Szczególnie dzisiaj, w Wielką Sobotę, w dniu, który jest figurą świata opuszczonego przez swojego Zbawcę, myślę z pewną tkliwością o szlachetnym w swym diabolizmie i martwym z powodu swojego radykalizmu prądzie myśli Zachodu, o tradycjonalizmie integralnym.
Katolicki pogrzeb Jüngera jest symbolicznie lepszym epitafium dla tych udręczonych życiem w Kali Yuga myślicieli, niż prochy Evoli, złożone w alpejskim lodowcu – w tym cmentarzysku Indoeuropejczyków, w którym baron Juliusz leży obok włoskich i austriackich strzelców alpejskich, zastygłych jak lodowe figury z dłońmi ciągle zaciśniętymi na mannlicherach i carcano i obok Ötzi’ego, póki tego ostatniego nie wykopały hieny w białych kitlach.
Julius Evola (na zdjęciu obok), szukając prawdziwej tradycji Indoeuropejczyków, szukał jej w jodze, w tradycji gnostyckiej, w buddyzmie (w istocie – buddyzm, hinduizm i zoroastryzm to jedyne religie prawdziwie indoeuropejskie), zdrapując chrześcijaństwo razem z obrzydliwościami nowoczesności, usiłował odkryć to, co pod nim. Można oczywiście szukać tego w „Złotej gałęzi”, można u Eliadego – niestety, najczęściej kończy się na invented tradition Hobsbawma.
Może więc Jüngera kapitulacja przed Bogiem, jest o tyle znacząca, że okruchy Tradycji, jeżeli przetrwać mogły, przetrwały tylko wewnątrz i dzięki Kościołowi?
Tradycjonalizm integralny czeka jeszcze na swój chrzest – tylko sojusz chrześcijaństwa i pogańskiej, wojowniczej tradycji mógłby ocalić Europę. Ochrzczeni barbarzyńcy dokonali tego raz, pod Poitiers, gdzie frankijska kawaleria Karola Młota wdeptała w ziemię Arabów; dziś nie ma już barbarzyńców, których możnaby ochrzcić, są tylko rzesze odurzonych dostatkiem proli, którzy, ochrzczeni czy nie, nie dokonają niczego. Mógłby się ten więc ten chrzest tradycjonalizmu integralnego ziścić w odnalezieniu w Kościele tego, co indoeuropejskie, przedchrześcijańskie, plemienne – zakonserwowanego nawet przez zaprzeczenie. Czy się to spadkobiercom Evoli podoba, czy nie – innego przetrwalnika Tradycji nie ma.
Co piszę, słuchając muzyki nalepszej na Wielką Sobotę – fałszywej tradycji zapętlonego „Rakim” Dead Can Dance. Muzyki ze świata Boga pogrzebanego.
Ciekawie interpretujesz Wielką Sobotę. Tak właśnie, jako dzień porzucenia świata przez Boga, mogli go postrzegać apostołowie. Ale czy z naszej dzisiejszej perspektywy możemy tak mówić o dniu, w którym Chrystus w Otchłani pokonał śmierć?
Evola. Mam wrażenie, że on nie przyjmował do wiadomości, że wszystko, co było mu drogie zostało już ochrzczone i przez to uległo nieodwracalnej przemianie. W czasach, kiedy conte żył, także Kościół nie pamiętał o tym fakcie, to był czas martwej post-scholastyki i równie martwej moralistyki, w którym ne było wiele miejsca na mistyczną stronę chrzescijaństwa.
nie ma żadnych przemian poza jednym ogólnym ruchem, który zaczął się wraz z aktem stworzenia, a któremu na imię degeneracja
o czym jak o czym, ale gdy kobieta pisze o Evoli, czuję się jakbym ujrzał zabieganego żółwia
„(w istocie – buddyzm, hinduizm i zoroastryzm to jedyne religie prawdziwie indoeuropejskie)” – trudno nie wyczyć tu ironii, ale zapomniał Pan o gnostycyzmie, a w nim to właśnie nie bezpodstawnie Alexander Dugin upatruje najczystszego znanego nam wyrazu praindoeuropejskiej mądrości
„Może więc Jüngera kapitulacja przed Bogiem, jest o tyle znacząca, że okruchy Tradycji, jeżeli przetrwać mogły, przetrwały tylko wewnątrz i dzięki Kościołowi?” – tutaj poczułem pewien niesmak, rozumiem o co Panu chodzi, ale takie wyrokowanie o przetrwaniu Tradycji dzięki czemuś jest nieadekwatne do boskiego przecież statusu tego, co oznacza to pojęcie w tradycjonalizmie integralnym.
Losy Światła w tym świecie tylko dowodzą tego, jak jest ono temu świat obce.
Na szerszą metę nie ma żadnego przetrwalnika.
Co do muzyki ze świata Boga „pogrzebanego” w czasach tej posuchy zakwita ona w ukrytych miejscach, polecam zainteresować się takimi zespołami/projektami jak Darkwood (www.darkwood.de), Foresti, http://www.triarii.de, http://www.kalkisarmy.com , tudzież katolickie Von Thronstahl i HERR
pozdrawiam i czekam na zapowiadane książki
Drogi Panie, Studyta to mężczyzna, to tak tylko tytułem wyjaśnienia. Za oba komentarze dziękuję.
Ironii w kwestii religii indoeuropejskich nie było wcale. Gnostycyzm jednak, moim zdaniem, tak jednoznacznie indoeuropejski nie jest, ale to sprawa na dłuższą dyskusję – zresztą, nie znam się na tym jakoś specjalnie.
Z innymi wnioskami – z punktu widzenia trad-int. – mogę się zgodzić.
Ad. Studyta.
Jest, o ile się nie mylę, taka stara, ludowa tradycja Wielkiej Soboty jako dnia, w którym nie ma Boga – albo przynajmniej Bóg nie widzi, śpi, nie patrzy, a co za tym idzie, przede wszystkim, nie widzi ludzkich grzechów. Staram się sobie przypomnieć, kto mi o tym opowiadał, ale nijak nie umiem.
O to mi z grubsza chodziło, o rozumienie Wielkiej Soboty tak, jak rozumiem czytanie Ciorana – wejrzenie we świat bez Boga.
W takim razie przepraszam Studytę za tą zabawną pomyłkę. Inna moja pomyłka to literówka – nie Foresti lecz *Forseti*.
Polecam darmową kompilację muzyki neofolkowej/neoklasycznej: http://www.neo-form.de/sampler/Neofolk-Sampler/tracks.html (obecne niektóre ze wspomnianych przeze mnie zespołów, a także odnoszący się do twórczości Ernsta Jungera Sagittarius, choć tu akurat wykonuje cover Current 93)
Co do gnostycyzmu, głębiej zainteresowałem się nim właśnie poprzez Ciorana, a konkretnie poprzez książkę pt. „Zły demiurg” oraz fragmenty w „Ćwiartowaniu”. Opuszczenie świata przez zbawcę, świat bez Boga – zgłębianie tych kwestii w świetle wierzeń i przekonań gnostyckich jest wejrzeniem właściwie w tą samą otchłań, po której wędrował Cioran.
pozdrawiam
@ Szczepan
Ciekawa ta ludowa tradycja. Teologia chrześcijańskiego Wschodu i Zachodu mówi o zstąpieniu duszy Jezusa do Otchłani albo, jak to kiedyś mawiano „piekieł”. Wielu Ojców Kościoła porównywało to do pojedynku, jaki Bóg stoczył z Szatanem. To jest właśnie „praca” Boga w Wielką Sobotę. Ale jakoś tak się stało, że w Kościele łacińskim ta prawda ma charakter na pół ezoteryczny, bo nie bardzo odzwierciedla się w liturgii a u nas jest to zasadnicza treść liturgii wielkosobotniej, dlatego chyba przeżywamy ten dzień nieco inaczej, może bardziej radośnie. Stąd wzięło się moje pytanie.
Dla mnie Wielka Sobota to przede wszystkim figura ludzkiego życia. To jest najdłuższy, w sensie dziwnie spowolnionego upływu czasu, dzień w roku, w którym wyczekiwany wieczór a z nim nabożeństwo paschalne nijak nie chcą nadejść. Godziny tej Soboty zawsze ciągną się jak miód na łyżce. Podobnie jest w życiu, nasz ostateczny cel jest zawsze daleko przed nami.
@ Solitar
Odłóżmy na bok kosmogonię i różnych Złych Demiurgów, bo to temat rzeka. Swojego czasu miałem wielką przygodę intelektualną z TI. Napisałem nawet spory tekst o Duginie i w ogóle kręciło mnie to. Z dzisiejszej perspektywy widzę, że jedyne pożytki, jakie wyniosłem z TI to niezła znajomość wątków alchemicznych w literaturze Starych Dobrych Wieków i pewne usystematyzowanie wiedzy o symbolice. Bardzo cenię Guenona, nieco mniej Evolę, a prawdę mówiąc najciekawsze rzeczy zdarzyło mi się czytać u mniej znanych „integrałów” takich jak Sherrard czy Lings. Mam jednak podobne wrażenia, co gospodarz tego bloga. TI wydaje mi się intelektualną odmianą czegoś, co Anglosasi fajnie nazywają „cherry picking” a tradycjonalizmów integralnych jest w istocie tyle, co tradycjonalistów integralnych. Dlatego pozwolę sobie na jeszcze jeden anglicyzm i powiem, że wolę być „narrow-minded Christian”. Mam przynajmniej pewność, że mój Skarb nie jest fałszywy, gdyż otrzymałem go od Boga.
Pingback: Dziennik 2006 - 2007 » Fronda - wspominki
„Jest, o ile się nie mylę, taka stara, ludowa tradycja Wielkiej Soboty jako dnia, w którym nie ma Boga – albo przynajmniej Bóg nie widzi, śpi, nie patrzy, a co za tym idzie, przede wszystkim, nie widzi ludzkich grzechów. Staram się sobie przypomnieć, kto mi o tym opowiadał, ale nijak nie umiem.”
5 stycznia bieżącego roku wszedł na nasze ekrany peruwiański film „Madeinusa”, właśnie na ten temat. Wielkomiastowy inteligent z Limy przyjeżdża w okresie Świąt Wielkanocnych do zagubionej gdzieś w Andach wioski, gdzie, jak się okazuje, mieszkańcy wciąż z głębokim przekonaniem wierzą, że Wielka Sobota to czas kiedy Bóg jest, dosłownie, martwy, a więc nie widzi ludzkich grzechów. No a jeśli Boga nie ma, to wiadomo, wszystko wolno. Z ludzi wychodzą najdziksze instynkty, a ich ofiarą pada w końcu miastowy.
Ciekawostką może być fakt, że reżyserem jest bratanica Maria Vargasa Llosy, Claudia Llosa. Jej film wpisuje się zresztą w polemikę, jaką jej stryj prowadzi od lat z nieżyjącym już pisarzem Jose Marią Arguedasem. Arguedas był piewcą mitu założycielskiego Peru, jako państwa kontynuującego tradycje historycznego imperium Inków. Gloryfikował też styl życia dzisiejszych indian andyjskich. Mario Vargas Llosa uważa państwo Inków za totalitarne, a całą gadaninę o sielankowym życiu indian w harmonii z naturą, za stek niebezpiecznych bzdur. Napisał na ten temat nietłumaczoną na polski książkę „Jose Maria Arguedas y las ficciones del indigenismo”. Elementy polemiki z arguedasowską wizją świata zawarł też w niektórych ze swych powieści, jak choćby w „Litumie w Andach”. Obejrzawszy „Madeinusę”, stwierdziłem, że bratanica wyraźnie stara się tu przyjść w sukurs sławnemu stryjowi. Powiedzieć, że przedstawia życie peruwiańskich indian jako pełne patologii, byłoby niedopowiedzeniem. Film, który, jak się zdaje, jest reżyserskim debiutem Llosy, został bardzo ciepło przyjęty na całym świecie, nie wiem jak w jej ojczystym Peru. Warto obejrzeć, choćby jako takie swoiste pendant do „Apocalypto” Gibsona. Podobny temat, tyle że zupełnie inaczej opracowany.
Swoją drogą, jaki był przez całe życie stosunek Jungera do wiary?
*^_^*
(O,o)
*^_^*
Thank you very much.
(-_-+)
(@_@)
*^_^*
(+_+)
(;_;)
(;_;)
(-_-”)
Sorry…
Hi… Very interesting site.
Hi… Very interesting site.
(-_-#)
Thank you.
(O,o)
(-_-#)
(-_-+)
///_
(+_+)
(-_-”)
(>_
very interesting and informative
Thank you very much.
Thank you.
=__=
=__=
(-_-#)
(-_-#)
(-_-”)
(^_^)
Thank you.
This is a very informative site.
(-_-”)
(-_-#)
(-_-#)
(^_^)
Thank you very much.
^.|.^
(-_-+)
(+_+)