Wszystko jest literaturą

Stary Tribunus plebis nie stracił jeszcze sprytu. Jest jak odyniec, psy szarpią mu boki, ale on już zwraca ku nim kły i zaraz rozedrze im brzuchy i nogami połamie grzbiety.
Owszem, jest rozgoryczony i zażenowany naiwną ufnością, którym obdarzył Konsula. Zmiękł na starość. Nie wierzył, kiedy mówili mu, że Konsul ma dla niego tylko nienawiść i pogardę, i teraz wstydzi się swojego zaufania. Okazało się, że Konsul tylko na pozór tolerował obyczaje, które Trybun uważa za naturalny przywilej władzy; żreć, napychać kabzę i kopulować. W sferach, z których pochodzi wróg Trybuna, uprawia się je raczej chyłkiem.
Ale lud stoi za nim. Trybun napina byczy kark, aż rozchodzi się tkanina, otaczająca szyję. Ma ciągle tę męską, witalną siłę, promieniującą z lędźwi w silne bicepsy, w pięści, w bary. Spisek Konsula ugodził tylko w jego miłość własną, fortuna jeszcze go nie opuściła, ostrzeżono go na czas. Tak, przez chwilę wydawało mu się, że już po nim, miotał się po izbach w przerażeniu, czekając, aż otworzą się drzwi i przyjdą po niego ludzie niewrażliwi na jego charyzmę, bał się nawet, że go zabiją, ale już się uspokoił. Jeśli Konsul chce wojny – dostanie ją. Trybun przetrwał już wielu senatorów, wielu z nich gnije teraz gdzieś na prowincji, a on ciągle jest tutaj i lud ciągle jest mu uległy, jak dziewucha na lekkim rauszu.
Napina kark i zaciska pięści, wciąga powietrze do płuc, głęboko.
Otwiera drzwi. Siedzą tam, jego ludzie, czekają na jego słowa, gotowi i powolni, posłuszni.
Mówi. Prawa dłoń, zaciśnięta w kułak, unosi się i opada w heksametrze, znacząc słowa. Prawie upaja się swoim głosem, prawie, bo wie, że umysł musi mieć czysty, gdyż wojna dopiero przed nim, musi ją zaplanować. Milknie, przesuwa spojrzeniem po swoich ludziach, chciał tylko zrobić pauzę, nabrać powietrza, lecz teraz, kiedy już ujrzał, miękną mu kolana.

To już nie są jego ludzie. Ci, których on sam uczynił wszystkim tym, czym są, których pociągnął za sobą aż tutaj. Ci, wierni bezwarunkowo, bo innych dawno się pozbył, pokochali to co im dał tak bardzo, że kochają prezent mocniej, niż ofiarodawcę.
Nagle rozumie, to już nie są jego ludzie. Szacunek, który mu teraz okazują, uszyty jest drwiną, Konsul nawet nie musiał ich kupować.
Nagle rozumie, nie może iść na wojnę, bo oni już stoczyli swoje wojny, odwiesili broń i teraz chcą tylko sycić się łupem. Trybun jest sam.
Milczy, wsparty o pulpit, ciągle ślizgając się po nich wzrokiem. Gardzi nimi, zawsze gardził, ale teraz ta pogarda odbija się od ich twarzy jak od luster i wraca do niego, bo nagle stał się zakładnikiem tych, którymi pogardza. Wypełnia go wściekłość, bez niego są nikim! Wie, jednak, że nie może zrobić nic więcej i bezsilność własnej wściekłości uzmysławia mu, że przegrał. Jego złość miała zawsze siłę sprawczą, bano się jego gniewu, a teraz gniew tylko buzuje mu w żyłach, nie ściska im gardeł strachem.
Lud nie jest już z nim. Ludowi nigdy nie przeszkadzały jego obyczaje, na jego miejscu robiliby to samo co, ale teraz już wie, że zbyt długo przebywał z senatorami, nasiąkł zapachem ich perfum, nabrał ich miękkości, zniewieściał i lud nie jest już z nim. I ci, zebrani tutaj, również nie są już z nim. Tak, jeśli zrobi to, czego oczekują, to pozory zostaną zachowane, zostawią mu ten fałszywy szacunek, przynajmniej na jakiś czas. Ale to koniec.

Trybun pochyla głowę, zapada się w sobie, opiera się o pulpit, aby nie upaść.
Mówi to, co chcą usłyszeć. Pęcznieją, podchodzą i rzucają mu ochłapy udawanej rewerencji, kłaniają się, mówią: „jesteśmy z tobą, Trybunie, jak zawsze” a z ich lustrzanych twarzy promieniuje nań cała pogarda, jaką wylewał na nich przez te wszystkie lata.
Odgania się, jak od much, wychodzi, zataczając się, jakby był pijany, rzuca jakąś wymówkę i ucieka. Nie zatrzymują go, dostali już, czego chcieli.
Wraca do swoich izb, siada na krześle, twarde poręcze wrzynają mu się w boki, oparcie gniecie mu grzbiet. Gaśnie.

Comments are closed.