W wersji „R” tłumaczenia „Mechanicznej pomarańczy” Anthony’ego Burgessa, Robert Stiller wkłada w ustach bohaterów powieści termin poli mili cyjniaki. Ostatnio stwierdziłem, że ta zabawna gra słów jest w pewnym sensie dobrym wyjaśnieniem pewnego aspektu rzeczywistości.
Zanim wyjaśnię, o co chodzi, nastąpią zastrzeżenia, które – co warto zauważyć – nie będą miały charakteru rytualnego, lecz oddadzą moje rzeczywiste przekonania.
Otóż, bardzo cenię pracę policji. W konfliktach między policją a upominającymi się o swoje prawa bandziorami, zawsze trzymam stronę policji – nie bawią mnie gówniarze w bluzach z napisem HWDP i nie miałbym nic przeciwko temu, aby każdy taki oferujący policjantom swoje homoerotyczne usługi kozak lądował „na dołku” – albo, jeszcze lepiej, w dyskretnym zaułku zbierał solidne manto.
Słowem, posłuchałem sławnego hasła z lat dziewięćdziesiątych i popieram swoją policję.
Nie popieram natomiast Milicji Obywatelskiej.
***
Przygotowując, jak to się teraz modnie mówi, research do nowej powieści, tkwię ostatnio po uszy w różnego rodzaju materiałach na temat chwalebnej historii Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, później, w latach 1953 – 1990 zwanego Ministerstwem Spraw Wewnętrznych– czyli, po prostu, resortu. Zwróciłem ostatnio uwagę na referaty, zamieszczone w tomie pod tytułem „Etyka zawodowa funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej” – wydanym nakładem Akademii Spraw Wewnętrznych w roku 1988, zawierającej dorobek konferencji naukowej, zorganizowanej 21 października 1987 roku przez Instytut Nauk Społeczno-Politycznych ASW. Jak stwierdza wstęp: „opublikowane referaty i komunikaty dotyczą społeczno-ideologicznych, klasowych funkcji etyki i moralności; wzajemnych relacji między teorią a praktyką społeczną, ze szczególnym uwzględnieniem zagadnień związanych z kształtowaniem indywidualnych postaw moralnych (…), wpływających na postawy funkcjonariuszy SB i MO” . Próby kształtowania postaw moralnych funkcjonariuszy przyjmowały różne formy – jedną z nich były działania na rzecz stworzenia swoistego esprit de corps (oczywiście, nikt nie używa takiego imperialistycznego wyrażenia) resortu, przez nawiązanie do heroicznej przeszłości MBP – w tym celu, w roku 1988 postuluje się szersze niż dotychczas tworzenie w powiatowych i wojewódzkich komendach Izb Pamięci, dokumentujących „walki z bandami z lat 1944-1956”.
Zainteresowało mnie to ubeckie spojrzenie na zwalczanie antykomunistycznej, niepodległościowej partyzantki i podziemia, przejrzałem więc szereg kombatanckich publikacji z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, dokumentujących – najczęściej lokalnie, na poziomie powiatu i województwa – wyczyny dzielnych milicjantów, kabewiaków funkcjonariuszy UB – które to dokonania, miały stanowić o moralnych postawach milicjantów z końca lat osiemdziesiątych.
Lektura ta wymaga opanowania, stłumienia wrażliwości językowej i dużego samozaparcia, ale nie o braku walorów literackich tych wspomnień chcę teraz mówić. Wśród paru charakterystycznych wzorów zachowań, jakie wyłaniają się z tych pamiętniczków, zauważyłem pewien wyraźny rys – jest nim obsesja na punkcie broni. Jest to obsesja poniekąd zrozumiała – w Polsce przełomu lat czterdziestych broni palnej, pozostałej po wojnie, jest mnóstwo i broni tej przeciwko komunistom używają ludzie, którzy mają dość honoru, aby walczyć za beznadziejną sprawę. Rekwirowanie broni było często głównym zajęciem milicjantów, zdanie broni stanowiło istotny punkt procedury amnestii (używanej jako przynęty do dekonspiracji), wyliczając ze zgrozą obfite arsenały zabitych „bandytów” zwiększano jednocześnie wagę zwycięstwa.
Jednocześnie dbano o to, by ludzie wierni stalinizmowi pozostawali uzbrojeni – i nie dotyczyło to jedynie funkcjonariuszy MBP, zbrojono również, np., stołecznych intelektualistów. Z bronią chadzał Jacek Kuroń, broń nosił na uniwersytet Leszek Kołakowski, na długo zanim napisał „Główne nurty marksizmu”, podobno nosili broń poeta Wiktor Woroszylski i kolejny – po Kołakowskim – filozof, stalinowski marksista, który później wyewoluował do rewizjonizmu i antykomunizmu, Bronisław Baczko. Nosząc broń – w swoim mniemaniu – zapewne nawiązywali wyżej wymienieni intelektualiści do przedwojennych tradycji rewolucyjnych. Pistolet w kieszeni był znakiem radykała – jak pisał Włodzimierz Majakowski:
Rozwijajcie się w marszu
W gadaniach robimy pauzę
Ciszej tam mówcy
Dzisiaj
głos ma
towarzysz Mauser
Różnica jednak leżała w fakcie, że broń, noszona w Republice Weimarskiej albo w II Rzeczpospolitej, była rzeczywiście znakiem radykalizmu. Ten sam nawet pistolet, noszony przez tego samego człowieka w PRL, za pozwoleniem Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, był znakiem zaufania władzy, przynależności – faktycznej, lub mentalnej – do szeregów ludzi resortu.
W latach pięćdziesiątych było to uzasadnione. Żołnierze wyklęci, ci, którzy żyli prawem wilka, mieli kły i pazury i zanim wybito je w ubeckich katowniach, używali ich z zaciekłością osaczonych drapieżników. Jednak, chociaż ostatni z wilków, Józef Franczak, zginął w walce, z bronią w ręku w 1963 roku, to kulturowy wzorzec broni palnej jak symbolu zaufania ze strony resortu okazał się być trwalszy. Podejrzenie o gromadzenie broni palnej należało do podstawowego zestawu zarzutów, jakie stawiano czy to opozycjonistom, czy niewygodnym księżom, gromadzenie broni zarzucano działaczom Solidarności (która przecież broni bała się bardziej niż komunistów) – broń również rozdzielano zaufanym działaczom w niespokojnych czasach, np. w roku 1981, o czym pisze w swoich wspomnieniach Jerzy Urban.
Kiedy w 1990 Milicja Obywatelska zamieniła się w Policję, zmieniło się bardzo wiele, ale niestety – nie zmieniła się hoplofobiczna mentalność policjantów. Broń w rękach obywateli postrzegana jest jako zagrożenie dla włądzy – jakby ciągle w lesie ukrywali się „bandyci” gotowi strzelać do każdego w szaro-niebieskim mundurze. Nie przekonuje stróżów prawa fakt, że przestępcy i tak broń mają, maszynową i każdą inną, nie proszą policji o pozwolenie – lub postrzegają bandytów jako naturalnych przeciwników, tak samo jak oni – policjanci – wyniesionych ponad „szarego obywatela”. W 1990 nowa władza nie odebrała policji uprawnień do reglamentowania dostępu do broni – chociaż naturalnym byłoby, gdyby zajęły się tym nowopowstałe, samorządowe władze cywilne. Mało tego – ustawa o broni i amunicji gwarantowała – i gwarantuje – policji pełną uznaniowość w kwestii decyzji, kto broń dostanie, a kto nie.
I dlatego właśnie policja dziś rękami i nogami broni elementu uznaniowości, zawartego w ustawie o broni i amunicji – bo wszystko inne to nieistotne szczegóły, pic na wodę i fotomontaż, ważny jest tylko ten jeden, mały zapis, który twierdzi, że ostateczna decyzja w kwestii udzielenia pozwolenia zawsze należy do policji. Broń może mieć leczący się psychiatrycznie Henryk Stokłosa, mogą legalną broń posiadać wielokrotnie karani bandyci (wiele takich przypadków przedostało się do mediów w ciągu ostatnich miesięcy) – nie może jej natomiast posiadać cała rzesza uczciwych, zdrowych na ciele i umyśle obywateli, którym policja pozwolenia odmawia – uzasadniając tę odmowę prostym „bo nie”.
I póki policja w tej kwestii nie uświadomi sobie, że jest służbą a nie władzą – lub póki ustawodawca nie odbierze jej reglamentacyjnych uprawnień i nie przekaże ich samorządom – to urzędujący w Wydziałach Postępowań Administracyjnych panowie policjanci i panie policjantki zasługują na stillerowskie określenie: poli mili cyjniaki.
Szczepan Twardoch
Broń i Amunicja, nr 2/2007
—————————————————————
Powyższy felieton napisałem kilka miesięcy temu, do „Broni i Amunicji”, jak widać powyżej. Milicyjna mentalność polskiej policji wydała mi się konceptualizacją może nieco zbyt odważną, ale dopuszczalną w luźnej formie felietonu.
Rozmawialiśmy później o tekście z Rednaczem BiA i przypomniałem sobie, że czytałem kiedyś ociekające panicznym strachem przed bronią wątki na Internetowym Forum Policji. Postanowiłem je odnaleźć. Niestety, nie udało mi się, ale też nie szukałem zbyt intensywnie, bo szperając po rzeczonym forum, stwierdziłem, że moja teza o milicyjnej mentalności policji i policjantów była i tak zbyt delikatnie sformułowana.
Poniżej linki do co ciekawszych przykładów:
Link 1 – dyskusja o deubekizacji
Link 2 – dyskusja o zabitych górnikach z Wujka
Link 3 – ku pamięci poległych milicjantów
Zachęcam P.T. Czytelników do samodzielnego przeglądania rzeczonego forum, lektura to bardzo pouczająca.
Zwracam się również do Krwawych Siepaczy Panującego Kaczystowskiego Reżimu, bo mam szczerą (chociaż coraz słabszą) nadzieję, że takowi istnieją, a nie są jedynie symulakrą, ulepioną z pismackich fobii różnych światłych publicystów, wyznaczających (oczywiście!) standardy niezależnego dziennikarstwa.
A zatem, Drodzy Krwawi Siepacze! Bądźcie tak mili i wykażcie się odpowiednią krwawością i siepactwem. Może uda się wam wreszcie odebrać uczniom towarzysza Dzierżyńskiego pieczę nad przestrzeganiem prawa w Polsce.
To nasi pisarze zajmują się czymś takim jak research? Jestem pod wrażeniem. Ciekawe, ile pracy włożyła w przygotowania dajmy na to pani Dorota Masłowska do swojego „dzieła” – „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną”. Chyba sporo, bo – sądząc po opiniach znawców i krytyków – to powieść należąca do literatury wysokiej, zdecydowanie mainstreamowa. Jak podaje Wikipedia – spotkała się z bardzo przychylnymi recenzjami Jerzego Pilcha i Marcina Świetlickiego… Panie Szczepanie, obiecuję zapoznać się z Pana twórczością.
Impulsem do napisania mojego komentarza były tak na prawdę ostatnie 2 akapity powyższej notki. Ucieszyłem się jak dziecko, bo myślałem już, że jestem kompletnie osamotniony w swoich poglądach, tudzież marzeniach. Marzenia moje obudziły się np. wtedy, gdy media podały, że w jakimś garnizonie WSI komisji likwidacyjnej Macierewicza po prostu nie wpuszczono do środka. Wtedy zobaczyłem oczyma duszy jak w nocy ląduje tam eskadra śmigłowców Black Hawk, z których wyskakują chłopcy z Gromu z noktowizorami i w perfekcyjnie przeprowadzonej akcji (dokumentowanej z powietrza i z ziemi) w kilka minut bez ofiar opanowują oporny relikt komuny. Po chwili ląduje kolejny śmigłowiec z szanowną komisją, wysiada Macierewicz oczywiście z fajką i twarzą pokerzysty, jeszcze przed świtem Macierewicz tajną szyfrowaną linią melduje prezydentowi, że komisja znalazła i zabezpieczyła materiały, które raz na zawsze pogrążą w tym kraju spadkobierców PZPR oraz pozwolą zlikwidować siatkę agentów KGB, która obsadziła wiele kluczowych stanowisk w Polsce. Ech, marzenia…
Tego Macierewicza to by trzeba na Sołowki raczej! I innych Haniballi! Bo różne ludzie mają marzenia!
Z powazaniem
Sławuś.
Wiemy, wiemy, kto kogo i dlaczego wysyłał na „białe niedźwiedzie”… :-)
Szacun dla wiedzy historycznej! Zwracam honor i wypuszczam z tiurmy!
Z uwielbieniem!
Sławuś
tekst o tłumie z dzidami dziwnie mi przypomina tekst o spuszczaniu manta w ciemnym zaułki, ciekawe czemu
Ta kuchany! Przecież czołowy siepacz reżymu, Krwawy Ludwik, od lat postulował zakazanie okolicznej ludności prawa posiadania czegokolwiek, poza góralską ciupazecką, a i to jedynie za okazaniem zaświadczenia, że posiadacz udaje się właśnie na Zjazd Goralenvolku, albo właśnie zeń wraca.
Niestety, PiS nie jest sojusznikiem w walce o prawo do broni.
Kiedyś, wiele lat temu na Krymie emablowaliśmy z kolegą dwie Amerykanki. No i pryncypialnie poparliśmy Busha (młodszego) – że wygrał wybory i w ogóle. Panienki na to: A to dlaczego? Noo, a bo popiera prawo do broni. Dziewczęta zatkało, bo nie wiedziały o co nam właściwie chodzi. W końcu jedna rzuciła: „Pierwszą strzelbę dostałam od taty na 13 urodziny.” Wot Jewropa!
Throughout American history, the government has said we’re in an unprecedented crisis and that we must live without civil liberties until the crisis is over It’s a hoax — Yale Kamisar, 1990
Getting an education was a bit like a communicable sexual disease It made you unsuitable for a lot of jobs and then you had the urge to pass it on — Terry Pratchett, Hogfather
One ship drives east and the other drives west With the selfsame winds that blow. ‘Tis the set of the sails and not the gales Which tells us the way to go.
Computers can figure out all kinds of problems, except the things in the world that just don’t add up — James Magary