Szpicle

Obejrzałem ostatnio kilka niezłych filmów o szpiclach; niemieckie „Życie na podsłuchu” i amerykańskiego „Dobrego agenta”. Problem szpiclowania wydaje mi się wyjątkowo aktualny, z oczywistych powodów i zastanawiam się nad moralną oceną szpiclowania jako takiego.

Rzecz jest jednoznaczna w przypadku kolaboracji z wrogiem. Nie ma wątpliwości, jak oceniać Polaka kolaborującego z Rosjanami, okupującymi Polskę rękami samych Polaków – taka kolaboracja jest starą, polską tradycją, zaczęto ją praktykować w XVIII wieku, a szczególnie rozkwitała w drugiej połowie wieku XX. Taka kolaboracja jest zdradą, za którą należy się hańbiąca śmierć – niestety, pobłażliwość dla zdrajców jest kolejną polską tradycją, znajdującą swój początek w XVIII wieku: tak jak stryczka uniknął Stanisław August Poniatowski, tak nie zawisnął Jaruzelski i wszyscy inni.
Zdrada karana śmiercią zapewnia wspólnocie spoistość – kryzys tożsamości Polaków ma, moim zdaniem, swe głębokie źródło właśnie w tejże pobłażliwości, która, z kolei jest następstwem kobiecego temperamentu charakteru narodowego Polaków, o którym pisałem wcześniej. Napisał o tym piękną książkę Rymkiewicz, za Rymkiewiczem na zamówienie Macieja Parowskiego pozwoliłem sobie napisać esej o tragicznym braku zbiorowej przemocy w polskiej polityce – utrzymany w poetyce historii alternatywnej tekst ukaże się w kolejnym „Czasie Fantastyki”, zostawmy więc na razie tę kwestię i wróćmy do szpiclowania jako takiego.

Niejasność moralnej oceny szpicla zaczyna się w momencie, kiedy ktoś szpicluje na rzecz własnej Ojczyzny.
Występuje tutaj konflikt dwóch postaw: z jednej strony cnoty republikańskie czy obywatelskie, nakazują w miarę możliwości działać na rzecz swojego kraju. Nikt rozsądny nie poddaje w wątpliwość konieczności posiadania służb specjalnych jak i tego, że służby te muszą podejmować inflitrację różnych środowisk, również wewnątrz granic państwa.
A z drugiej strony, bycie szpiclem nawet, kiedy nie łączy się ze zdradą Ojczyzny, zawsze jest przynajmniej zasadniczym nadużyciem czyjegoś zaufania.

Chamfort przytacza anegdotę, w której o spotkanym na ulicy człowieku mówi, iż człowiek ten robi dla swojej ojczyzny to, czego Brutus nie zrobiłby dla swojej.
Później wyjaśnia: człowiek ten był szpiclem właśnie.

Postać Brutusa była wzorem dla francuskich régicides: były to czasy, w których pojęcie „honoru” dla lewicy nie było jeszcze reakcyjnym przeżytkiem, starano się raczej przedefiniować honor na modłę republikańską – uosobieniem takiego honoru był zabijający tyrana Brutus.
Chamfort, z właściwą sobie trafnością, dobrze zdefiniował panujący do dziś konsensus: przemoc w polityce – acz przykra – jest dopuszczalna. Szpiclowanie – acz konieczne – jest niskie i hańbiące, lecz tylko dla współpracownika. Oficer, żołnierz służb, jest wolny od tego odium, dopiero szpicel zwerbowany, nieprofesjonalny, ten który donosi, nie ten, który zamawia donosy – jest nędznikiem.

Nie jest to postawa uzasadnialna na gruncie teologii moralnej; raczej kwestia przyjętego decorum. Etyka katolicka nie akceptuje spontanicznej przemocy, prawo do wymierzania śmierci rezerwując Państwu, byłaby zaś w stanie, bez wątpienia, zaakceptować współpracę z służbami własnej Ojczyzny, traktując ją jak obywatelski obowiązek.
Tutaj jednak, jak i w wielu innych miejscach, decorum bycia człowiekiem słusznie dumnym, wymaga więcej, niż wymaga od nas, wiernych, Kościół.
Mało tego: czasem są to wymagania nieuzgadnialne.
Dlatego, moralną ocenę szpiclowania sformułowałbym następująco: bycie szpiclem nie jest niemoralne, jest natomiast niskie.

One thought on “Szpicle