrianda, jakoś znośniej się to przyswaja.

    Łukasz: nijak nie rozumiem, o co chodzi. Mogę tylko Cię zapewnić, że mi też się nie podoba, że pod parasolem, rozpiętym przez Adasia, komuszki się uwłaszczyły na majątku narodowym. Z RAZem się po prostu zgadzam i tyle odnośnie analizy lat 1988 – 1999, a na ekonomii się nie znam, więc nie czuję potrzeby posiadania zdania w kwestii, czy rację mają wielbiciele Balcera, czy jego wrogowie.