Varia

„Varia” to ładniejsze słowo niż słowiańskie „Różności”, a przy tym możliwe do wymówienia, w przeciwieństwie do „miskelanów”, czy jak to się tam pisze. Na dodatek, najlepszy autor w sieci stron, które regularnie czytuję, czyli Studyta, tytułuje zbiorcze wpisy „variami” właśnie, więc i ja przejmę ten godny zwyczaj.

1. Jeszcze z Poznania. Spierałem się Lechem Jęczmykiem w kwestii źródeł rewolucji francuskiej. Jęczmyk stał zasadniczo na stanowisku, że rewolucja francuska jest efektem spisku i wskazywał tutaj – nie bez podstaw – na masonów. Masoński udział w organizacji Klubów, czytelni i innych grup, które potem posłużyły do przeniesienia rewolucji na prowincję, jest oczywisty – jakobiński charakter francuskiej masonerii jest również jasny, podobnie jak masońska proweniencja obu rewolucyjnych quasi-religii i masońskie korzenie większości rewolucjonistów.
Uznałem, że spiskowa koncepcja Jęczmyka, jest bardzo optymistyczna – przyjęcie jej oznaczałoby, że grupa zdeterminowanych i dobrze zorganizowanych ludzi może zmienić bieg historii. Być może, również w drugą stronę. Pozostałoby więc tylko krzyknąć – spiskujmy, bracia!
Jednak, na planie metafizycznym bardziej uzasadniona wydaje mi się być koncepcja de Maistre’a i – paradoksalnie – Marksa. De Maistre uznaje rewolucję za nieuchronną – i nieludzką. Stary, naturalny ład nie był dziełem człowieka, lecz Boga i jako ład o sankcji transcendentnej nie mógł być przez człowieka zniszczony – Rewolucję zesłał więc Bóg właśnie, jako karę za – widoczny przecież gołym okiem – upadek ludzi żyjących w środowisku najbardziej sprzyjającym życiu chrześcijańskiemu, w Ładzie. W demaistreańskim rozumieniu historii, rewolucja następuje nieuchronnie – człowiek, skażony grzechem pierworodnym, psuje z czasem naturalny, Boski ład – co Bóg każe rewolucją. Tam, gdzie de Maistre widział sprawczą rolę Boga, Marks wskazywał na Historię, jednak obaj zgodziliby się co do wykraczającego poza jednostkę i jej wolę sensu wydarzeń, które zaczęły się w 1789 roku i trwają do dziś.
Studiując historię rewolucji, niezależnie od tego, czy czyta się historyków raczej reakcyjnych, jak Gaxotte, czy jakobińskich, jak Lefebvre lub Baszkiewicz, nie sposób otrząsnąć się z wrażenia, że stoi jakaś pozaludzka wola za chaosem, za ścierającymi się sprzecznymi interesami różnych grup, wreszcie za niewiarygodną biernością króla, który przecież w latach 1789 – 1791 mógł rewolucję stłumić kilkakrotnie, jednym lub dwoma rozkazami – musiałby tylko dosiąść konia i poprowdzić dwa albo trzy pułki dragonów, które z dwoma tysiącami zawodowych rewolucjonistów Paryża poradziłyby sobie bez trudu. Być może więc największą karą, jaką spotkała Europę, był ten gwałt na wyobraźni – jak pisze Rivarol – którym było, w istocie, ścięcie Ludwika.

2. W kontekście opowiadania Sapkowskiego z ostatniej „NF”, zastanawiam się nad metodą namysłu nad znaczeniem hiszpańskiej wojny domowej. Michalski w ćwiczeniach z bezstronności rozpłynął się z zachwytu nad Simone Weil – był to poniekąd zachwyt słuszny. Nie chodzi mi przy tym o nieustanną licytację trupami, w której oczywiście przoduje lewica (mimo bez wątpienia większej ilości trupów na koncie), lecz którą to metodę licytacji przyjęło – z konieczności zapewne – wielu historyków o sympatiach raczej antyrepublikańskich. Być może rozmontowanie lewicowej mitologii tego wymaga i dla historii bez wątpienia ważne jest ustalenie prawdziwych liczb – ciekawie mówi o tym Pio Moa w wywiadzie udzielonym „Rzepie”.. Ponieważ nie da się podjąć dyskusji z ekranem, a ja nie mam ochoty na wysłuchiwanie kolejnej dawki kłamstw o „totalitarnym” (sic!) frankizmie, nie wiem czy wybiorę się do kina na „Labirynt fauna”.
Mnie jednak mniej obchodzą trupy – bo nie mam żadnych wątpliwości, że każda wojna, a zwłaszcza domowa, polaryzuje ludzi, dzieląc szarą masę na smutną proporcję łajdaków i bohaterów – a bardziej znaczenie wojny hiszpańskiej w metafizyce historii i o artystycznym odczytaniu sensu przemocy politycznej. O tym, jeśli Bóg pozwoli, następnym razem, w ciągle odkładanym – z powodu tekstów pisanych na papier, nie na blog – szkicu „Artysta z rewolwerem”.

4 thoughts on “Varia

  1. „Studiując historię rewolucji, niezależnie od tego, czy czyta się historyków raczej reakcyjnych, jak Gaxotte, czy jakobińskich, jak Lefebvre lub Baszkiewicz, nie sposób otrząsnąć się z wrażenia, że stoi jakaś pozaludzka wola za chaosem, za ścierającymi się sprzecznymi interesami różnych grup, wreszcie za niewiarygodną biernością króla.”

    Zgadzam się co do historyków marksizujących, bo w końcu cała ich filozofia opiera się na wierze w logikę historii, na którą człowiek zasadniczo nie ma wpływu. Ale polemizowałbym w kwestii Gaxotte’a. Żadnej wiary w determinizm historyczny, czy tym bardziej w jakieś fatum wiszące nad Francją, a czyniące rewolucję nieuniknioną, nigdy u niego nie zauważyłem. Raczej przeciwnie, całe jego dzieło wydaje mi się przesiąknięte głębokim przekonaniem, że historia mogła się potoczyć inaczej, że rewolucja nie tylko nie była nieunikniona, ale w ogóle nie była potrzebna. Dalej następują próby wytłumaczenia dlaczego mimo to wybuchła. Możliwe, że właśnie ten fakt odpowiada za to pewne wrażenie fatalizmu autora jakie Pan odnosi – rewolucja nie powinna się była wydarzyć ale się wydarzyła, cóż zatem za fatalność to sprawiła? – ale wydaje mi się, że ten pozorny fatalizm ujawnia się tylko w „Rewolucji Francuskiej”, gdzie Gaxotte opisuje wielkie i jedyne w swoim rodzaju skoncentrowanie wydarzeń w okresie zaledwie kilku lat. Tam natomiast, gdzie może się zająć długim trwaniem, wielkimi procesami historycznymi rozciągniętymi w czasie, tam właśnie tego historycyzmu za grosz nie widać. Na przykład w „Le siècle de Louis XV”, w którym Gaxotte opisuje jakby preludium rewolucji, czy wręcz swego rodzaju „rewolucję pełzającą”, będącą zapowiedzią tej prawdziwej, mamy cały czas rozważania kto, kiedy, gdzie i jak, konkretnie zawinił, jakie błędy popełniono, który minister był kretynem, który był słaby, a który zwyczajnie miał pecha. Co najważniejsze, Gaxotte odpowiada wyraźnie i otwartym tekstem na pytanie, co trzeba było robić inaczej i dlaczego właśnie tego nie zrobiono. Wszystko to ma bardzo ludzki wymiar, autor cały czas stara się mocno stąpać po ziemi i nigdy „nie odlatuje” w żadne mniej czy bardziej mistyczne rozważania historiozoficzne. Nijakiej „pozaludzkiej woli za chaosem” w mojej opinii u niego nie ma.

  2. Niestety, nie czytam po francusku, więc tekstów nietłumaczonych Gaxotte’a nie znam. W tym pewnie cały problem.

    W „Rewolucji…” Gaxotte wprost nie odwołuje się do żadnego fatalizmu, natomiast za niewiarygodną serią zbiegów okoliczności, zaniedbań i przypadków (nie ma przypadków, są tylko znaki – mawiał x. Bozowski) zdaję się stać jakaś Siła; zgadzam się jednak niniejszym, że bardzo prawdopodobnym jest, iż wniosek ten był wyciągnięty przedwcześnie, biorąc pod uwagę moją wyrywkową jedynie znajomością Gaxotte’a.

    Dziękuję więc za sprostowanie braków w lekturze, ciekawy komentarz i pozdrawiam serdecznie.

  3. Pan Jęczmyk zwolennikiem tak prostej teorii spiskowej? Aż zdębiałem. Od znawcy (wyznawcy?) Toynbee’ego oczekiwałbym jakiegoś szerszego spojrzenia. Proste uznanie, że rewolucja była wynikiem spisku masonów nie zwalnia nas od dalszych pytań. Skąd oni się wzięli? Na jakiej glebie wyrośli? Myślę, że pan Lech mógłby o tym sporo powiedzeć.

    Ciekawie byłoby też skonfrontować determinizmy de Maistre’a i Marksa z poglądami Molnara, który źródeł kryzysu dopatruje się w średniowiecznym rozkwicie racjonalizmu.

    I jeszcze jedna uwaga, dotycząca komentarza p. Fauconniera: w bardzo podobnym stylu co Gaxotte, pisali o Rosji przedrewolucyjnej i rosyjskiej rewolucji prawicowi historycy rosyjscy (Tichomirow, Sołoniewicz). To, co wydawało sie oczywiste np. Kucharzewskiemu, dla nich wcale nie było oczywiste. No i jak tu dociekać „prawdy historycznej” skoro ona nie istnieje?

  4. Kurczę, jaki świetny blog. Trafiłem tu trochę przez przypadek (z linki na jakimś innym blogu). Aż żal d*pę ściska, że tak mało interakcji, komentarzy.

    Panie Szczepanie, nie sądziłem że ma Pan tak dobre pióro. Nie znam Pana twórczości – czytałem tylko Stille Nacht z antologii Deszcze niespokojne (pamiętam, że było całkiem dobre ale kudy mu do Wilczej zamieci Grzędowicza). Koniecznie nadrobię te braki i łyknę jakąś Pana książeczkę.

    PS. Nie myślał Pan, żeby jakoś rozreklamować blogaska? Naprawdę szkoda, że tak trudno do Pana trafić. Może spróbowałby Pan otworzyć bloga równoległego np. na salonie24?