Orzekliśmy niedawno, że K. ma konserwatywny temperament i liberalne poglądy, a ja na odwrót. K. pewnie się zirytuje, że znowu wypisuję na swoim dzienniczku wnioski z naszych rozmów, więc niech to będzie tylko tytułem wstępu.
Bo rzecz w tym, że wolności słowa nie da się nie lubić, nawet jeśli liberalny ma się tylko temperament.
Szczególnie, kiedy widzi się, jak pana dziennikarza Mikołaja Wójcika z „Dziennika” szlag trafia, bo Michalkiewicz Stanisław zarobił, oprócz swojej pensji z radia i „Najwyższego Czasu”, 50 tys. złotych na utrzymywaniu swojej strony internetowej. Efekty tego trafienia przez szlag, na swojej stronie zamieszcza Michalkiewicz, można je obejrzeć TUTAJ, zaś na michalkiewicz.pl, Michalkiewicz zamieścił swoją odpowiedź.
W artykule zaś pana Wójcika, już pierwsze, po leadzie, zdanie – „Stanisławowi Michalkiewiczowi nie wystarcza pensja pobierana z Polskiego Radia i Najwyższego Czasu” zdradza nam, że dziennikarz ten ma wyjątkowy warsztat, ponieważ potrafi zdalnie ocenić, co Michalkiewiczowi wystarcza, a co nie. Uczmy się więc od najlepszych. Skoro pan Wójcik wie, co Michalkiewiczowi starcza, to ja zdalnie ocenię motywy, jakie panem Wójcikiem kierowały.
Bo ktoś może, analizując sprawę głęboko, doszedł by do wniosku, że „Der Dziennik” wali w Michalkiewicza, ze względu na niemiecki kapitał, etc., etc., etc.
Tymczasem, sprawa jest prostsza. Pan dziennikarz Mikołaj Wójcik nie może znieść tego, że „taki” ktoś, jak Michalkiewicz Stanisław, znany antyeskimos, tyle zarobił. Bo zapewne pan Mikołaj Wójcik tyle nie zarabia. A pewnie chciałby. I się pan dziennikarz poczuł sfrustrowany, że jakże to tak, byle szmondak se zrobi stronę w internecie i od razu pół dużej bańki mu spadnie, a on pisuje do poważnej gazety, a tu, panie, kiedy przelew na konto przyjdzie, to smutek i żal.
Więc wypytał w trybie „uprzejmie donoszę” urzędników z MSWiA i spłodził artykulik, jak powyżej.
Dlatego wolność słowa jest naprawdę fajna, wtedy, kiedy działa. Bo kiedy – co widać na statystykach wejść na stronie Michalkiewicza – nie da się zamilczeć, trzeba walić, nawet tak histerycznie, jak wali Wójcik w swoim artykule.
A takie ciosy są, na szczęście, przeciwskuteczne.
Zastanawiam się, czy Cezary Michalski, przyjmując ten tekst do druku, poczuł takie delikatne, malutkie déjà vu.
Rozumiem, że pozbył się swojej obsesji na punkcie Michnika, ale nie wiedziałem, że aż tak skutecznie.
Pingback: Dziennik 2006 - 2007 » Implozje, część 1