Wyznania prowincjusza

Jestem prowincjuszem, przynajmniej tak bardzo, jak bardzo Márai był patrycjuszem. W poszukiwaniu argumentów na potwierdzenie tej tezy przejechałem kawałek świata, byłem nawet w metropolii i niedaleko bieguna północnego; wszędzie tam, cały świat mówił mi: jesteś prowincjuszem.

Po pierwsze, jestem prowincjuszem, ponieważ jestem Europejczykiem. Europa jest prowincją, tak jak prowincją stał się świat grecki po bitwie na wzgórzach Kynoskefalaj – naszą Kynoskefalaj były lasy Ardenów, gdzie w śniegu klęską zakończyła się ostatnia ofensywa sił Zjednoczonej Europy. I tak jak z padającymi pod rzymskim mieczem, macedońskimi sarissoforoi upadł świat królestw hellenistycznych, tak kolejne PzKpfW VI Tiger, podpalane z powietrza przez amerykańskie myśliwce bombardujące, znaczyły upadek Europy jako skłóconej wewnętrznie (a czyż hellenistyczne królestwa nie walczyły ze sobą?), lecz niewątpliwie wiodącej siły w skali globu. Ciągnący przez cały XIX i XX wiek do Ameryki emigranci byli więc masowym Eneaszem, który, uciekając z Troi, założył Rzym. Prowincjonalizm Europy, do której przynależny czuję się nie ze względu na gwiazdki na tablicach rejestracyjnych naszych samochodów, lecz raczej przez przynależność do ongiś wielkiej, a dziś już martwej cywilizacji łacińskiej, jest więc pierwszym z moich prowincjonalizmów.

Drugim prowincjonalizmem jest prowincjonalizm Polski, pięknego kraju o wielkiej i wojowniczej tradycji, do którego od pół wieku należy mój heimat, Śląsk. Polska, trzymając się wcześniejszej, historycznej metafory, jest Macedonią Europy. Polacy, jak Macedończycy, znani byli z wojowniczości i honoru, należąc do wielkiej, północnej tradycji militarnej (Chateaubriand mówił o Polakach – „ci Francuzi Północy”), jednocześnie, znajdowali się na obrzeżu cywilizacji. Macedończycy, sami jasno identyfikujący się jako przynależący do Hellady, przez Greków często określani byli już jako barbaroi, lecz jednak dopuszczano ich do udziału w igrzyskach olimpijskich – sytuacją analogiczną był stosunek Europejczyków do polskiej szlachty, ubranej w tureckie suknie, ale recytującej Cycerona. Tak się złożyło, że akurat Macedończycy podbili Grecję i wtedy nikt już nie miał okazji podważać ich helleńskości, co jednak nie przytrafiło się Polakom, lecz przytrafić się mogło, gdyby XVI-wieczne dynastyczne koligacje potoczyły się inaczej.

Trzecim prowincjonalizmem zaś jest prowincjonalizm Śląska w skali Polski. Tutaj nie znajduję już oczywistego historycznego odniesienia, poza wyimaginowanym – np. podbita przez Macedończyków część cywilizowanej Hellady, zamieszkałej przez zmieszane ze sobą plemiona macedońskie i doryckie.

Jestem więc po trzykroć prowincjuszem. Gdyby się ktoś uparł, to i czterokrotnie, bo nawet do Katowic mam daleko.

Pora więc rozważyć, jakie ów prowincjonalizm niesie ze sobą konsekwencje. Jako prowincjusz względem stolicy świata, wijącej się w tunelach metra, w katedrach betonowych ścian skyscrapers jestem, razem z wszystkimi Europejczykami, w oczywisty sposób odsunięty od najściślejszego pulsu świata; większość tego, co ważne, dzieje się za oceanem. Bardzo mi to odpowiada, jako, że moje zainteresowania koncentrują się na dobrej, śląskiej kuchni i dobrym piwie, a postęp ważny jest dla mnie o tyle, o ile może wnieść nową, interesującą metodę wytapiania smalcu, którego to specjału produkcja, ze względu na listopadową porę, jest dla mnie ostatnio najpoważniejszym wyzwaniem.

Jako prowincjusz w kontekście Europy, jestem z mojego prowincjonalizmu bardzo zadowolony, gdyż za sprawą wielkiego Księcia Kościoła, Stefana kardynała Wyszyńskiego, w moim prowincjonalnym kraju Kościół Katolicki ma się bardzo dobrze, najlepiej z wszystkich krajów Europy, czego nie jest w stanie zniweczyć nawet kunktatorska postawa niektórych hierarchów w kwestii oczyszczenia struktur kościelnych z komunistycznych agentów. Co za tym idzie, ta prowincja Europy między Odrą a Bugiem wolna jest na szczęście od urzędników, gotowych udzielić ślubu panom, znajdującym upodobanie w zadkach innych panów, a, co ważniejsze, wolność słowa oznacza coś innego niż „możesz mieć dowolne poglądy, pod warunkiem, że będą to poglądy liberalne” – ośmielam się twierdzić, że Polska jest w tej chwili, obok USA, krajem o największej różnorodności poglądów prawdziwie obecnych w debacie publicznej. W Starej Europie spektrum debaty zamyka się między poglądami skrajnie lewackimi a umiarkowanie centrowymi – wszystko inne skazane jest na egzystowanie razem z wyznawcami kultu Elvisa i UFO. W Polsce zaś, w debata publiczna jest prawdziwie zdywersyfikowana, mimo piętnastu lat starań Adama Michnika, dążącego do europejskiego wzorca debaty, opartego ściśle na wzorcach radzieckich – publicznie obecne są poglądy, za jakie w Szwecji idzie się do więzienia, a we Francji na, używając określenia Cezarego Michalskiego, pluszowy krzyż zapomnienia i marginalizacji. W efekcie, od skrajnego lewactwa Szczuki, przez lewaka Żakowskiego, umiarkowanych publicystów centrum, w gazetach pisywać może również Korwin-Mikke, Michalkiewicz czy wreszcie ultrakonserwatysta Jacek Bartyzel. A to mi odpowiada, ponieważ jestem liberałem i lubię zróżnicowanie debaty i cenię wolność słowa, tak obrzydliwie zgwałconą w zwałaszałej Starej Europie.

Wreszcie trzeci poziom mojego prowincjonalizmu, prowincjonalizm mojej Ojczyzny, Śląska, zapewnia mi, w przeciwieństwie do wyrwanych z korzeni mieszkańców wielkich miast, luksus życia na wyciągnięcie ręki od grobów moich przodków. Legioniści z rumuńskiego Legionu Michała Archanioła, twórczo łączący z prawosławiem pogański w istocie kult zmarłych, rozumieli to znacznie lepiej niż my, łacinnicy. Wrosłe w ziemię kości w grobach nadają życiu w Ojczyźnie specjalnego wymiaru – tutaj, na mojej Ziemi, nawet kamienie i drzewa są po mojej stronie, w transcendentnym wymiarze swojego istnienia. Nawet jeśli metafizyka ziemi i krwi jest tylko metaforą, to jest metaforą wyjątkowo udaną. Żyję w tych samych miejscach, w których żył mój pradziad w połowie osiemnastego wieku. Tym, którzy nie wiedzą, że to ma znaczenie, tego znaczenia nie wytłumaczę, bo aby je zrozumieć, trzeba w takich miejscach żyć – a wtedy tłumaczyć, zresztą, nie trzeba, bo wtedy to się rozumie samo przez się.
O naszej zaś malutkiej metropolii trzeciej klasy, którą jest to w istocie sympatyczne miasteczko na mazowieckiej równinie, o wzniosłej historii, Cat-Mackiewicz mawiał: „Warszawa? Małe, żydowskie miasteczko, gdzieś na granicy niemieckiej. Kogo by to obchodziło?” – ja natomiast to miasto lubię, bo w przeciwieństwie do nadętego jak balon wypełniony nieczystościami Krakowa, zamieszkują go sympatyczni ludzie. Jednak, w Warszawie, zamieszkałej en masse przez ludzi znikąd, trudno poczuć tę transcendentną więź z ziemią, gdyż już Niemcy od Dirlewnagera się postarali dobrze, aby prawdziwych warszawiaków wysłać do ziemi hurtem razem z ich potomstwem, co skutecznie zerwało łańcuch więzi, który, mimo starań Hitlera i Stalina, ciągle, jakimś niedopatrzeniem historii, pozostał na tym ostatnim skrawku Śląska, na którym żyją jeszcze Ślązacy.

Na moim, potrójnie prowincjonalnym skrawku Śląska.

Szczepan Twardoch,
Opcje, nr 4/2006

2 thoughts on “Wyznania prowincjusza

  1. Ciekawe, że ostatnio wątek zakorzenienia pojawia się – niezależnie od siebie – dość często. Smutne, że nie zawsze jest zrozumiały. Gdy Obserwator na Forum Frondy martwi się burzeniem budynku, który był bastionem warszawskich powstańców to spotyka go niezrozumienie. Inni forumowicze stwierdzają, że budynek jest brzydki i trzeba go zburzyć. Pokazują w ten sposób swój brak zakorzenienia. Widzą tylko wartość estetyczną – być może istotnie niską, zwłaszcza jeżeli budynek był od dawna nie remontowany. Nie widzą jednak tego co stanowi istotną wartośc tego obiektu – jego ważny udział w historii miasta oraz fakt, że jest jednym z nielicznych budynków, który naprawdę jest zbudowany przed 1944 r., a nie jedynie rekonstrukcją z drugiej połowy lat 40. Rozumie to znakomicie, warszawiak z dziada pradziada jakim jest Obserwator. Takie rzecz rozumiał także Paweł Hertz, gdy tłumaczył dyrektorowi Muzeum Narodowego, że w razie pożaru powinien ratować obrazy Matejki a nie da Vinci. Oczywiście te drugie mają większą wartość dla światowej sztuki. Jednak obrazy Matejki są ważniejsze dla naszego narodu. Pochodzący z żydowskiej rodziny Hertz okazał się w ten sposób bardziej zakorzeniony w polskości niż niejeden Polak „czystej krwi”.

    Także ja dałem się ponieść owej – widocznie krążącej w powietrzu – mysli o potrzebie zakorzenienia, gdyz także na Forum Frondy zareagowałem na wpis jednego z forumowiczów, który w wątku o herbach wyśmiewał jakiegos swojego kolegę, który niezna nawet imion swych pradziadków, ale w herbarzu znalazł swoje nazwisko i teraz jest z tego bardzo dumny. Oczywiście kpina ma pewne podstawy, ale moim zdaniem jest symptomem bardzo pozytywnego trendu. Historia Poski ostatniego wieku spowodowała, że Polacy stali się w dużym stopniu wykorzenieni. Szczepan bardzo słusznie zwraca uwagę, że mieszka tuż obok grobów swoich przodków. Bardzo wielu Polaków nie ma tego szczęścia. Dlatego, gdy jakiś młody człowiek szuka w herbarzu swego nazwiska to bardzo dobrze. W ten sposób zakorzenia się w historii. Może za jakiś czas będzie wiedział już jakie imiona nosili jego pradziadkowie i dalsi przodkowie. W ten sposób umiejscowi się także w przestrzeni. Będzie wiedział skąd jego ród.

    i jeszcze jedna uwaga: szukaniu rodowodu przez jednych towarzyszy wytwarzana przez sporą część elit wyraźna wrogość do geneaologii. Łatwo ją zrozumieć. Ujawnienie co robili rodzice i dziadkowie wielu obecnych „demokratów” podważyło by tezę o „obaleniu” komunizmu oraz iż mamy nowe elity w kraju. Faktycznie ostatnia wymiana elit miała miejsce w 1944 r. i zamontowane przez Stalina elity sie reprodukują, od czasu do czasu kooptując nowe rodziny.

  2. My mother said to me, If you are a soldier, you will become a general If you are a monk, you will become the Pope Instead, I was a painter, and became Picasso — Pablo Picasso
    Defining and analyzing humor is a pastime of humorless people — Robert Benchley (1889 – 1945)

    ICTOARTCYAODHTIOTSSIWRTNCAHICGAWI, Acronym: I Can’t Think Of Anything Reasonable To Counter Your Argument Or Don’t Have The Least Inkling Of The Subject So I Will Resort To Name Calling And Hope I Can Get Away With It — Ken de Camargo, borlandpublicoff-topic
    Before the war is ended, the war party assumes the divine right to denounce and silence all opposition to war as unpatriotic and cowardly — Senator Robert M La Follette