Za sprawą pewnego poczciwego profesora, który ze zmarszczonymi brwiami i rozdziawioną gębą przyznaje, że nic nie rozumie, niedawno zrozumiałem, na czym polega istota tej intelektualnej niewydolności, która charakteryzuje klasycznego półinteligenta, czyli człowieka jakoś tam wykształconego, nawet po lekturze paru książek, ale absolutnie niezdolnego do intelektualnego wysiłku.
Profesor ów, Sadurski, w Salonie24 napisał o tym, że przeczytał artykuł Bartyzela. No i profesor Sadurski nic a nic nie rozumie, bo jak to tak, panie, normalnie, że Bartyzel jest poważnym człowiekiem, a jednocześnie pisze z obrzydzeniem o demokracji, prawach człowieka, podnosi transcendentny wymiar władzy królewskiej, ważność kary śmierci i – ogólnie rzecz biorąc – poglądy ma nie takie, jak się Sadurskiemu wydaje, że mieć należy. I tego właśnie Sadurski nie rozumie – jak taki dziwoląg, jak doktor habilitowany Bartyzel Jacek istnieć w ogóle może? Czy toto czyta w ogóle gazety? A jak czyta, to nie wie, że spór polityczny oznaczać może kłótnię o wysokość unijnych dopłat do cen marchewki, a nie zróżnicowanie koncepcji legitymacji władzy? Przecież każdy wie, że władza pochodzi… no, od ludu. Z tego, no, głosowania. Czy jakoś tak.
Sam Sadurski jest jeszcze przypadkiem o tyle śmiesznym, co nieszkodliwym. Argument z deklaracji oczywistości przekreśla sam siebie, natomiast Sadurski ma tę cechę, że zdobywa się na jakąś żałosną namiastkę dyskusji. Oczywiście, nie jest zdolny do podjęcia dyskusji z Legutką, czy Bartyzelem, bo samym popiskiwaniem, że „przecież tak nie może być, bo Parlament Europejski uchwalił, że prawa człowieka, bla, bla, bla” nie da się niczego obalić. Typ dyskutantów-przez-oczywistość znajduje się zresztą po obu stronach sporu, bywają również publicyści, których jedyną metodą jest zachłyśnięcie się paroma hasłami w stylu „zdrada narodowa” czy „cywilizacja śmierci”, etc., ale z powodu absolutnej dominacji szerokiego spektrum poglądów, które mieszczą się między miękkim, poczciwie uśmiechniętym demo-libem w stylu Sadurskiego, a krzykliwymi specjalistami od skrobanek, pedałów i feministek, to „prawicowych” – jak ich sobie tutaj umownie określimy, dyskutantów-przez-oczywistość widać nieco mniej.
Występuje natomiast również typ jeszcze gorszy. Kolega F.Ł. podesłał mi ostatno parę linków do kilku dyskusji na usenecie, gdzie lewacki dziennikarzyna z „Wyborczej”, redaktor lewicowej odpowiedzi na „Frondę”, czyli „Lewą nogą” (jaka lewica, taka odpowiedź), Wojciech Orliński, jest po prostu oburzony, że takie gazety jak „Rzeczpospolita”, czy „Dziennik” nie zachowują podstawowej zasady publicznej dyskusji, to jest publikują teksty publicystów, którzy nie mieszczą się w spektrum poglądów, uznawanych przez Orlińskiego za dopuszczalne – czyli wszystko to, co na lewo od wyznawców liberalnej demokracji.
To akurat pogląd typowy dla środowiska, w jakim Orliński się wywodzi, typowy i praktykowany tamże od kilkunastu lat. Zestaw ludzi których „się nie czyta”, „się nie publikuje”, o których „się nie mówi” i o których „się nie pisze”. W epoce medialnego monopolu ta zasada działała, bo nie ma nic skuteczniejszego niż zamilczanie – sporą satysfakcję sprawia mi więc irytacja ponurych typków pokroju Orlińskiego, bo wynika ona z prostego faktu: pluralizm debaty publicznej w Polsce jest faktem. W tym wrogim środowisku, kiedy nie ma się już do dyspozycji ulitma ratio w postaci anatemy, rzuconej przez któryś z pseudonimów Michnika, dziennikarzyny i dziennikarzynki, jak Orliński, są bezradne. Bo jak tu tak dyskutować, skoro każdy nasz pogląd ktoś może skontrować? I to nie na łamach jakiegoś prawicowego zinu, rozprowadzanego w ilości stu egzemplarzy na zebraniach kanapowej partyjki, tylko w normalnej gazecie. Stąd opinia, skądinąd absurdalnie głupia, że „Dziennik” i „Rzeczpospolita” licytują się w „prawicowości” publicystów. Głupia, bo nie licytują się wcale. Gdyby sie licytowały, czy „Dziennik” demonstracyjnie kupowałby Pilcha, świetnego pisarza, ale przecież felietonistę niezbyt dobrego?
Czy Michalski w swojej „Europie”, w pogoni za iluzją „bezstronności” publikowałby na okrągło Sierakowskiego, przekładając go Slavojem Žižkiem? Mi się to nawet podoba, bo o ile Sierakowski jest nudziarzem przerażającym, to Žižka chętnie poczytam – jak już pisałem wcześniej, mam liberalny temperament i po prostu lubię dyskusję publiczną. Dobrze się czuję w sytuacji, w której reprezentowane są różne poglądy i podoba mi się, że w jednej gazecie mogę poczytać neokonserwatystę, paleokonserwaystę, leninistę i demokratę. Wolność słowa nie jest oczywiście wartością autoteliczną, ani najwyższą, ale jest przyjemna i warto ją promować i uprawiać.
I tutaj szczególnie irytująca jest postawa Orlińskiego w szczególności i całego, wiadomego środowiska w ogólności: deklarując, jak Orliński, że „wolność słowa jest wartością najwyższą” (co jest równie patetyczne, co bzdurne), broni porno (w przypadku porno, należy zapytać, jak Legutko kiedyś – dokładnie, o jakie tutaj słowo chodzi?), ale nie może pogodzić się z faktem, że „Rzepa” publikuje „kogoś takiego, jak Bartyzel”. Zamiast odwołać się do ogólnie znanego autorytetu i puścić „drogiego Bronisława”, który w bełkotaniu nudnych komunałów o prawach człowieka nie ma sobie równych.
Warto jednak zauważyć, że taka postawa nie wynika z lewicowych poglądów i nie tylko dla nich jest zarezerwowana. Uprawianie dyskusji przez wykluczenie jest bardzo silną pokusą – w Polsce końca XX i początku XXI wieku ulegli jej ci, których na takie pokuszenie wystawiono, czyli „lewica laicka”, środowisko Gazety Wyborczej, ulegli jej, uprawiali ją przez kilkanaście lat, wprowadzili na dekadę swoistą dyktaturę lewicowo-liberalnego dyskursu. Ta dyktatura skończyła się, kiedy wyśmiano Michnika na konferencji prasowej o sprawie Rywina i od tej pory nikt nie nie zdołał na powrót takiej dyskursywnej dyktatury ustalić, sądzę jednak, że konserwatywny, czy „prawicowy” temperament polityczny wcale nie czyni na tę pokusę mniej podatnym, choiciaż K. jest innego zdania – sądzi, że prawa strona sporu o kształt Polski jest skazana na porażkę, gdyż z powodu swojej nieudolności, koncentracji na teorii i zaniedbywaniu praktyki nie jest zdolna do zbudowania własnego „Układu”.
Postawa dyskusji przez wykluczenie nie jest również tożsama z poglądami lewicowymi, gdyż bez wątpienia jest szereg publicystów lewicowych, którzy do takich metod się nie uciekają. I ci zasługują na szacunek, bo oparli się potężnej pokusie. Nie każdy lewicowiec jest kawiorowym hipokrytą w stylu Szczuki, Sierakowskiego, czy Orlińskiego, który za pensję z Gazety uprawia swoją krytykę „korporacjonizmu”, istnieją również autentycznie lewicowe środowiska „Obywatela” czy tygodnika „Trybuna Robotnicza”. W tym pierwszym pisują świetni publicyści jak Okraska, Swolkień czy Zychowicz, z którymi nie zgadzam się w prawie nigdy, ale których szanuję za to, że przyjmują do wiadomości istnienie innych poglądów i podejmują z nimi dyskusję, zamiast rozdziawiać usta ze zdziwienia, jak poczciwina Sadurski, albo oburzać się, jak Orliński.
W nowej, związkowej „Trybunie Robotniczej” dobrej publicystyki jest mniej, ale dostrzegam tam z kolei autentyczne zaangażowanie w obronę ubogich „ludzi pracy”; mierzi mnie ich lewacka retoryka, nie zgadzam się ani z ich diagnozą problemów gospodarczych , ani z proponowaną kuracją, brzydzi mnie promocja aborcji i śmieszy antypisowska histeria- nie mam jednak wątpliwości, że pisują tam ludzie integralni. I za to chociażby należy im się jakiś elementarny szacunek.
Dobry tekst. Dawaj więcej :-)
Wyprzedziłeś mnie w komplementach, Esthelu ;).
Mam pytanie do Autora: czy jest jakiś link do mądrości Orlińskiego?