Wszystko jest literaturą II

Surowy gotyk tego kościoła jest jak wiotkie ciało Audrey Hepburn, z jej długą szyją i szlachetnymi ramionami. Jasny tynk, kryjący fakturę cegieł jak czarna sukienka, w której występowała jako Holly Goligthly w ekranizacji „Śniadania u Tiffany’ego” – a barokowy wystrój, ołtarze i ambony, ciężkie od złoceń, jak gruby naszyjnik z pereł, tak szeroki, że spoczywał na jej ramionach.

Święci, brązowo-złoci, wysoko na wpuszczonych w mury pulpitach, przegięci w zmysłowych pozach, oczy w ekstazach wzniesione ku gwieździstym sklepieniom naw, ku pomalowanym na krwawą czerwień żebrom tych sklepień. Nawet Chrystus na krzyżu nie wisi zgodnie z wektorem grawitacji, tylko szarpią Go boskie namiętności, śmierć i Otchłań, gną mu kręgosłup w kształt litery „s”.
Między tą krzyczącą namiętnością osiemnastego wieku, przybitą do surowych, czterysta lat starszych murów, trwa wieczorna Msza Święta.
Ostatni sobór skrócił oś Kościoła, wyrwał ołtarz i przeniósł go do przodu, tam, gdzie krzyżują się transept i nawa, dlatego piękne stalle w prezbiterium stoją puste, nie siadają w nich już najgodniejsi mieszczanie, bo jakżeby mieli tam siedzieć, za ołtarzem?
W stallach tylko jedno miejsce jest zajęte, przez starego kościelnego, który właśnie się podnosi, z wiklinowym koszyczkiem, bo kapłan zaczyna Przygotowanie Darów.
Kościelny to wielki mężczyzna. Węzłów starych mięśni wiek nie pokrył sadłem. Pierś, potężnie sklepiona, bary szerokie, spod krótkich rękawów koszuli przedramiona, grube jak konary i pięść, w której wiklinowy koszyczek zdaje się być zupełnie malutki.
Ale siły odeszły już z tego ciała. Idzie z trudem, widać, że bardzo bolą go biodra, kuleje na prawą nogę i kiedy dopada pierwszego rzędu ławek, odpoczywa chwilę, wsparty, po czym rusza. Jedną ręką chwyta się oparć, drugą podaje między ludzi koszyczek, nogi przestawia dziwnym krokiem, w którym bolesna prawa noga okrąża lewą, zdrową. Kołysze się ciężki korpus, mężczyzna idzie, rząd za rzędem. Waży pewnie ze sto dziesięć kilogramów, chociaż wcale nie jest otyły.

Obok mnie, po drugiej stronie bocznej nawy, stoi trzydziestoletnia dziewczyna. Jest szczupła, nosi dobre ciuchy i ma modną fryzurę. Zapewne przyjechała fajnym samochodem średniej klasy, pracuje w jakiejś firmie, gdzie dobrze płacą, albo może na uczelni, a pieniądze na samochód, ciuchy i fryzjera przynosi mąż. Nie wstydzi się swojej obecności w kościele, głośno śpiewa stare pieśni. Na Mszę przyprowadziła córeczkę, dziewczynka ma dwa lata, jest ciekawska, lecz grzeczna, nosi czerwoną, prostą sukieneczkę, ślad dobrego gustu matki.

Kościelny dociera do nich, mozolnie, dziewczynka wrzuca do koszyczka dwadzieścia złotych, przed chwilą dostała je od mamy.
Kościelny odkłada koszyczek na pulpit ławki, opiera się ciężko, powoli wygrzebuje coś z kieszeni spodni i daje dziecku. To cukierek w zielonym papierku. Dziewczynka bez wahania przyjmuje podarunek, mama uśmiecha się do niej i do rosłego starca z koszyczkiem.
Kościelny rusza dalej, w swoim tańcu znojnym wzdłuż ławek, noga za nogą.

Comments are closed.