Tytułowe pytanie zadaję sobie nieustannie. Nie zadawałbym go sobie wcale, gdyby nie pytała mnie o to Rzeczpospolita Polska, ustami swego zbrojnego ramienia, to jest Komendy Wojewódzkiej Policji. Szukam więc różnych odpowiedzi.
Odpowiedzi dzielą się na dwie grupy – odpowiedzi dla siebie samego i odpowiedzi dla policji. Najpierw opowiem więc P.T. Czytelnikom o odpowiedziach z grupy pierwszej, to jest o tych, których udzielam sam sobie.
Pistolet to męska biżuteria – rzecze klasyk. To odpowiedź o tyle wyczerpująca, co nie do obalenia. Po co kobietom perły, po co pierścionki z brylantem, po co kolczyki? Przecież nie po to, aby pięknie wyglądać, skoro najlepszą biżuterię wkładają raz, czy dwa razy do roku, przy wielkiej okazji. Z tego samego powodu, nie chodzi im przecież tylko o to, aby koleżanki zzieleniały z zazdrości o stan posiadania. Znam panie, które posiadają dziesiątki bransoletek, pierścionków i koralików, których nigdy nie założyły. Czy więc nazwiemy to radością z posiadania pięknego przedmiotu, czy jakąś pierwotną potrzebą fetysza, rzecz jest jasna: mężczyźnie przynależy broń, tak jak kobiecie zausznice.
Chodzi więc o kolekcjonerska przyjemność, która rozwija tytułowe pytanie w liczbę mnogą – „po co mi te pistolety”?
W tym samym celu, w którym na ścianie wieszam obok siebie francuski pałasz kirasjerski i pruską szablę, „blüchera”, rozważając, czy skrzyżowały się może pod Lipskiem albo Waterloo. To jedna z tych odpowiedzi, którą zrozumieją jedynie ci, którzy już ją znają. Spróbujmy więc:
W sklepie z antykami, pomiędzy zebranymi bez ładu i składu bibelotami – łyżki, zegarki, brzytwy, ordery, monety, rzeczy inne o pochodzeniu i przeznaczeniu niewiadomym – znalazłem dwa pistolety. W epoce ubitej kopytami koni napoleońskiej kawalerii, rusznikarz w średniowiecznym mieście północnych Niemiec wykonał je ze szlachetnej stali, orzechowego drewna, mosiądzu i odrobiny złota, ktoś inny dorobił piękną kasetę z mahoniu, kilka przyrządów – prochownicę, szczypce do kul, klucze.
Kupił je arystokrata ze starożytnego rodu, a może napoleoński hrabia, syn bednarza. Pistolety miały jeszcze zamki skałkowe, ale ktoś – właściciel, a może sprzedawca, nakazał przerobić je na ten nowy system, na kapiszony. W każdym razie, właściciel nie nosił ich zatkniętych za pasek, czy też pod pachą – spokojnie leżały spowite w aksamit, aż któregoś ranka zawieziono je powozem do podmiejskiego lasku, wyjęto z aksamitu, zgodnie z ustalonym rytuałem przeglądnięto, nabito, po czym z jednej z luf wyleciała kula i pozbawiła życia przerażonego młodzieńca, czy też spokojnego mężczyznę, może z powodu kobiety, nienawiści, lub głupiego zbiegu okoliczności.
Dziś leżą zakurzone.
Odsunąłem zegarek z dewizką, łyżki, tabakierki, niemiecki Eiserne Kreuz, i wyciągnąłem jeden pistolet z kasety. Na przyczepionej do pudła kartce sprawdziłem cenę.
Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę – te kilka tysięcy złotych to nie cena za dobry pojedynkowy pistolet, lecz za antyk, w którym największe znaczenie ma mahoniowe, intarsjowane pudło, grawer na lufie, srebrne zdobienie rękojeści. Nie ma znaczenia, że kurek zaskoczył z tym samym złowrogim szczęknięciem, jak przed dwoma wiekami, nie ma znaczenia, że wystarczyłoby wsypać proch, wrzucić kulę i założyć kapiszon, aby lufa znów plunęła ogniem w kierunku białego gorsu czyjejś koszuli, gdzieś za miastem i nad ranem.
Odwróciłem się, przymykając lewe oko wymierzyłem w szeroki rząd orderów na piersi wąsatego pułkownika ułanów, sportretowanego w roku 1927, i nacisnąłem spust. Zamiast wystrzału, kurek głucho stuknął o złożony wielokrotnie papierek, który podłożyłem, aby nie naruszyć kominka. O to właśnie chodzi. Zostawmy jednak głęboką i intymną tajemnicę kolekcjonerstwa, bo przecież miewam też odpowiedzi mniej emocjonalne.
Na przykład, pistolet jest gwarantem wolności. W czasach spokojnych, w jakich przyszło nam żyć, kwestia ta nie jest wyraźnie widoczna – ale czasy spokojne zawsze kiedyś się kończą i wtedy, zupełnie nagle, pistolet w ręku stanowi o różnicy między wolnością a niewolą, życiem a śmiercią, cielesną integralnością a gwałtem. Dobrze rozumiał to mój pradziadek, Josef, który wbrew historii ubzdurał sobie, że zachowa neutralność podczas polsko-niemieckiej wojny o Górny Śląsk, toczącej się z przerwami w latach 1919 – 1921. Jedyną drogą do zachowania tejże neutralności była jej zbrojna obrona – i pradziadek, zbrojny rewolwerem (czy był to rzeczywiście rewolwer, czy może mauzer albo parabelka – rodzinny przekaz milczy) nie wpuszczał na swój plac ani Polaków z POWu, ani Niemców z Selbschutzu. Bez broni były – po prostu – bezbronny, a razem z nim ci, którzy polegali na jego opiece.
Zresztą, czy koniecznie muszę szukać odpowiedzi w odległej o prawie wiek historii? Głośno ostatnio o zbrojnych bandytach. W okolicach Szczecina grasował przestępca, ochrzczony przez dziennikarzy „Snajperem”. Ktoś przezeń postrzelony opowiedział zapewne policji o tym, jak wyglądała broń rzeczonego snajpera i policja – powołując się na wybitnych ekspertów z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego – ogłosiła, iż „Snajper” posługuje się czarnoprochowym rewolwerem z doczepionym celownikiem laserowym. Pewien nadkomisarz, nazwiskiem Karczyński dostarczył zgromadzonej na konferencji prasowej publiczności wizualizację owego narzędzia mordu – i wszyscy byli przekonani, że nasz bandyta jest bandytą praworządnym i nie chce łamać przepisów Ustawy o Broni i Amunicji, dlatego sprawił sobie broń, na którą nie jest wymagane pozwolenie.
Co, oczywiście, miało stać się przyczynkiem do tego, aby te straszne, siejące śmierć i zniszczenie, czarnoprochowe rewolwery wyjąć spod prawa. Niestety, „Snajper” nie dorósł do doniosłej roli, w jakiej chciała go obsadzić policja i okazał się mieć ustawę w głębokim poważaniu: posiadał zupełnie nowoczesny rewolwer S&W, na zwykłą amunicję centralnego zapłonu. Inni inspektor, Pawlaczyk Tadeusz, prezentując bez wstydu (a co, niech się wstydzą wybitni eksperci z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego) tekturowe pudełko z faktycznym rewolwerem bandyty, raczył zauważyć, że były to naboje „ponawiercane”. Zważywszy na przykłady niewątpliwej kompetencji wybitnych ekspertów, nadkomisarzy i inspektorów, włóżmy te „ponawiercane” naboje w nawias.
Inni bandyci również – no coś takiego! – nie zważają na przepisy ustawy. Nie tylko nie proszą policji o zezwolenie na broń, potrzebną przecież do prowadzenia ich specyficznej działalności gospodarczej, ale nie zważają nawet na zapis w ustawie, zakazujący absolutnie posiadania broni maszynowej – i po prostu, kupują sobie pistolety maszynowe Skorpion. Skorpiony zdają się być wyjątkowo modne w polskim półświatku, ostatnio z tego czeskiego peemu zastrzelił się wołomiński gangster na stacji benzynowej, używali ich również schwytani przez policję zwyrodnialcy, mordujący właścicieli kantorów.
Skoro więc bandyci po prostu – w sobie znane sposoby – sprawiają sobie broń taką, na jaką mają ochotę, nie zważając na ustawę, to ja, stanowiąc tych bandytów potencjalną ofiarę, wolałbym jednak się w roli ofiary nie odnaleźć i posiadać ku temu środki – w postaci pistoletu.
Jednak ani irracjonalna i nieuzasadnialna chęć posiadania męskiej biżuterii z oksydowanej stali, ani kolekcjonerska pasja, ani chęć zabezpieczenia wolności na wypadek ciężkich czasów, ani nawet chęć obrony przed bandytami, dla Wydziału Postępowań Administracyjnych w moim przypadku nie są odpowiedziami satysfakcjonującymi.
Dlatego – volens nolens – zostałem sportowcem i potrzebuję pistoletu celem doskonalenia swoich umiejętności sportowych, czego dokonuję, będąc zrzeszonym w klubie strzeleckim członkiem PZSS.
I to jest właśnie odpowiedź z grupy drugiej.
Szczepan Twardoch
Broń i Amunicja nr 02/2007
Jeden z najlepszych tekstów o konserwatyzmie jaki czytałem.
No cóż, w tym tekście pan Szczepan zarzucił nieco chlubną tradycję Jungerowskiej zwięzłości, wszakże tekst był pisany dla wysokonakładowego pisma – a one rządzą się własnymi prawami.
Doskonale czując większość emocji stojących za tekstem, pozwolę sobie jednak zauważyć, iż brak mi ufności (naiwności?) autora w jednej kwestii – „pistolet jest gwarantem wolności”… I bynajmniej nie dlatego, że jestem wojującym pacyfistą (uznaję bowiem w tej materii ważność rozstrzygnięć choćby przywoływanego już Jungera), lecz dlatego, iż myśl to tak najzwyczajniej naiwna, że aż dziw bierze…
Przed kim bowiem przyszłoby nam dziś bronić zakresu naszej prywatności (bo nie o wolność wszak chodzi w podanym z dziadkiem przykładzie) za pomocą pistoletu? Przed wychowanymi w świecie belle epoque żołnierzami z Selbstschutzu? Czy przed orkopodobnymi gangsterami ze Skorpionami w dłoni? I co by z tego wyniknęło?
Pytania – naturalnie – retoryczne.
Co się zaś tyczy pistoletów z epoki napoleońskiej… Cóż, ich jedyną funkcją może dziś być jedynie – szlachetne, nie przeczę – kurzenie się na ścianie…
Zgadzam sie, że bron jest gwarantem wolnosci. Biorąc to pod uwage, można zaryzykować stwierdzenie, że państwo polskie nie chce, aby jego obywatele byli wolni.
Większość argumentów które miłośnicy broni palnej podają dla uzasadnienia swojej chęci posiadania takiej zabawki jest obłudna. Od spranego i niezbyt mądrego „to nie broń zabija, to człowiek zabija” do tego argumentu z wolnością. Niemal wszyscy Szwajcarzy mają broń i są wolni. Tak? Dokładnie wszyscy Somalijczycy mają broń – pistolety, karabinki szturmowe, karabiny maszynowe, do wyboru do koloru. Są wolni? Tak, od zupełnie wszystkiego, do tego stopnia, że państwo i prawo przestało tam istnieć. Ostatnio w telewizji i prasie można obserwować w jaki sposób broń palna daje wolność mieszkańcom Autonomii Palestyńskiej.
W rzeczywistości (użytkowy, nie kolekcjonerski) cel posiadania broni palnej jest jeden – możliwość łatwego zabicia kogoś, kto zagrozi Tobie i/lub Twojej rodzinie. Nie ma się tu czego wstydzić i naprawdę nie ma po co chować się za wykrętami.
Piotr, ja po prostu lubię broń. Odpowiada mi estetyka tego narzędzia. I bynajmniej nie mam ochoty tym kogoś zabijać.
Tak przy okazji, Somalia w znaczeniu zachodnim jako państwo nie istnieje, natomiast jako zupełnie naturalna wspólnota plemienna na ruinach czegoś, co miało być wtłoczeniem tubylców w pewne ramki – ma się dobrze.
Zdaje się, że Nurglicz posiada dar zaglądania w ludzkie umysły, celem oceny, czy argumenty są obłudne, czy nie.
Natomiast, z nieznajomości samej broni i środowiska strzeleckiego zapewne wypływać musi zupełnie fałszywe przekonanie, że cel posiadania broni palnej jest jeden – zabijanie agresorów. Jest to przekonanie fałszywe, bo broń posiada się również do celów symbolicznych, określających w taki czy inny sposób status posiadacza, do celów myśliwskich, czyli do zabijania zupełnie niewinnych sarenek, które w niczym nam nie zagrażają, do celów sportowych, czyli przewracania niegroźnych poperów, albo dziurawienia tarcz z zamiarem osiągnięcia jakiegoś wyniku. Posiada się broń również czasem dla celów rekreacyjnych, czyli do strzelania dla przyjemności i rozrywki.
Ad Polaris.
Nieporozumienie wynika stąd, że mi chodzi o wymiar symboliczny. W sensie praktycznym i brygada pancerna do dyspozycji może nie wystarczyć, aby wolność zagwarantować, w sensie symbolicznym, w naszej kulturze, człowiek wolny był człowiekiem zbrojnym.
Wymiar praktyczny jednak również ma swoje znaczenie – Kolega zdaje się przeceniać współczesnych bandytów i nie doceniać możliwości zwykłego, cywilnie wytrenowanego strzelca z pistoletem i kilkoma magazynkami.
Szczepan, mówię o argumencie, nie o osobach, które się nim posługują. Jest łatwy, miły, przyjemny, nie trzeba się nad nim wiele zastanawiać. Ale jeśli broń nie służy do zabijania, to do czego niby służy? Do wbijania gwoździ? Do mieszania w garnku? Do niczego? Jeśli nie ma służyć do czegokolwiek, będąc wyłącznie obiektem kolekcjonerskim, to równie dobrze może to być broń zdezaktywowana, z zaspawanym zamkiem czy zablokowaną lufą, broń, z której nikt nigdy nie wystrzeli. No bo nie ma służyć swojemu celowi, czyli zabijaniu, tak?
Argument jest obłudny, bo zabijanie to główny cel istnienia broni palnej. Broń nie zabije za człowieka, ale uczyni zabicie niezwykle łatwym – po to jest przecież skonstruowana. Jeśli celem jej posiadania faktycznie jest dla Ciebie li tylko strzelanie do tarczy, to cały powyższy artykuł możesz spokojnie wycofać. Jeśli tylko kolekcjonerstwo – można spokojnie i bezproblemowo kupić broń nieaktywną. Warto kruszyć z państwem kopie i szermować argumentami o prawie do obrony tylko, jeśli broń chcesz mieć po to (niech będzie – między innymi po to), aby w razie czego użyć jej zgodnie z jej przeznaczeniem.
Nie bardzo wiem, jak sens ma argumentacja, skoro Ty dalej swoje, o zabijaniu i ewentualnie kolekcjonerstwie, podczas kiedy ja wymieniłem Ci parę zastosowań broni, które z zabijaniem i kolekcjonerstem nie mają nic wspólnego, a dla wielu strzelców są ważniejsze niż ewentualna obrona napastnikiem. Tak przy okazji, kolekcjonowanie broni „zdezaktywowanej” ma się tak do kolekcjonerstwa broni, jak kolekcjonowanie reprodukcji obrazów, do kolekcjonowania obrazów. Zdekowana broń jest bezwartościowa, chociaż wygląda podobnie, porozmawiaj kiedyś z kolekcjonerami broni, to się może połapiesz w różnicy.
Zgadzam się, że broni należy używać zgodnie z przeznaczeniem.
Posiada broń natomiast bardzo różne przeznaczenia.
Z jednostrzałowego, ważącego 8kg karabinka sportowego kal. .22LR strzela się do tarczy, ze sztucera do sarny, z boka do rzutek a z wypasionego Tanfoglio albo Bulla do popperów. Z AKM natomiast, do ludzi.
Proste?
Warto jeszcze dodać, że rolą broni jest samoobrona, a nie „zabijanie” jako takie – bo bronią palną można się bardzo dobrze obronić bez zabijania napastnika, bez pociągania za spust nawet.
No to podsumujmy. Prawo, które pozwalałoby na trzymanie w domu dowolnej broni palnej, ale czyniłoby przestępstwem posiadania amunicji do niej, przy czym amunicję można by pobrać (i rozliczyć się z wystrzelonej) na strzelnicy sportowej, czy terenie łowieckim satysfakcjonowałoby Cię całkowicie?
Ależ Pan Smolański ma absolutną rację i co najwyżej słowem „obłudna” nieco przeszarżował. Ja bym raczej rzekł, że owa mnogość argumentów to trochę efekt niewiary w moc tego jednego zasadniczego (Pan Smolański go wymienia) albo obawy przed jego wyrażeniem.
W ramach podsumowania dodałbym jeszcze jedno, mniej oczywiste, ale bardziej realne i podobne w duchu, pytanie – jaką wartość ma prawo do posiadania broni w kraju, w którym nie szanuje się prawa strzelania w obronie własnej?
Panie Szczepanie, prawo do posiadania broni to pochodna bardziej fundamentalnego prawa – do obrony siebie i swojej rodziny. Choć brzmi to bardzo politycznie niepoprawnie – człowiek czasem ma prawo zabić.