W długi weekend na Mazurach pod żaglami odpocząłem od wydanych w opasłych tomach przez IPN suchych, historycznych dokumentów o UB, SB i innych milusich obrońcach demokracji, przez które przegryzam się, robiąc research do powieści.
Przeczytałem sobie, zamiast tego, trzy (a w zasadzie dwie i pół) książki kobiece, z zupełnie innego świata. Jedną z nich, „Kulturę kłamstwa” Dubravki Ugresic zabrałem ze sobą celowo, dwie pozostałe, o których zaraz, trafiły mi się przez przypadek – ale wszystkie mocno łączyła właśnie rzeczona kobiecość.
Z lektury „Kultury kłamstwa” jestem bardzo zadowolony. Oczywiście, Ugresic pisze ciągle o tym samym. W świecie nieustannego zalewu odezwami do obrony demokracji, w świeci pełnym zatroskanych inteligentów, przestraszonych, że lada dzień faszystowscy siepacze zapukają do ich drzwi o piątej nad ranem, niepokoje i przerażenia Ugresic brzmią nutą cokolwiek zużytą.
A jednak, jugonostalgiczne eseje Ugresic mają jednak sporą wartość – literacką i poznawczą. Literacko Ugresic wydaje mi się bardzo blisko prozy rosyjskiej (którą znam tylko z przekładów) – w dobrych przekładach z rosyjskiego na polski zachowuje się jakoś melodia języka rosyjskiego, jego lingwistyczne mięso, podobnie jest zresztą z niektórymi przekładami z czeskiego – i u piszącej po serbsko-chorwacku Ugresic polski przekład, mam wrażenie (tylko wrażenie – bo moje osłuchanie z serbsko-chorwackim w zasadzie ogranicza się do paru filmów, z „Undergroundem” i „Jagodą u supermarketu” na czele) również zachował tę cechę, konserwując jakoś w przekładzie stylistyczne cechy wspaniałego, czułego języka autorki.
Poznawczo, Ugresic precyzyjnie opisuje proces Wielkiego Kłamstwa, jakie dostrzega w fundujących sobie tożsamość młodych narodach chorwackim i serbskim. Ugresic jest, na swój osobliwy, demo-liberalno-lewicowy sposób, uczciwa, bo dostrzega również wielkie kłamstwo Jugosławii – a że zajmuje ją bardziej kłamstwo chorwackie, to trudno jej się dziwić, to jest jej bliższe. Fałszywie brzmią już nuty odwołania się do tzw. „europejskich wartości”, „tolerancji” i „normalnych krajów”, bo chociaż Ugresic krytykuje czasem ludzi Zachodu za bierność, etc., to jednak stawia tezę, uwłaczającą mocno jej niewątpliwej, literackiej inteligencji – tezę, jakoby te różne tolerancjonistyczne dyrdymałki miały – nie wiadomo skąd – przyrodzoną wartość, nieporównywalnie większą niż chorwackie dyrdymałki nacjonalistyczno-patriotyczne.
Brakuje mi u Ugresic dystansu – kłamstwa lepiej się demaskuje na zimno, bez emocji, brakuje mi również nasuwającej się od razu konstatacji, że narodowotwórczy proces Wielkiego Kłamania dotyczy w zasadzie każdego narodu, budującego swoją tożsamość.
Prawda o ludach jest równie smutna, jak prawda o ludziach; nie da się na niej zbudować wspólnej tożsamości, bo wszystkie ludy podobne są do siebie w tym, co skutkiem grzechu pierworodnego przyrodzone jest ludzkiej naturze – i na takiej prawdy tożsamości zbudować się nie da, Naród potrzebuje więc mitu, a mit jest – po prostu – kłamstwem.
Jestem skłonny uznać, że jest to kłamstwo potrzebne, kłamstwo, którego nie powinno się i nie należy obalać, być może jest to nawet kłamstwo, które – projektując jakoś narodową tożsamość – może owocować prawdą, to jest na przykład mity o bohaterskiej przeszłości mogą owocować prawdziwie bohaterską teraźniejszością. Wraz ze śmiercią naturalnych tożsamości i samoidentyfikacji, coś musiało wypełnić po nich pustkę, wybrano więc jeden z elementów tożsamości naturalnej – tożsamość etniczną – i nadmuchano go tak, że wypełnił całą dziurę, być może było to konieczne, bez tego anomia stałaby się przypadłością jeszcze powszechniejszą, niż jest dzisiaj. Tym niemniej, powołaniem klerków jest nazywanie rzeczy po imieniu, więc kłamstwo należy nazywać kłamstwem, i tyle.
Bez względu jednak na tolerancjonistyczne słabostki, warto Ugresic czytać. Gdyby miała dystans, o którym piszę powyżej, być może nie byłaby to już proza kobieca, być może nawet straciłaby coś ze swej literackiej wielkości – która już jest wystarczającym powodem, żeby „Kulturę kłamstwa” przeczytać. Do tego, oprocz analizy Wielkiego Kłamstwa, mamy jeszcze przejmujące, literackie świadectwa i rozprawy z tematami, o których mężczyzna prawdopodobnie nie napisałby dobrze.
O systematycznych, planowych, programowych gwałtach jako metodzie wojownia, na przykład. Ugresic, pisząc o tej ogromnej zbrodni, przyjmuje perspektywę feministyczną, czyli perspektywę intelektualnej bezradności wobec złożoności świata – ale w tym szczególnym przypadku, jest to przynajmniej po części perspektywa uzasadniona.
Kolejną książką kobiecą, był przywieziony na Mazury przez B. „Czas czerwonych gór” Petry Hůlovej. Tytuł jest okropnie zły; nie mam pojęcia, dlaczego w tłumaczeniu zrezygnowano z bezpośredniego przełożenia czeskiego „Paměť mojí babičce”. Książka jest jednak literacko przyzwoita, poznawczo bardzo interesująca – a przede wszystkim, jest o Mongolii i Mongołach (a raczej – Mongołkach). Do Mongolii mam ogromny sentyment, a europejska perspektywa, jakiej Hůlová stara się unikać tak mocno, ża aż widać ją w co drugim zdaniu, sprawia, że czytając książkę, czuję się, jakbym czytał własne wspomnienia z naszej półtoramiesięcznej podróży do Mongolii w 2002 roku, mojej pierwszej – i jakże brzemiennej w skutkach! – dalekiej, „backpackerskiej” wyprawie. Hůlová jest mongolistką i szereg zjawisk, które obserwowałem tylko w ich zewnętrznych przejawach, tłumaczy niejako od wewnątrz.
Kobiecość książki Hůlovej nie opierała się jedynie na kobiecości bohaterek książki; kobieca (chociaż może po mongolsku kobieca) była również perspektywa opowiedzianej historii, obejmującej akcją conajmniej pięćdziesiąt lat, a w retrospekcjach blisko wiek – jest to wyłącznie historia osobista, życiowych niepowdzeń i szczęść, o kobietach które stoczyły się w prostytucję w Ułan Bataar i o tych, którym udało się odnaleźć szczęście rodzinnego życia w prowincjonalnym gerze – nie pojawia się tam jednak wcale tematyka polityczna i historyczna. Że nie pojawiają się tam Suche Bator, Krwawy Baron, bolszewicy, białogwardziści, Chińczycy i mongolscy bandyci malowniczo ganiający się od Irkucka po Sajany i Urgę, to można jeszcze zrozumieć – ale nie ma nawet wspomnienia po wielkim wyrzynaniu mnichów z końca lat trzydziestych, które przedsięwziął zapatrzony w wujka Soso Choibalsan, chociaż buddyzm pojawia się powieści często i pełni ważną rolę w życiu bohaterek. Nie ma również słowa o tzw. „przemianach demokratycznych” roku 1990 – ich pozorny charakter pod względem politycznym to jedna sprawa, ale pewne zmiany w życiu codziennym, przynajmniej Mongołów mieszkających w Mieście – zaszły wtedy na pewno.
Po zastanowieniu stwierdzam jednak, że nie jest to wada – to po prostu kobieca, nie-publiczna perspektywa, całkowicie uzasadniona w książce, przedstawiającej wewnętrzny świat trzech pokoleń bohaterek.
Trzecią ksiązką – i jedyną, jaką w połowie musiałem przerwać ze zmęczenia i obrzydzenia, był „Szklany klosz” Sylvii Plath. Bardzo lubię poezję Plath, podoba mi się jasna angielszczyzna jej wierszy, podoba mi się również ich namiętna egzaltacja śmiercią, którą postrzegam jako swojego rodzaju poetycki sztych, przebijający rzewistość, będącą cioranowskim cierpieniem.
Ta sama egzaltacja jednak, która czyni wiersz Lady Lazarus wielkim, w „Szklanym kloszu” podana jest w dawce nieznośnej. To, co w poezji wydawało się wzniosłe, w powieści jest pensjonarsko naiwne i niesie w sobie groteskę, zamiast wzniosłości – niczym samobójcze poezje licealistek publikowane kiedyś w dawnych czasach w „Filipince” (zanim sformatowano rzeczone pisemko dla podlotków w kolejny klon Bravo, z poradami jak osiągnąć orgazm na lekcji matematyki w gimnazjum). Obrzydzenie wzbudza psychiatryczna egzaltacja głównej bohaterki, alter-ego Plath, sceny, w zamyśle – sublime, jak wyrzucanie ubrań z któregoś tam piętra hotelu, w nowojorską otchłań między drapaczami chmur, niosą ze sobą ładunek emocji rodem z Katarzyny Grocholi.
Mimo to, zamierzałem książkę przeczytać do końca i zrobiłbym to, gdyby nie fatalny przekład Miry Michałowskiej, która prawdopodobnie starała się nadać swojej polszczyźnie wymiar slangowo-młodzieżowy, być może powtarzając nawet manierę Plath (nie znam oryginału i nie jestem na tyle ciekaw, aby po niego sięgnąć) – w efekcie, mamy tłumaczenie przerażająco anachroniczne, jakąś okropną ramotę, w której co trzecie zdanie powtarza się okropne – zapewne w zamyśle tłumaczki kolokwialne – słowo „mózgownica”, nie mówiąc już o porównaniach w stylu „słowa pacnęły o biurko jak krowie placki”.
Sióstr Brontë i ich powieści, stanowiących bez wątpienia jedne z największych osiągnięć europejskiego powieściopisarstwa, Hůlová i Ugresic nie dogoniły; tak czy inaczej – tylko jedno rozczarowanie na trzy książki, reklamowane szeroko jako „proza kobieca”, to bardzo dobry wynik.
Jak ja kiedyś użyłem na blogu określenie proza kobieca to spotkałem się z oskarżeniem o dyskryminacje. Ciekawe czy Tobie się upiecze. :>
A co Gospodarz sądzi o Jane Austen?
Jane Austen – bardzo cenię. Równie bardzo, jak Siostry, to zresztą podobna – i równie dobra – proza.
A co Gospodarz sądzi o Polkach piszących fantastykę? Zwłaszcza interesuje mnie Twoja opinia o Magdalenie Kozak.
Fantastyki czytuję bardzo mało, a pisanej przez kobiety to wcale. „Nocarza” pzeglądnąłem sobie u Kolegi i nie zachęcił mnie do dalszej lektury. Militarne pasje Kozak są dość autentyczne, kompetencje chyba również, ale to literatura zupełnie nie w moim guście.
Na temat innych polskich autorek fantastyki nie mam nawet tyle do powiedzenia, bo nigdy nawet nie miałem w rękach.
Forsowanie powiesci-rzeki Ugresić bardzo dobrze mi się czytało (strasznie zabawna książka), inne rzeczy – troche mniej dobrze. Ja mysle, że ona nie jest z ideologii (z mózgu) „demoliberalna” i „tolerancjonistyczna” tylko z instynktu czy ciala – taki typ czlowieka potrzebuje wokol siebie pewnej pustej przestrzeni, strefy wolnej od jakichkolwiek zbiorowych wartości – zeby mu się nikt do niczego nie wtrącal i do żadnych dziarskich pieśni, pokoleniowych sztafet ani wzniosłych gestow nie zmuszał. Więc instynktownie zyczy tego innym (choć może oni by nie chcieli). Zresztą ja też tak mam.