Rosyjskie pociągi

We „Wprost” pan Grzegorz Ślubowski przebrał się w cylinder i udaje Astolphe’a de Custine. Jeździ sobie pan dziennikarz po Rosji i pisze listy.
A w zasadzie może wcale nie jeździ i pisze listy. W każdym razie, mógłby nie jeździć i swoje listy pisać z jakiegoś komfortowego loftu, albo innego dizajnerskiego apartamentu w Warszawie, ponieważ w swoich listach pan dziennikarz udający markiza zawiera prawdy tak głębokie, jak to, że w Rosji pociągi śmierdzą, a ludzie chleją na potęgę. Co wie każdy wykształcony Polak, który czytuje gazety lub czasopisma.
Nikogo, przy tym, nie obchodzi to, że jest to zwykłe, wierutne kłamstwo.

Rosja jest wielka i straszna. Endecka, prorosyjska orientacja jest dla mnie tajemniczą chorobą polskiej europejskości, chociaż szlachetniejszą od czeskego panslawizmu, to jednak skażoną azjatyckością. Rosja jest barbarzyńska, azjatycka, turańska, Rosja niewiele się zmienia, to wszystko prawda. Rosja, przy tym, może służyć nam jako punkt odniesienia naszej, środkowoeuropejskiej tożsamości – jesteśmy wszystkim tym, czym nie są Rosjanie.
Wspomnienia Máraiego z kilku tygodni życia w bezpośrednim kontakcie z – nie bójmy się tego słowa – azjatycką hordą, którą byli krasnoarmiejcy (na cechach azjatyckiej hordy, przypomnijmy, była zbudowana ich sprawność militarna – Armia Czerwona w 1944 i 1945 roku była wspaniałą maszyną wojenną) pokrywają się dokładnie ze wspomnieniami mojego Dziadka, tudzież mojej ś.p. Babci, która, w ogóle, znajdowała się w sytuacji identycznej prawie jak Márai – na podwórzu rodzinnego domu Babci znajdował się warsztat remontowy sowieckiego pułku pancernego. I są to wspomnienia straszne i nie chodzi tutaj nawet o „wyzwolenie”, które na Śląsku wyglądało przede wszystkim jak wyzwalanie ludzi od dóbr doczesnych (Márai, w „Krwii św. Januarego”, pisze o tym, że pewnym momencie przede wszystkim perskie dywany i rodzinne srebra stały się faszystowskie) i od nadmiernego przywiązania do własnej integralności cielesnej (vide Z okazji powrotu Śląska do Macierzy), nie chodzi o morderstwa, ani o planowe rozwalanie ludzi na przyszowickim cmentarzu, którego świadkiem był mój Dziadek, a które praktykowali Rosjanie wraz z Polakami, którzy wskazywali ludzi do rozwalenia. Nie w tym rzecz. Chodzi nawet o gesty życzliwości, z którymi również spotykała się moja ś.p. Babcia ze strony czerwonoarmistów, szeregowych i oficerów. I Bóg jeden raczy wiedzieć, czy nie byli to ci sami, którzy dzień wcześniej rozstrzeliwali faszystów celem pozyskania faszystowskich zegarków.
Całość rosyjskiej tożsamości jest ezgotyką, wrogą nam egzotyką, obcą cywilizacyjnie.

Ale, na Boga, czy koniecznie trzeba z tego powodu kłamać na temat Rosji? Rosyjskie pociągi, w których przejechałem w sumie kilkanaście tysięcy kilometrów, są świetne. Jeśli kogoś stać na Ekpress Rosja, to pojedzie w scenerii przypominającej luksusy dawnego Orient Ekspressu, a jeśli ktoś wykosztuje się na zwyczajny bilety kupiejny, to pojedzie w przedziałach sypialnych, jakich w polskich pociągach się nie znajdzie. Nawet zwykły plackartnyj oferuje to, czego w PKP nie ma – punktualność, bezpieczeństwo i spokój. A Rosjanie nie są, jak wydawało mi się kiedyś po lekturze różnych mądrali w stylu pana Ślubowskiego, narodem ubranych w marynarskie tieleniaszki, chlejących wódkę szklankami i grających na akordeonach pijaków – w pociągu, Rosjanie są zdyscyplinowani, spokojni i układni, jakby czuli nad sobą knut Władzy, którą w wagonie reprezentuje prowadnica. I chleją, owszem, ale po kryjomu, po cichu – i pijanych na ulicy w Moskwie czy w Irkucku nie widać. A w Polsce widać, bo ani chłop, ani szlachcic nie boi się publicznie pić, a rab i bojar boją się tak samo, bo ich niewolnictwo różni się tylko tym, że jeden chodzi lnianej koszuli, a drugi w szubie.

Nigdy chyba nie zrozumiem sensu dziennikarstwa, które miałoby polegać na pisaniu banałów, akurat takich, jakie czytelnik spodziewa się przeczytać pod dużymi literami tytułu „Listy z Rosji” – byle nie zaskoczyć ciekawym spostrzeżeniem, byle nie zdziwić, byle nie napisać nic nowego, a czytelnik czyta i kiwa głową, jacy to jesteśmy, razem z panem autorem, mądrzy, wszystko to wiemy, w Rosji piją i śmierdzą.
I to jest dokładna odwrotność tego, co zrobił de Custine, pisząc o Rosji, albo de Tocqueville, pisząc o Ameryce – bo wartość ich pisania polega właśnie na odrzuceniu common knowledge, na niezgodzie na banał, na spostrzegawczej obserwacji. I więcej dowiemy się o współczesnej Rosji czytając oryginalnego de Custine’a, niż jego marną, współczesną podróbkę.

Na szczęście, o Rosji pisze nie tylko pan Grzegorz Ślubowski, ale pisze również Mariusz Wilk, którego „Wilczy notes” i „Wołoka” są przykładem literackiej i reporterskiej inteligencji, spostrzegawczości i stylu. Pan dziennikarz „Wprost” więcej by się dowiedział o tym wielkim kraju-cywilizacji, czytając Wilka i taniej by go wyszło, niż tłuc się pociągami tam i z powrotem, skoro z tego jego jeżdżenia wynika tylko tyle, że w Rosji dużo piją.

5 thoughts on “Rosyjskie pociągi

  1. Pan nie rozumie najwidoczniej na czym polegało poparcie Dmowskiego i endecji dla Rosji, a raczej nastawienie się na opcję prorosyjską. To nie jest poparcie kulturowo-cywilizacyjne, ale poparcie ze względu na słabość Rosji.

    Według Dmowskiego w starciu między Rosją a Niemcami, lepiej poprzeć opcję prorosyjską, gdyż Rosjanie ze swoją niską cywilzacją nie są w stanie wyrugowac polskości, oczywiście Pan, jako człowiek narodowości śląskiej, może tego nie zrozumieć.

    Co więcej, Dmowski liczył, że po upadku Rosji, Polska może zostać odbudowana i jak pokazała historia, miał rację.

  2. Po pierwsze, moja narodowość, a raczej jej brak nie ma tutaj nic do rzeczy. Pisałem już o tym obszernie kilka razy, w sieci i na papierze i nie zamierzam się powtarzać. Nie ma Pan obowiązku, oczywiście, czytać moich wynurzeń na ten temat, ale w takim wypadku, przyzwoitość wymagałaby aby powstrzymał się Pan od stawiania diagnoz, co mogę, a czego nie mogę zrozumieć ze względu na moją etniczność.

    Po drugie, rozumiem, na czym polegała endecka prorosyjskość, tyle, że uważam, że została ufundowana na fałszywych przesłankach. Rzecz polega na tym, w którą stronę Polska się obróci geopolitycznie – Dmowski chciał zwrócić Polskę na Zachód, chciał uczynić z Polaków „normalny”, europejski naród, co wymagało naturalnej konfrontacji z Niemcami – efekty tej konfiguracji możemy podziwiać teraz, bo PRL w zasadzie, odjąwszy komunistyczną ideologię, był realizacją endeckiej koncepcji geopolityki – Polska przesunięta na na Zachód, w sojuszu z dominującą Rosją. I w efekcie Polska jest nieważnym krajem Środkowej Europy, zbyt dużym na bycie „państewkiem” i zbyt słabym na bycie państwem.
    Polska jako historyczny byt geopolityczny była silna i liczyłą się tylko wtedy, kiedy prowadziła ekspansję na Wschód – i to jest i powinien być kierunek polskiej polityki zagranicznej. To na ekspansji na Wschód oparta była wielkość i siła polskiej kultury z wieków XV do początków XVII, kiedy język polski był lingua franca środkowej Europy i rosyjskiego dworu.
    Fundamentalnei fałszywa była teza Dmowskiego, o tym, że (jak to dokładnie było?) jedna gmina w Wielkopolsce jest dla Polski ważniejsza niż trzy powiaty na Kresach – proszę mi wybaczyć, jeśli pomyliłem podane przez Dmowskiego proporcje.
    Ekspansja na Wschód wywołuje konfrontację z Rosją, a ta wymaga geopolitycznego sojuszu z Niemcami.
    Proszę mi wybaczyć, ale Studnicki przekonuje mnie daleko bardziej, niż Dmowski, po prostu.

    Nie cierpię na jakąś antyendeckość, Dmowski był wielkim politykiem o wielkich zasługach dla Polski, który parę razy zdecydowanie udowodnił swoją wielkość i wierność polskiej racji stanu – jednak, po prostu, jego koncepcje geopolityczne wydają mi się fałszywe, i tyle.

  3. A co sądzisz Szczepanie o Zdziechowskim w sporze o politykę na wschodzie?

    Druga rzecz odnosi się do meritum wpisu – dlatego podobały mi się np. felietony Perez-Reverte`a, skoro o nim ostatnio rozmawiamy, że nawet będąc przeciwnikiem Kościoła czy konkwistadorów, potrafi akapit niżej uznać ich za „swoich”, za część swojej historii i dziedzictwa. Bez dość w istocie prymitywnego odcinania się za wszelką cenę od pewnych rzeczy.

  4. Na fałszywe – zgoda, na chorobliwe – z pewnością nie. Ekspansja na wschód – jak najbardziej, tylko, czy na przełomie XIX i XX wieku, ktoś mógł marzyć o jakiejkolwiek ekspansji polskości, w którymkolwiek kierunku?

  5. Usłyszałem o ślubowskim na Twoim blogu i niestety przystępowałem do lektury nieco uprzedzony. Ale faktem jest, że długo nie musiałem szukać nowych argumentów na poparcie tej, dość trafionej, recenzji.
    Moja dodatkowa obserwacja jest taka, że chyba widzę źródło zła w blogu Ślubowskiego: tytuł „Kontynent Europa” napawa mnie przekonaniem, że on po prostu wyjeżdżał z tezą i szuka na nią dowodów (co jest, jak wiemy i Ślubowski też wie, przeciwieństwem drogi de Coustine’a, który wyjeżdżał z tezą, a wracał z antytezą). Stąd wszystkie dalsze przeciwieństwa między blogaskiem de Coustine’a, a intelektualną przygodą Ślubowskiego.
    Czy wiedziałeś, że Rosjanie mają sentyment do Armii Czerwonej? Tej samej, która pacyfikowała Czechosłowację w 1968 r.? Ja wciąż jestem wstrząśnięty. lol, jak mawia „dzisiejsza młodzież”.