Zupełnie bez zdziwienia przyjąłem wiadomość, że Henrykowi Stokłosie policja nie cofnęła posiadanego przezeń pozwolenia na broń, mimo, że wiadomo było policji, iż rzeczony Stokłosa jest chory psychicznie.
Zupełnie bez zdziwienia, gdyż zgadza się to z przyjętą w Polsce praktyką reglamentowania dostępu do broni palnej, opierającą się na jednej zasadzie: „broń mogą mieć Nasi”.
Żródła tej praktyki widzę w głębokich latach pięćdziesiątych, w których zrodziła się niepodzielnie panująca w PRL zasada, iż otrzymanie pozwolenia na broń było symbolem zaufania, jakie UB, MBP, milicja, partia, czy kto tam jeszcze, mógł okazać Swoim. Każdy inny uzbrojony człowiek kojarzył się milicjantom i ubekom jednoznacznie z „bandami zbrojnego podziemia” – milicjanci zakładali, że broń wyłączona z pod ich kontroli, skieruje się przeciwko nim.
Policja, przejmując z milicji kadry, strukturę i wszystko inne, przejęła też określone wzorce myślenia, które znakomicie przenoszą się na kolejne pokolenia policjantów – nawet tych, którzy PRL już nie pamiętają – dzisiaj, reglamentacja broni do ochrony osobistej opiera się na tej samej zasadzie, przystosowanej jedynie do nowej rzeczywistości. Prawo do noszenia broni zarezerwowane jest dla policjantów, prokuratorów, polityków, zaprzyjaźnionych z policją bandytów i biznesmenów. W tych przypadkach – kiedy chodzi o Swoich – litera prawa jest ignorowana, pozwolenie na broń mają przestępcy w wyrokami na karku (znana sprawa faceta, który jakiś czas temu zabił swoją żonę, czy kochankę, po czym sam się zastrzelił i kilka podobnych, jak chociażby sprawa klubu strzeleckiego przy Legii), wariaci – jak Stokłosa – i każdy inny, byle byłby Swój.
Nie jest to wcale, jak ktoś mógłby powiedzieć, zasada feudalna – jest to zasada mafijna.
Jedynym lekarstwem na bandytów i wariatów, posiadających broń legalnie (bo takie są skutki obowiązującej w Polsce praktyki reglamentacyjnej), jest wyłączenie kontroli dostępu do broni spod władzy policji – która kieruje się w tym względzie wyłącznie własnym „widzimisię” – i przekazanie tej kontroli, jak w znakomitej większości cywilizowanych krajów, urzędom cywilnym, dla których sprawa kontroli broni nie będzie narzędziem do realizowania własnych żywotnych interesów, jak dzieje się to w przypadku policji, lecz będzie po prostu zadaniem, realizowanym – gorzej, lub lepiej – jak każde inne.
Rozwiązania szczegółowe – czy pozwolenie na broń będzie uzyskać łatwo, jak w Czechach, czy miałoby to wymagać to większej cierpliwości i nieco zachodu, jak w Niemczech, są już drugorzędne. Najistotniejsze jest uzyskanie przejrzystości: broń powinna być reglamentowana zgodnie z jasnymi kryteriami, po spełnieniu których uzyskanie dostępu do niej będzie obligatoryjne, tak, jak dzieje się to np. z uzyskaniem prawa do prowadzenia pojazdów mechanicznych, pozwolenia na budowę domu, czy koncesji na sprzedaż alkoholu.
Usunięty musi zostać czynnik uznaniowości – dziś funkcjonariusz albo, częściej, funkcjonariuszka Wydziału Postępowań Administracyjnych KWP działa na zasadzie suwerena, może dać, albo nie dać, zależnie od pogody, samopoczucia, czy zespołu napięcia przedmiesiączkowego.
W klubie strzeleckim, do którego należałem kilka lat temu (teraz należę do innego), regularnie krążyły wiadomości: w tym miesiącu nie składajcie, Pani Naczelnik ma zły humor i odrzuca podania, lub – słuchajcie, słuchajcie, trzeba pędzić na komendę z podaniami, coś się pani X. odmieniło i – dają, dają!
Oczywiście, nie miałbym nic przeciwko rozwiązaniu liberalnemu, czyli zwykłemu usunięciu reglamentacji, jak w Szwajcarii, czy niektórych stanach USA, wydaje mi się również, że przyniosłoby takie rozwiązanie dobre efekty – ale nie sądzę, aby należało na ołtarzu ideologicznej czystości poświęcić realne szanse na uzyskanie praktycznych rezultatów – a na przeniesienie na grunt polski rozwiązań czeskich szanse są, ku czemu przyczyniają się ostatnio takie właśnie sytuacje – każdy kolejny wariat, lub bandyta, posiadający legalną broń z pozwolenia policji, powoli przybliża sprawę wyłączenia reglamentacji dostępu do broni spod policyjnej kompetencji.