Krajobrazy to różna treść zapisana w różnych alfabetach; niektóre czyta się instynktownie, to krajobraz najbliższej ojczyzny, Heimat, jak mówią Niemcy, czy důmowiny, jak mawia się u nas. Można czytać krajobrazy z samochodu – wtedy mogę skręcić w każdą z bocznych dróg, tak, jakbym wybierał wiersz z tomiku, można też z pociągu, skąd oglądam wyświetlające się na brudnej szybie obrazy – siedzę w pospiesznym pociągu z Gliwic do Poznania. Odchodzi o 15:50, przed dziewiątą mam być w stolicy Wielkopolski.
Kiedy tylko skład mija Kędzierzyn-Koźle, zapisywany szybami i kominami krajobraz Śląska industrialnego, ustępuje miejsca literom płaskich pól, sosnowych lasów i wsi Opolszczyzny. Potem, za Opolem, za wysoko wezbraną i rozlaną na polach Odrą, następuje taki moment, w którym nagle świat za oknem staje się nieczytelny, jak wyryty przed kilkoma stuleciami napis na łatwo wietrzejącym piaskowcu. Więc wytężam wzrok – jakbym paznokciem wyskrobywał zaschnięte porosty z płytkich linii barokowych liter – odczytuję wreszcie martwy krajobraz Dolnego Śląska, możliwy do odczytania, chociaż zapisany już w innym alfabecie. Po wielkim pędzeniu ludów w Europie, nie przyjął jeszcze swoich nowych mieszkańców, wypluwa ich, odwraca się od nich ciągle, tak samo, jak ściany wołyńskich pałaców i dworków z pogardą odwracają się od domów dziecka, przedszkoli i urzędów, które się w nich zagnieździły, jeśli ich nie spalono. Ile lat trzeba, by ludzie wrośli w ziemię? Ile czasu zajęło to Chorwatom, kiedy wyruszyli z małopolskich równin i zatrzymali się w oddychającym Rzymem świecie porosłym makią, nad wybrzeżem Adriatyku?
Projekcja dolnośląskiego świata na okna pociągu przypomina mi inny krajobraz, wyświetlany na oknach innego pociągu, parę lat temu, w Rosji.
W podróż Koleją Transsyberyjską rusza się z Dworca Kazańskiego, jednego z trzech wielkich dworców Moskwy. Peron, jeszcze przed przyjazdem pociągu, wypełniają Rosjanie, czekający zupełnie inaczej niż Polacy.
W licealnych i studenckich czasach jeździłem „Pogorią” na Mazury, jedynym bezpośrednim pociągiem z Rybnika do Giżycka, w sezonie żeglarskim do granic możliwości zatłoczonym śląską młodzieżą. W samym pociągu panowała przyjemna, chociaż ciężka od piwa i papierosów, wakacyjna atmosfera. Urągający wszelkim normom tłok łączył nas, pijanych i zmęczonych studentów, licealistów i – dzięki Ci, Boże! – licealistki przyjemnym poczuciem wspólnoty. Ale dopiero w pociągu – ci sami ludzie, z którymi potem fałszowaliśmy kiczowate mazurskie ballady, na peronie stali w nerwowym podnieceniu. Dziewczyny pilnowały bagaży, chłopcy wypinali kogucie piersi, rozciągali mięśnie, przestępując z nogi na nogę, rozgrzewali mięśnie karku, jak przed walką, niespokojni, bo wiedzieli, że zaraz – kiedy pociąg wjedzie na peron, zatrzyma się ze zgrzytem i kalekim ruchem konduktorzy otworzą drzwi do wagonów – będą musieli dowodzić swojej męskiej wartości, zdobywając dwa siedzące miejsca. I kiedy nadchodzi godzina próby, ruszają, samotnie, nieobciążeni bagażem, w morderczym tłoku t-shirtów, szortów i trampek pchają się ku drzwiom, wciskają w wąskie korytarze wagonów, dopadają wolnego przedziału i bojowo blokują drzwi, wrzeszcząc najniższym głosem, na jaki ich stać: „zajęte!”. Wtedy, rodzina przez okno podaje bagaże i dziewczęta, zapłonione i dumne, przepychają się do swoich dzielnych żeglarzy, przez bierny już, upchnięty tłum. Odwdzięczą się im potem, na jachtowych kojach, na karimatach w namiotach i przy ogniskach.
Tak czekają Polacy – niecierpliwie, bojowo, zadziornie.
Rosjanie czekają zupełnie inaczej. Siedzą spokojnie na swoich ogromnych, kraciastych torbach, a kiedy wjeżdża szerokokołowy pociąg, ustawiają się w karnym ogonku do odpowiedniego wagonu. W drzwiach stoi prowadnica – szefowa wagonu – i wpuszcza dopiero po przestudiowaniu biletu i wewnętrznego paszportu.
My stajemy w tej samej kolejce, nasze paszporty zostają przestudiowane ze szczególną starannością – te dziwne zdjęcia z półprofilu zawsze wzbudzały sensację wśród rosyjskich urzędników. I po chwili zajmujemy wąskie, pokryte bordową dermą koje, które przysługują nam, bo zakupiliśmy bilety – plackarty. Gdybyśmy kupili obszczij, to wypadałoby nas po trzech na dwie leżanki, jak na okręcie podwodnym, dwóch siedzi na koi dolnej, podczas kiedy jeden śpi na górnej, na zmianę. Są jeszcze bilety z kategorii kupiejny, kilkadziesiąt procent droższe od plackarty, po zakupieniu których podróżuje się w wygodnych, czteroosobowych, zamkniętych przedziałach sypialnych, podczas kiedy plackarta uprawnia do podróży w wagonie podzielonym na prostopadłe, otwarte boksy, w których zawieszone są po cztery wąskie koje, uzupełniona dwiema kojami po drugiej stronie korytarzyka, równoległe do osi wagonu. Nieuniknioną konsekwencją takiego ułożenia leżanek i korytarza w plackarcie, jest ocieranie się twarzą o wystające z górnych koi stopy co roślejszych pasażerów, kiedy przychodzi się przez wagon. Potem pojedziemy jeszcze wygodnym kupiejnym, ale zawsze z zazdrością spoglądać będziemy na eleganckie wagony „Ekspress Rassija”, gdzie podróżuje się w atmosferze luksusowej, z mrożoną wódką, blinami z kawiorem i szampańskoje igriskoje. Jednak bilet na „Rosję” jest droższy, niż bilet lotniczy, jedziemy więc naszą plackartą.
W Moskwie spaliśmy na ostatnim piętrze kilkunastopiętrowego schroniska młodzieżowego. Z jednej strony widzieliśmy światła wielkiego miasta, z drugiej – ciemnozielony, iglasty las aż po horyzont. Teraz wjechaliśmy w ten las i nie wyjedziemy zeń przez najbliższe cztery doby, po których wysiądziemy na dworcu w Irkucku. Przez pierwsze parę godzin w pociągu jedziemy nieco spięci – jesteśmy pierwszy raz w Rosji (jeśli mowa o roku 2002) i spodziewamy się wszystkiego. Prześladują mnie wizje dzikich, pijanych bolszewików w tieleniaszkach i gymnastiorkach, grających na harmoszkach i rozczulających się nad nalaną z meniskiem szklanką wódki. Brakuje jeszcze tylko brudnych dłoni zaciskających się na rękojeściach naganów i mauzerów – wyobraźnia to przekleństwo. Szybko przekonujemy się, na szczęście, że rzeczywistość wygląda inaczej, niż utrzymane nieodmiennie w poetyce „korespondencji z dzikiego kraju” relacje polskich dziennikarzy, które to relacje są przecież odpowiedzialne za straszne obrazy, jakie podsuwała mi imaginacja.
Towarzyszy nam, na leżance równoległej do osi pociągu, Buriatka w średnim wieku, obdarzona przez naturę olbrzymią głową. Wielką czaszkę wypełnia zapewne nie byle jaki mózg – pani Buriatka jest neurochirurgiem. A Rosjanie rozpakowali już swoje zapasy, rozłożyli suszoną rybę, gotowane kartofelki posypane koprem i okraszone masłem, jajka, kanapki, wędliny i herbatę, i zaczęli jeść. A kiedy zjedli – to siedzą, patrząc ironicznie na dziwaków, którzy nie potrafią podróżować – czyli na nas, którzy miotamy się, przerażeni perspektywą podróży dłuższej niż najdłuższa w życiu, usiłujemy zabijać czas czytając książki, grając w gry planszowe i towarzyskie, dyskutując –odkrywamy też uroki położonego siedem wagonów dalej wagonu restauracyjnego, którego szybko stajemy się najlepszymi klientami, pustosząc zapasy piwa Baltika i suszonych kalmarów na przekąskę. A kiedy w końcu, zmęczeni zabijaniem czasu i nudy, siadamy na swoich leżankach, wtedy patrzę przez okno i próbuję czytać Rosję.
Na szybie wyświetla się krajobraz, jak pismo znużonego kaligrafa, w ścieśnianiu zawijasów, belek i kresek zdążające w kierunku linii, lekko tylko zakłóconej krzywiznami tam, gdzie miałyby znajdować się litery. Najpierw myślę, że jest zapisany w alfabecie, którego zwyczajnie nie znam, tak jak nie znam alfabetu, w którym zapisano Pekin. Lecz po tysięcznym i dwutysięcznym kilometrze pokrytej modrzewiami równiny, po kolejnym milionowym mieście, wyrastającym w środku tajgi betonowymi blokami, nad zakolami rzek, przy których Dunaj i Ren wydają się strugami, rzek potwornych, kiedy przyrównać je do europejskiej skali, nagle rozumiem: tutaj nie ma alfabetu. Jest pusta karta.
Można oczywiście powtarzać za Konecznym zaklęcia o turańszczyźnie Rosji; istotnie, jest w Rosjanach coś z ludów Wielkiego Stepu. Nie tylko w tych, którym z twarzy łatwo można wyczytać genetyczne skutki żądz, którym między udami szerokobiodrych Słowianek upust dawali pustoszący Ruś Mongołowie, tureccy Pieczyngowie, Kumanowie i Kazachowie, skośnoocy – jeszcze wtedy – Węgrzy. Zresztą, równie dobrze mogą być to efekty namiętności, którym z kobietami ujgurskimi, jakuckimi, turkmeńskimi, mansyjskimi – i ze stu innych skośnookich ludów Imperium – oddawali się jasnowłosi i niebieskoocy, normańscy Słowianie z Nowogrodu, znad rzek, którymi spływali Waregowie, lub synowie Pomorców, zasiedlających powoli wybrzeża Morza Białego i Kozacy, kolonizujący powoli Syberię, ci piesi, konni i rzeczni Kolumbowie, Pizzarowie i Cortezowie Północy.
Jednak nie tylko ci niskoczoli, z oczami szeroko rozstawionymi i ukrytymi pod mongolską fałdą, z wydatnymi i wysokimi kośćmi policzków, mają coś z jeźdźców wielkiego stepu. Wszyscy w pociągu, Buriaci czy Wielkorusy, ulegają azjatyckiemu letargowi, który jest objawem azjatyckiego fatalizmu.
Fatalizm jest cechą charakterologiczną o znaczeniu zbyt doniosłym, aby mogła stanowić składnik charakteru narodowego – fatalizm jest cechą wyższego rzędu, charakteryzującą cywilizacje, nie narody. Bo też Rosjanie nie są narodem, są światem. Ich tożsamość nie funduje się na charakterze narodowym – lecz w cywilizacyjnym dziedzictwie braku tożsamości.
Vladimir Volkoff w „Carskich sierotach” oszukiwał swoich bohaterów – a może samego siebie – rosyjskim tricolorem nad dawną radziecką ambasadą w Paryżu. Dawny carski kadet, widząc dwugłowego orła zamiast sierpa i młota uznał, że Antyrosja komunistów odeszła do przeszłości i powróciła Rosja – jeśli nie carska, to przynajmniej Rosja Kiereńskiego, Kołczaka i Dienikina. Ten sposób myślenia sugeruje, że tożsamość Rosji to stan duszy rosyjskiej w roku 1918, zgwałcony przez rewolucję – rewolucję antyrosyjską. Tym żyli rosyjscy biali emigranci, przekonując samych siebie, że przetaczająca się przez Europę Armia Czerwona to raczej Antyrosjanie. Tworzyli więc w Jugosławii swoje armie, zgodnie z zasadą historycznego mimetyzmu powtarzające wzór armii emigranckich, w których służył sto pięćdziesiąt lat wcześniej chociażby Chateaubriand – kompanie z porucznikami w roli szeregowych, pułkownikami w roli poruczników i generałami w roli kapitanów i majorów. Czym jednak była ta rosyjska tożsamość, którą miała zgwałcić rewolucja?
Czyż nie wprowadził jej przemocą Piotr I, dwieście lat wcześniej, krwawo zdzierając bojarom brody z policzków? Nagle, w ciągu stu lat, kultura rosyjska, wcześniej niezauważalna, wdarła się na europejskie salony, wraz z Puszkinem i Lermontowem – pokoleniowo rzecz biorąc, prawnukami brodatych bojarów. I chociaż jeszcze w czasach wojen z Napoleonem generałów musieli Rosjanie importować z Zachodu, to poetów mieli już swoich. Może więc to już Rosja Piotra stała się Antyrosją? Czyżby cała wielka rosyjska literatura – jedyny składnik rosyjskiej tożsamości będący jednocześnie składnikiem kultury europejskiej – była w rzeczywistości literaturą antyrosyjską, albo może rosyjskojęzyczną literaturą europejską? A może szukać jeszcze dalej i prawdziwą Rosją była tylko Ruś Kijowska, zaś wszystko, co niesie ze sobą dziedzictwo Złotej Ordy uznać można za turańską Antyrosję?
Czy więc ostatnimi prawdziwymi Rosjanami byli Waregowie?
Odpowiedź na serię powyższych pytań, które sobie z retorycznym uniesieniem brwi zadałem, znajduje się w ciągłości. To ciągłość właśnie stanowi centralną cechę rosyjskiej tożsamości. Ciągłość skłonni bylibyśmy uznać za „meta-cechę”, jako że odnosi się raczej do nieprzerwanego trwania jakiś właściwości, składających się na charakter narodowy – jednak w Rosji jest inaczej, to ciągłość jest istotą, ciągłość dla ciągłości, ciągłość bezprzedmiotowa. Ruryka i Mikołaja II nie łączy nic – poza ciągłością. Ciągłość to Putin, Stalin, Lenin i Rasputin, ciągłości najwyraźniejszym znakiem współcześnie jest rozmyślne i aktywne inkorporowania do rosyjskiej tożsamości zarówno tożsamości imperialnej – przez symbole państwowe, dbałość o materialne dziedzictwo Imperium, przez gesty, polegające na sprowadzaniu do Petersburga martwych Romanowów – jak i tożsamości radzieckiej. Pierwsza była aktywnie niszczona przez pierwsze lata Rosji Radzieckiej, potem ignorowana – chociaż może przywracając korpus oficerski, epolety i niby-wolność kultu, Stalin wskazał Putinowi drogę – druga zaś, radziecka, zagrożona się nie wydaje, ale tylko na niej Putin ma możliwość fundowania imperialnej dumy narodowej Rosjan.
Być może dlatego Rosjanie tak bardzo kojarzą mi się z Polakami, zamieszkującymi Ziemie Zachodnie, przez które jedzie mój pociąg z Gliwic do Poznania. Wzdłuż torów Kolei Transsyberyjskiej również widziałem ludzi, których wypluła własna ziemia. Jednak, Polacy wrastają w ziemie wokół Wrocławia i Zielonej Góry, powoli, ale wystarczy jeszcze pokolenie, albo dwa, a wrosną zupełnie, jak Węgrzy wrośli w Panonię. Rosjanie natomiast, pozostają obcy w swoim kraju. Polska to idea, cielesno-duchowa łączność ziemi, tożsamości, krwi i ludu – Rosja to tylko ziemia i ciągłość. Kraj, imperium i jego poddani, nieokreślonego ethnosu, beznarodowi, związanie jedynie luźnymi więzami cywilizacji, przez to karni, wrażliwi i inteligentni – lecz bierni i jednocześnie dzicy. Stąd, z tożsamości cywilizacyjnej luźniejszej niż narodowa z samej swej istoty, a do tego jeszcze pozbawionej innych cech niż ciągłość, wywodzi się wzniosła wielkość rosyjskiej literatury – z boleśniejszego przeżywania świata, czy będzie to bolesność Dostojewskiego, czy Wieniedikta Jerofiejewa. Stąd też wywodzi się ich barbarzyńska niewolniczość, objawiająca się nawet w tym, jak piją wódkę. Wbrew panującym w Polsce przesądom, nikt w Rosji nie pije na ulicy, nie afiszuje się z upojeniem – taka otwartość to dziedzictwo sarmatyzmu. W Rosji pijaków nie widać, w Rosji pije się skrycie, wśród zaufanych kompanów, nigdy publicznie. W pociągu relacji Moskwa – Irkuck tylko my wypijamy po osiem Baltik jedna po drugiej. Nawet zadziorny żołnierzyk-Kazach, który zdaje się nie rozumieć słowa „wypierdalaj”, wyrzuconego pijackim bełkotem, ale rozumie wspólne nam i Rosjanom „idź w chuj!” – nawet on jest prawie trzeźwy i nasza wyzywająca postawa względem jego zaczepek powoduje, że natychmiast trzeźwieje zupełnie, odpuszcza, odchodzi. Kazach – jeden z rabów tego kraju, państwa, Imperium.
15 marca.
A jednak.
Cokolwiek by się ze mną działo – nigdy nic mnie nie porusza z wyjątkiem być może obecności Muzykantowej.
W tym sensie nawiązuję do najlepszych tradycji.
Mój pradziad zwariował.
Dziadek przeżegnał drżącymi palcami wycelowane w niego lufy sowieckich karabinów.
Ojciec zachłysnął się 96-procentowym denaturatem.
A ja po dawnemu – Wieniedikt.
I na wieczność już takim pozostanę.
Wieniedikt Jerofiejew, „Zapiski psychopaty”
Szczepan Twardoch
Fronda nr 42
az mi ise łezka w oku zakręciął stare dobre czasy :))
kiedy wracamy ??