Rylski, „Wyspa” i inne opowiadania. Bez wątpienia jeden z najlepszych stylistów współczesnej polskiej literatury. Potrafi zachować w słowach zapach potu, ciepłego asfaltu, brudnego morza i brudnego romansu. Mocny, smutny, cioranowski, dotyka tego, co bardzo ważne w literaturze – rozpaczy, bolesnego splątania, immanentnie wpisanego w ludzką kondycję.
Wilk, „Wołoka”. Cóż za piękna katastrofa! Kolejny wielki stylista, ten Custine naszych czasów zbyt już zakochał się w Rosji i jego opis stracił na ostrości. Oczywiście, lepiej czytać Wilka, niż różnych głuptasków z kolorowych tygodników, którzy sobie radośnie pieprzą o tym, że brudno, demokracji niet a Putin za mordę – bo Wilk widzi sto razy więcej niż oni i wspaniale pisze po polsku, a nie tym sformatowanym narzeczem, posklejanym z kilku semantycznie pustych i wyblakłych związków frazeologicznych.
Przy tym rzecz zabawna, Wilk pisze, że nie można porównywać stalinowskich łagrów do hitlerowskich konc-lagrami. A dlaczego? Ano dlatego, że w stalinowskich bywały nawet orkiestry, tak tam było fajnie.
Teraz wyobraźmy sobie, że Irving mówi, że hitlerowski obóz był sympatycznym miejscem, bo maszerującym do pracy więźniom przygrywała orkiestra. Bo wiemy przecież, że przygrywała, prawda? No cóż, Irvinga wyrzucono z Targów Książki w Warszawie, a wątpię, żeby ktoś wyrzucał książki Wilka.
A ja jakoś tak jestem przywiązany do tego liberalnego przesądu, że nie oburzam się ani tym, co pisze sobie Wilk (chociaż bardziej jednak wierzę w tej kwestii Sołżenicynowi), ani tym, co pisze Irving, chociaż bardziej niż Irvingowi wierzę Pileckiemu. Brzydzi mnie jednak liberalna hipokryzja – nie mam nic przeciwko dogmatom, ale dogmatycy, udający anty-dogmatyków to groteskowy widok.
Wołkow, „Werbunek”. Rzecz dziwna. Z jednej strony, książka słabsza od świetnych „Montażu” i „Carskich sierot” tego samego autora. Fabuła rozwija się szarpnięciami, czasem tonie w dłużyznach, książka nie jest najlepiej skomponowana, autor irytująco zagłębia się w niepotrzebne, boleśnie szczegółowe opisy strojów (nie tylko szczegółowe, ale zawsze kompletne, od czubka głowy po obuwie, z wyliczeniem wszelkich marszczeń, guziczków, pętelek i futerek) i wnętrz, na których skupia się tak mocno, że czytelnik ciągle spodziewa się, że dany kubraczek bohaterki lub plastikowy fotel odegra dwie albo trzy strony dalej kluczową dla intrygi rolę – i oczywiście nic z tego, Wołkow opisywał te wszystkie kurteczki i biureczka wyłącznie, by pofolgować niegodnej pokusie wyczerpującego opisu.
Jednak, mimo tych wad w „Werbunku” jest ukryta wartość, która pod pewnymi względami każe mi książkę tę przedkładać nawet ponad wspomniane wcześniej „Montaż” i „Carskie sieroty”.
To potężne świadectwo ewangelicznej siły, ukryte w werbunku, brawurowa analiza procesu nawrócenia – i nagle wraca do mnie, jak melodia czepliwej piosenki, krótki refren – „chrześcijaństwo to transgresja”.
Szacki, Kontrrewolucyjne paradoksy, ponownie. Paweł Ćwikła w swojej świetnej książce – doktoracie o Januszu Zajdlu, pod tytułem „Boksowanie świata”, dziękował naszemu wspólnemu przyjacielowi „za uświadomienie, że esej może być równie dobrą formą wypowiedzi naukowej”. K., który jest adresatem tych podziękowań zapewne dowiedział się tego właśnie z książki Szackiego. Rzecz jest nie tylko napisana świetnie, nie tylko jest zwięzła, ale przede wszystkim, nie ma w niej ani jednego zbędnego zdania, tak bardzo jest nasycona treścią. Książeczka ta ostatni raz wydana była ponad czterdzieści lat temu – koniecznie należałoby ją wznowić, bo gdyby nie K., skazany byłbym na lekturę wyłącznie w bibliotecznej czytelni.
Poza tym, to co zwykle, Jünger na zmianę z Máraim, łyki świeżego powietrza w ponowoczesnym świecie, tonącym w acedycznej apatii.
Z profesjonalnej konieczności. ipeenowskie świstki trzy razy kserowane, Archiwum Mitrochina, Mackiewicza „Watykan w cieniu czerwonej gwiazdy”, „The hidden hand” Aldricha i temu podobne.