Sándor Márai o św. Kuroniu

Ale widział też takich, którzy z jakimś całkiem nieracjonalnym samooszustwem, wbrew zdrowemu rozsądkowi przyjmowali komunizm na jakiś czas, jako rozwiązanie problemów życia prywatnego i publicznego… Czasami biorą udział w komunistycznym sprzysiężeniu, czasem tylko potakują ruchem głowy, z ostrożną aprobatą, jak romantyczni intelektualiści… aż pewnego dani ogarnia ich przerażenie, ponieważ ze wstydem przekonują się, że naród, cichy i gotowy na wszystko, tym straszliwym milczeniem, ostateczną odmową odpowiada na ich podstępne próby zbratani się… Wtedy odzyskują przytomność, ogarnia ich lęk, uciekają chyłkiem, w popłochu… To oni potem będą oficjalnymi ekskomunistami i poputczykami, którzy tak się zachowują, jak dyplomowani eksperci od komunizmu.
Zasiadają za stołami wolnego świata i wyniośle, nosowy głosem tłumaczą tym, którzy nigdy nie byli komunistami, jak źle było w komunizmie… Niech pan zwróci uwagę, jak rzadko trafia się między nimi taki, który wypiera się komunizmu… Zawsze tylko powtarzają, że metody są złe, że komunistyczne przedsięwzięcie jest jeszcze młodu i nieopierzone, jeszcze zdarzają się błędy… Ale rzadko trafia się ktoś, kto stwierdza, że nie metody są złe, ale że komunizm jako teoria i praktyka jest zgniły i nieludzki… (…)
Ekskomuniści i poputczycy zachowują się jak piroman, który przestraszył się pożogi… tak, pożogi, którą sam wzniecił… A później przestraszył się ognia i on, podpalacz, szybko przystępuje do towarzystwa ubezpieczania od ognia w charakterze taksatora szkód… O, takich szczególnie nie lubił.

(Krew świętego Januarego, tłum. Feliks Netz)

9 thoughts on “Sándor Márai o św. Kuroniu

  1. Ładnie to Pan wyszukał, gratuluję.
    (przy okazji: prawie równoczesnie odkrywamy kolejne dzieła Marai) Pozdrawiam, Piotr

  2. Szczepan, jest Pan prowokatorem. Tylko po co lać wodę na młyn tym, którzy porównują Kuronia do zdrajców.
    Też lubię Maraia, jednak czy nie lepiej i głębiej zdiagnozowali zło tamtego systemu (mniejsza o to, czy komunistycznego, ważne, że totalitarnego) – ci, którzy poczatkowo wspierali go i doświadczyli – jak chciał Miłosz – heglowskiego ukąszenia, a więc szeroko rozumiani rewizjoniści. Do tej grupy należy lubiany przez Pana Rymkiewicz, który później chociażby w „Hańbie domowej” Trznadla tłumaczył swoją młodzieńczą fascynację komunizmem. Pozdrawiam.

  3. Piotrek, bez jaj, ostatnio „Za kulisami” byliśmy jeszcze na ty, prawda? :)

    A poważnie, to właśnie dlatego zacytowałem Maraiego, że ta popularna koncepcja, jakoby komunizm mógł naprawdę dobrze zrozumieć tylko ex-bolszewik, jakoś nie przekonuje.
    Lepszy obraz komunizmu znajduję u tych, którzy do komunistów strzelali, niż u tych, którzy się z komunizmu musieli wyzwalać. Np. w pamiętnikach Uskoka.

    W tych czasach, w których różni rewizjoniści nie byli jeszcze rewizjonistami, tylko razem ze św. Kuroniem „chodzili po wsiach, śpiewając żydowskie i bolszewickie piosenki”, byli ludzie, którzy nie potrzebowali piętnastu lat i osobistego umoczenia w łajnie, żeby wiedzieć czym jest komunizm. Bo to tak naprawdę nie wymagało ani wielkiej wiedzy, ani inteligencji, tylko, po prostu, przyzwoitości. Oczywiście, „ukąszenie heglowskie” brzmi lepiej, niż proste „skurwysyństwo” – ale minęło już tyle czasu, że możemy sobie darować ten bon-ton i nazwać rzeczy po imieniu, prawda?

  4. Szczepan, oczywiście, że jesteśmy na Ty. „Pan” miał być odrobinę prowokujący, i czasem – choć oczywiście nie tym razem – w dyskusjach warto go użyć, żeby nie być posądzonym o kolesiostwo. Zwłaszcza jak ludzie słuchają, lub – jak tym razem – czytają. Słowem – to taka dobra konserwatywna forma na pewne okazje.
    Uskoka nie czytałem, ale zdaje się, że należał do tych, którzy chciali zachowania porządku sprzed wojny. Co natomiast mieli robić Ci, którym Polska międzywojenna wydawała się anachroniczna, i którzy jednocześnie dobrze wiedzieli co się wyprawia za wschodnią granicą.

    Żeby nie przeciągać, zacytuję Rymkiewicza. Jego zdaniem odpowiedzi nie należy szukać w ludziach, tylko ” trzeba szukać tej odpowiedzi w sile systemu, w analizie systemów totalitarnych dwudzistego wieku, w ich działaniu. to niewątpliwe był wielki nacisk, ten cały system propagandowo-doktrynalny, i naacisk sytuacji historycznych (…). Przecież to zagarniało także ludzi szlachetnych, także mądrych, nie tylko tych, co się bali.”
    Serdecznie pozdrawiam i mam nadzieję, że tzw. oficjalna premiera książki była udana. Do szybkiego zobaczenia!

  5. Piotrek – przede wszystkim, dzięki za podjęcie dyskusji.
    Chciałem jednak zwrócić Ci uwagę, że kwestia totalitaryzmu oraz jego lewicowego, komunistycznego charakteru ma tutaj znaczenie drugorzędne.
    Znaczenie pierwszorzędne ma tutaj fakt zdrady. Zdrady – ponieważ służąc komunizmowi w Polsce, wszyscy ci późniejsi rewizjoniści w istocie służyli bolszewickiej Rosji.
    To nie wektor ideologiczny, ani fakt rzekomego „totalitaryzmu” systemu PRL (która przecież totalitarna nigdy, w istocie, nie była – ani za stalinizmu, ani później) obciąża moralną kartę tych późniejszych bohaterów opozycji antykomunistycznej, dla których, również później, szczytem marzeń była „finlandyzacja” Polski – lecz fakt współpracy z obcym mocarstwem, okupującym podbitą Polskę.
    Niemców, służących Hitlerowi i Rosjan, służących Stalinowi, oceniam daleko lepiej, niż Polaków, służących Niemcom, lub Rosjanom, wbrew polskiej racji stanu.
    Słowem – zdrada, kolaboracja. I tutaj nie ma miejsca na „ukąszenia heglowskie” i bajdy o historycznej konieczności, tutaj jest miejsce na prostą kwalifikację moralną.

  6. Nie wydaje mi sie żeby młody Kuroń (z czasów ZMPowskich) zdradził cokolwiek w co by wcześniej wierzył. Czyli o zdradę jego rodzicow PPS-wców trzeba by oskarżać, że go źle wychowali, to znaczy nie zdołali wpoić mu że np. niepodleglosc Polski powinna mieć pierwszenstwo przed innymi wartościami. Ale czy faktycznie zawsze tak jest? Jak by nie było – pojecie zdrady zarezerwował bym dla tych, co zdradzają ideały dla kasy, albo z tchorzostwa – czyli w imię tego co niskie. Jesli zaś ktoś robi złe rzeczy w imię idei w które wierzy, a nie z niskich pobudek, to może jest nikczemnikiem, ale nie zdrajcą.

  7. Sławku, to chyba nie jest najlepsza linia obrony. Być może rodzice Igo Syma również wychowali go w poczuciu, iż nie polska racja stanu jest najważniejsza, a jednak podporucznik Rozmiłowski Syma po prostu zastrzelił.

    Jeśli Kuroń był Polakiem – a sądzę, że był, wbrew temu, co pewnie chętnie imputowali by nasi koledzy endecy – to był zdrajcą, służąc okupującym Polskę bolszewikom.
    Być może później te winy odkupił, być może był człowiekiem szlachetnym, całkiem możliwe, że całkowity bilans jego życia będzie pozytywny. Mam jednak wrażenie, że powszechność umoczenia w stalinizm polskiej inteligencji kazała wypracować, w środowisku, jak mówi Adam Michnik, „potomków żydokomuny” koncepcję, iż współpraca z bolszewikami w latach czterdziestych i pięćdziesiątych to taka młodzieńcza słabostka, a przy tym wspólne przeżycie pokoleniowe. Ot, nic wielkiego, jak tanie wino i macanki z dziewczynami w liceum.

    Minęło już trochę czasu, więc warto przypominać, to, co fundamentalne: szlachetnym bohaterstwem w latach czterdziestych i pięćdziesiątych było zostać w lesie i strzelać do pepeerowców. Przyzwoicie było żyć, pracować i starać się przetrwać, bez kolaboracji z bolszewikami. Aktywne służenie zaś bolszewikom, kiedy w lesie ciągle żyli jeszcze i ginęli żołnierze przegranej sprawy, było zdradą. I podłością, aby zacytować Adama Michnika.

  8. Nie każdy leśny żołnierz był „szlachetnym bohaterem”. Na białostocczyźnie wielu z tych walczących w lasach czterdziestych i pięćdziesiątych „bohaterów”, walcząc z bolszewikami walczyło jednocześnie z niewinną ludnością cywilną nie mająca nic wspólnego ze światem wielkiej polityki, a nie pasującą żołnierzom z lasu do ich ideologicznej wizji Polski. To dopiero była podłość.