Poniższy mój szkic o trylogii Sapkowskiego, z ostatniego numeru „Czasu Fantastyki”, w dzienniku ukazujący się, oczywiście, za pozwoleniem Maćka Parowskiego, polecam P.T. Czytelnikom.
1.
Joseph de Maistre, francuski, a w zasadzie sabaudzki, pisarz i dyplomata jest jednym z najważniejszych teoretyków kontrrewolucji. Teoria rewolucji de Maistre’a w zaskakujący sposób zbiega się z teorią liberalnego Tocquevilla, przedstawił też de Maistre jeden z najlepszych, obok Rivarola, wykładów teorii monarchii, idei królewskości, sensu ultramontanizmu i prymatu papieża.
Niestety Jospeh de Maistre, mimo swojej wielkości, pozostaje poza sferą powszechnej, społecznej recepcji. Znają go tylko profesjonaliści i wspaniali wariaci, ślubujący wierność monarchii i martwym królom.
2.
W filmie opartym na prozie O’Briana, pod złym polskim tytułem “Pan i Władca na końcu świata”, Russell Crowe gra kapitana Jacka Aubrey’a , dowodzącego brytyjskim okrętem podczas wojen napoleońskich. Film obrazuje życie na pokładzie okrętu w jego warstwie materialnej i przedstawia mentalność ludzi honoru na przełomie XVIII i XIX wieku. Filmy historyczne są często pełne anachronizmów – takie choćby “Królestwo niebieskie” Olivera Stone’a, w którym XIII-wieczni, francuscy rycerze w Ziemi Świętej tokują niczym intelektualista z Nowego Jorku czy Warszawy, o tolerancji, prawach człowieka i poszanowaniu innych kultur. Głupio to brzmi w wykonaniu aktora w zbroi, wyciągającego miecz ku niebu.
Peter Weir uniknął tej maniery. Rzeczywistość kaganków i skałkowych pistoletów współgra u niego z XVIII-wiecznym systemem wartości, który determinuje postępki i decyzje bohaterów, zmagających się z problemami posłuszeństwa, władzy, odpowiedzialności. Brytyjski kapitan rozumie, że naruszenie małego elementu tej wrażliwej struktury, jaką jest hierarchia, prowadzi do zawalenia całej budowli. Dlatego nie waha się np. ukarać chłostą marynarza, który nie salutuje oficerowi. W sporze z przyjacielem, naukowcem przedkładającym wolność nad obowiązek, stwierdza – “człowiek musi być rządzony”. Zdanie to, brzmiące dziwacznie w świecie opętanym symulakrą wolności – bo rzeczywistą cechą naszej post-cywilizacji pozostaje niewola wewnętrzna – jest bezpośrednim cytatem z Josepha de Maistre.
Nie przeceniam znaczenia filmów, prezentujących w atrakcyjnej formie minione systemy wartości. Jednak pozostaje faktem, że jeśli realny wpływ na charakter społecznej świadomości dzieła Josepha de Maistre jest żaden, to “Pana i Władcy” Weira – znaczący. Dlatego kulturę masową należy traktować poważnie i odczytywać na serio. Kultura masowa nigdy nie jest “tylko rozrywką”; Maciej Parowski kpił swego czasu – “wszystko, co ważne, wiem z popkultury”. Był to retoryczny zabieg, mamy inne źródła formacji, zapewne istotniejsze. Ale, rzeczywiście, nie istnieje czysta “tylko rozrywka”, za każdym dziełem stoi światopogląd, idee mają konsekwencje a słowa znaczenia. Klasyk i fundator poważnego namysłu nad kulturą masową, Umberto Eco, przeanalizował powieści o Jamesie Bondzie, najpierw od strony literackiej a potem od strony światopoglądowej, demaskując – z właściwą dobremu krytykowi sympatią niezależną od niezgodności światopoglądów – konserwatywny charakter postaci i systemu wartości w powieściach Fleminga.
Powodem dla którego warto takiego rozbioru dokonać, nie jest troska o zachowanie światopoglądowej koszerności. Nic nie stoi na przeszkodzie, by lewak i libertyn (jak Eco) czytywał z nostalgią, konserwatywnego Bonda albo demaistreański katolik zaczytywał się nihilistą Cioranem lub delektował krwawym anarchizmem książek Palahniuka, a reakcjonista wzruszał losami rewolucjonistów u Hugo. Mało tego, ten ostatni dowiódł, że można pisać książki o wektorze odwrotnym wobec własnych przekonań.
Po tym wstępie, zajmijmy się światopoglądowym spektrum jednej z ważniejszych, w obrębie literatury popularnej, powieści ostatnich lat. Chodzi o rozbitą na trzy tomy “trylogię husycką” Andrzeja Sapkowskiego.
3.
“Narrenturm”, “Boży bojownicy” i “Lux Perpetua” należą do pierwszej ligi dzieł kultury popularnej. Jeśli pozostają obciążone przywarami wspólnymi wszystkim gatunkom wewnątrz tej multimedialnej ligi – jak popkulturowe filmy, muzyka i literatura – to dysponują również podstawowy walorem dobrej kultury masowej. Chodzi o perfekcyjny warsztat.
W powieści Sapkowskiego, bo to jedna, wielka powieść, podzielona na trzy ze względów technicznych i marketingowych, właściwie nie znajdziemy fabuły. Perypetie bohaterów ograniczają się do serii pościgów, ucieczek, pojmań i uwolnień. Bohaterowie mają swoje namiętności, które ich do tych nieustannych gonitw skłaniają, jednak, w sumie niewiele się dzieje. Reynevan biega za różnymi paniami, tudzież w imię husyckiej herezji, i w regularnym jak przypływ i odpływ cyklu wpada w identyczne tarapaty. Tak samo, zawsze w podobny sposób wychodzi z nich cało. W tle husyci to oblegają jakieś miasto, to toczą bitwy, knują Czesi, Polacy, biskupi i inkwizycja, szpiedzy wykradają sekrety a sługa biskupa, demoniczny Grellenort zajmuje się byciem demonicznym.
I, zasadniczo, nic w tym zdrożnego nie ma. Autor, kpiąc sam z siebie i nazywając kolejne deus ex machina, po imieniu, daje czytelnikowi znać, że jest świadom niedostatków linii fabularnej. Co prawda, od twórcy o renomie Sapkowskiego można by spodziewać się więcej, niż samokrytyki, ale lepsze to, niż “rżnięcie głupa”. Nie oczekując od Sapkowskiego spektakularnej epiki, możemy nad słabością fabuły przejść do porządku dziennego i sycić się samym mięsem tej literatury, którym jest język.
Pisarz, który raz nauczył się dobrze pisać, stylu nie traci. Styl udoskonala się samą praktyką – nic dziwnego, że strona językowa powieści Sapkowskiego jest pyszna. Film o kiepskim scenariuszu, może cieszyć oko pięknymi zdjęciami i pozostawić widza bez uczucia niesmaku – a pozbawiona konspektu trylogia, dostarcza czytelnikowi satysfakcji z obcowania z żywą, mięsistą polszczyzną, z odkrywania tej polszczyzny rzadziej odwiedzanych zakątków, wdzięcznego, chociaż sztucznego archaizowania. Ma też Sapkowski, oprócz maestrii stylu, swoje manieryzmy, które, nadużywane, stają się nużące. Aforyzm, powiedzonko, bon-mot, filmowe, małe cynizmy, które bohaterowie Sapkowskiego rzucają na zamknięcie dialogu, są jak sos do spaghetti – jeśli podany bez makaronu, może nie smakować.
Ale w sumie literacka potrawa jest świetnie przyprawiona mnogością bogatych smaczków. Historycznych, pseudo-historycznych i zmyślonych ciekawostek, oryginalnych, interesujących lub całkiem głupich, acz dobrze podanych sądów na temat historycznych figur, dobrze podanych militariów, mocno zarysowanych postaci, z wyłączeniem bezbarwnego głównego bohatera, czy tak zwanych “mocnych akcentów”. Wśród nich cieszącą każdego antyklerykała koncepcję pocięcia biskupią ręką częstochowskiej Hodegetrii.
Całość to klasyczny Sapkowski, który daje czytelnikom to, czego oczekują – kilkanaście godzin przyjemnej rozrywki. Czytamy, cieszymy się żarcikami. Jeśli jesteśmy wrażliwą licealistką to wzruszamy się, śledząc perypetie miłosne Reynevana, ronimy łzę, kiedy, według nowego modelu miłości romantycznej, Reynevan z litości zabija swoją ukochaną, potem wyobrażamy sobie, że o nasze względy zabiegają mężczyźni tej miary. Jako licealistka mniej wrażliwa, a zorientowana na hasło “dziewczyny, potrzebne są czyny”, znajdujemy tu kilka bohaterek kobiecych, które ratują Reynevana z opresji i nawet nie idą z nim do łóżka, za to wywijają mieczem i magią, a na dodatek są Żydówkami, co powinno dodać otuchy dyskryminowanej mniejszości. Jeśli jesteśmy licealistką nadużywającą czarnej farby do włosów, czarnej szminki i bladego pudru, i twierdzimy, że życie jest straszne a dusza rozdarta, to fascynujemy się Pomurnikiem i jego gorącym, kilkakrotnie konsumowanym związkiem z okrutną dziewczyneczką z oszczepem. I tyle, finita la commedia. Plaudite, cives.
Sapkowski, widać to od pierwszego tomu, nie znosi polskiej mitologii narodowej. Zrazu mnie to cieszyło, gdyż, choć cenię jej wspólnototwórczą funkcję, to wyżej cenię prawdę. A mitologia Polaków, jak każdego narodu, złożona jest z mieszaniny prawdy i fałszu. Na fałsz składają się kłamstwa, przemilczenia, wyolbrzymienia i przeinaczenia. Zastąpienie mitologii przez prawdę, niechby przykre, zawsze ma sens. Robił to choćby Cat-Mackiewicz, burząc mity związane z II Rzeczpospolitą i – z miłością – obnażając jej małość, nie zapominał o wielkości.
Sapkowski jednak nie zastępuje mitologii prawdą, tylko znakiem minus. Stąd gdzie narodowa mitologia stoi na kłamstwach – Sapkowskiemu wychodzi prawda; tam, gdzie opiera się na prawdzie – Sapkowskiemu wychodzi kłamstwo. Oczywiście, husycka trylogia nie jest powieścią historyczną, ale kłamstwa nie niweczy fakt, że mamy do czynienia z fikcją. Wedle klasycznej definicji prawda w literaturze jest oparta na zgodności z rzeczywistością, lecz nie tylko z materialną, lecz ze również światem idei.
Prawdziwie Sapkowskiemu wychodzi, przynajmniej początkowo, kwestia tożsamości narodowych w późnym średniowieczu. Endecka koncepcja polskości orientowała ją poprzez opozycję wobec Niemiec, potrzebny był więc mit o odwiecznym sporze, opartym na rzekomej, a w swej istocie barbarzyńskiej, plemiennej nienawiści. Mit ten wynaleziono, przypasowując doń kilka historycznych epizodów, popełniając jednocześnie dramatyczny anachronizm, w momencie, w którym woje Mieszka i Bolesława, rycerze Jagiełły i inni, zostali Polakami walczącymi z Niemcami, podczas kiedy zarówno na naród polski, jak i młodszy znacznie naród niemiecki powstały znacznie później. O polsko-niemieckiej niechęci przekraczającej zwyczajne waśnie sąsiedzkie możemy mówić dopiero od połowy wieku XIX. Niemcy postarali się w czasie drugiej wojny światowej udowodnić, że nie poparta faktami teoria ma jednak sens. Dlatego mit odwiecznej, polsko-niemieckiej nienawiści przetrwał i, realizując endecki kierunek geopolityczny, znalazł poparcie w peerelowskiej historiografii.
Sapkowski dostrzega słabość tego mitu i posługuje się – występującymi wówczas – pojęciami “Polak” i “Niemiec” w sensie etnicznym, dostrzegając złożoność sytuacji kreolowego ethnosu Śląska. Anegdotek i dyscypliny pisarskiej starcza mu na utrzymanie wierności tej zasadzie w pierwszym tomie. Później, skłonność do współczesnych nawiązań przeważa i postacie Polaków i Niemców zaczynają, zasadniczo, zachowywać się podług wspomnianych złych wzorów. Dlatego najbardziej przekonywująco wypada postać Reynevana, który tożsamości narodowej konsekwentnie nie posiada – ze względu na etniczność jest Ślązakiem, ale jako człowieka określają go inne kryteria – przynależność do międzynarodowej przecież, chociaż na akademiach dzielonej na nacje, klasy klerków, której Sapkowski bardzo zręcznie dodaj fantastyczny element parania się magią.
Reszta jest tak sztampowa, że aż kłamliwa. Sapkowskiemu wolno nie znosić Kościoła Katolickiego, Niechęć doń często napędzała literaturę, z różnym skutkiem, by wymienić Gide’a, czy Dostojewskiego. Ale aby stała się literaturą, trzeba czegoś więcej, niż tabunu rozpustnych mnichów, demonicznych biskupów, parających się złem tak intensywnie, że okrutny inkwizytor i cyniczny biskup polski wypadają przy nich jak postaci pozytywne. Rzecz w tym, że u Sapkowskiego żaden katolik nie wierzy w Boga, co, zważywszy, że mamy XV-ty wiek wydaje się tezą ryzykowną. Husyci rysowani są sprawiedliwiej – nie odmawiając im skłonności do cynizmu i okrucieństw, pokazuje też Sapkowski kilka osób autentycznie wierzących i zaangażowanych nie z wyrachowania, lecz z idealizmu. Takie rozłożenie akcentów jest klasycznym przykładem literackiego kłamstwa. I niweczy, niestety, pewną prawdę, którą udało się Sapkowskiemu zawrzeć w próbie odkłamania mitu narodowego.
Na tle tego zasadniczego kłamstwa, niewinnie już wypada narastający wraz z rozwojem książki anachronizm wyznawanego przez bohaterów systemu wartości. Nie trzeba studiować historii, wystarczy przeczytać, “Czasy katedr” Duby’ego albo “Jesień średniowiecza” Huizingi, aby wiedzieć, że średniowiecze to nie tylko miecze, tarcze i kusze, a jeszcze pewien szalenie interesujący i zasadniczo odmienny od nowożytnego, kulturowy model społecznego świata. Reynevan et consortes to nasi współcześni ziomkowie, w pierwszym tomie posiadający jeszcze średniowieczny sztafaż, w ostatnim już tylko poprzebierani w średniowieczne stroje i wywijający mieczami. Sapkowski jest zbyt inteligentny aby dopuścić do tego mimowolnie, jest to zapewne zabieg celowy – cóż z tego, skoro, tak jak przy seriach deus ex machina, literacko kiepski.
Jeszcze śmieszniej wypada wstawiona w środek trzeciego tomu nadęta przemowa o krwawym antysemityzmie, jaki miałby stanowić główne zajęcie Europejczyków przynajmniej od czasów edyktu mediolańskiego. Z odległych rubieży cynizmu przelatuje autor nagłym susem na rubieże naiwności, powtarzając, jak pod dyktando, parę fałszywych tez, na których niektórzy laiccy Żydzi po drugiej wojnie światowej zbudowali sobie nową religię, religię Holocaustu, funkcjonującą również jako opisane przejmująco przez Finkelsteina “Przedsiębiorstwo Holocaust”. Wykorzystując ogromną, acz nie jedyną w swoim rodzaju tragedię Zagłady próbują realizować swoje interesy. Każdy dba o swoje takimi środkami, jakimi może, Żydzi i Polacy przyjęli zresztą podobną taktykę prezentowania się w roli wiecznych ofiar historii, acz trzeba przyznać, że Żydom wychodzi to lepiej.
Wstawienie jednak między karty powieści – bo z treścią ani szczątkową fabułą husyckiej trylogii nie łączy się to nijak – nadętej, politycznej agitki, jest żenujące. Niechże sobie Sapkowski wierzy w odwieczne prześladowania Żydów, pogromy w średniowiecznej Europie były zresztą faktem, jednak sformułowanie tego wierzenia w formie wygłoszonego ciągłym tekstem manifestu, klepanego przez pojawiającego się znikąd trzecioplanowego bohatera przypomina metodę literacką powieści socrealistycznych, w których akcja, zawsze na usługach ideologii, zatrzymywała się, aby bohater mógł wygłosić przemowę o amerykańskim imperializmie, tudzież o przewagach kolektywnego rolnictwa.
4.
Ta nadęta, politrukowska przemowa jest jedynym miejscem, w którym Sapkowski łamie przynależną literaturze popularnej konwencję. Niechęć do Kościoła czy anachroniczni bohaterowie w konwencji się mieszczą i nie osłabiają literackiej wartości trylogii husyckiej, którą – co muszę podkreślić – czyta się z przyjemnością. Sapkowski dzieli z autorem równie antykościelnego “Kodu Leonarda da Vinci” wszystkie antyklerykalne fobie, dodaje garść równie jak brownowskie historycznie niecelnych rojeń w kwestii średniowiecznych herezji i swojej idée fixe , czyli odwiecznego podobno kultu Boginii – pokazuje jednak wielką, literacką klasę, podczas kiedy Brown przekroczył granice grafomanii. Drugi i trzeci tom trylogii sprawiają wrażenie napisanych od niechcenia, na termin – a jednak nawet one zdradzają doskonały warsztat autora i są w stanie dostarczyć miłego wrażenia obcowania z dobrą literaturą nawet temu czytelnikowi, który nie dzieli z Sapkowskim jego fobii, uprzedzeń i fiksacji.
Szczepan Twardoch
Czas Fantastyki, 1/10, styczeń 2007
Szczepanie „Królestwo Niebieskie” jest reżyserii R.Scotta a nie O.Stone.
Sam tekst świetny. Śmiem twierdzić, że zdecydowanie lepszy od trylogii husyckiej, której nie udało mi się przeczytać. Poległem przy pierwszym tomie. Z wielką chęcią przeczytałbym Twój tekst o Wiedźminie.
btw: „Znają go tylko profesjonaliści i wspaniali wariaci, ślubujący wierność monarchii i martwym królom.”
hehehhe, to o mnie :))))
O, szlag by trafił, ale gafa. Ciekawe, cholera – bo jeszcze papierowego CzF nowego nie miałem w ręce – czy ktoś to wyłapał w korekcie, czy poszło na papier z takim bykiem.
Jakieś zaćmienie mózgu, jaki Stone, w ogóle? :(
Poszło na papier niestety. „Królestwo niebieskie” Olivera Stone’a stoi jak byk. Też się zdumiałem.
jak na mnie to sapek jest po prostu antyreligijny. jak ktoś jest protestantem do z perspektywy POlaka jest ateistą czy czyms takim, protestantyzm, buddyzm i takie tam nie mieszczą sie w polskim rozumieniu religijnosci, za to mistyka owszem. Dlatego samson jest taki spoko.
samson w sensie postaci ksiązkowej a nie pedagogicznej.
Orbit, nie podszywaj się pod ludzi.
I tak nikt nie dałby się nabrać. :)
Jak czytałem Twój wpis w Forum Frondy na temat kontrewolucji – że nie mozna jej zrobić, to od razu skojarzyłem sobie z dość podobnymi przemyśleniami de Maistre’a. W XI tomie „Oeuvres completes” znajdują się słynne słowa „Rewolucja ta nie może się skończyć powrotem do dawnego stanu rzeczy, który wydaje się niemożliwy, lecz oczyszczeniem stanu, w jaki popadliśmy”. I oto, zagladam na Twoją stronę – i znajduję tekst, w którym do tego autora się odwołujesz. Zastanawiam się tylko, czy Twoje forumowofrondowe porównanie komunistów do zdrajców z XVIII wieku oznacza także inspirowanie się pismami polskiego ucznia de Maistre’a – hr. Henryka Rzewuskiego? Co prawda Rzewuski potępiał raczej twórców Konstytucji 3 maja, a nie targowiczan, ale jakieś współbrzmienia można odnaleźć z Twoim wpisem na ff.
taaa… moze jeszcze autor poda prawdziwe nazwisko andrzeja sapkowskiego?
ps. królestwo niebieskie to film ridleya scotta, nie stone’a:>
wolę Sapkowskiego i jego „ideologie” niż ordynarną ideologię UPRowską Pilipiuka czy połowy polskich młoych fantastów, vide tom „Polska 50+”
Strzelanie z armaty do wróbla. jJk dla mnie owa deklarcja żydowskiego mędrca to jeden z wielu dowcipnych anachronizmów w Trylogii Asa. Nie ma co traktować go poważniej niz reszty anachronizmów ksiązki.
Co innego z tym, że w ksiązce o czasach poważnego konfliktu religijnego w chrześcijaństwie nie ma chyba tu ani jednego chrześcijanina. Nikt w Chrystusa nie wierzy. Do tego chyba wszyscy wierzą w magię, zaklecia i amulety, ale nikt nie stosuje amuletów ani zaklęć chrześcijańskich. Nawet tych najprostszych typu krzyzyk czy modlitwa. Tu jest powazny brak.
Jeśli Sapkowski przegina ze swoim antyklerykalizmem , to co powiesz o tetralogii Jabłońskiego, którego główny bohater nawet nie udaje, że jest człowiekiem średniowiecza – on myśli i mówi jak pederasta porwany w przeszłość wprost z tegorocznej parady równości ? To o czym piszesz mierziło mnie bardzo, ale Sapkowski chociaż w niewielkim stopniu wyeksponował okrucieństwo wojny , przedstawiając również husytów jako tych złych ( ostatnie sceny I tomu np. ) , natomiast u Jabłońskiego cały kościół jest zły i przeżarty hipokryzją od góry do dołu, natomiast Witelon to wzór cnót wszelakich. To jest dopiero agitka pod płaszczykiem popularnej literatury ! Dlatego Szczepanie, powinieneś pisać więcej tak znakomitych książek jak „Sternberg”. Dla równowagi.
Pozdrawiam serdecznie !