A w kinach…

Postanowiłem zwierzyć się P.T. Czytelnikom z wrażeń kinowych. Oczekując nieodległego już przyjścia na świat naszego pierworodnego, pochłaniamy z żoną filmy w ilości hurtowej, pouczeni przez znajomych obdarzonych potomstwem, że potem to na parę miesięcy przynajmniej możemy o kinie zapomnieć, a o częstotliwości, z jaką do kina chodziliśmy w latach naszych bezdzietnych, to w ogóle na tak długo, że prawie na zawsze.

A zatem, w kolejności oglądania.

1. Grindhouse. Zabawne, świetnie zrobione, utrzymane w konwencji, wartość artystyczna zerowa, wartość rzemieślnicza bardzo wysoka, zobaczyć warto, chociażby po to, aby pośmiać się z przygłupich krytyków, którzy mówią o filmach Tarantino jak o wielkiej sztuce, pieprząc coś o postmodernistycznych zabawach z konwencją, podczas kiedy Tarantino z konwencją się wcale nie bawi. Pulp Fiction stworzyło pewną konwencję i tutaj Tarantino słusznie był chwalony za nowatorstwo; następne filmy były tylko kolejnymi, coraz słabszymi tej konwencji realizacjami, acz zawsze na przyzwoitym poziomie rzemieślniczego kina akcji. Żadnych transgresji tu nie ma. Grindhouse odchodzi od konwencji tarantinowskiej, pozostając przy niej wyłącznie w rozwlekłych, nudnych, wysilonych i – po prostu – głupich dialogach. W kwestii samego mięsa filmu, samochodowej akcji – trzyma się konwencji bardzo mocno i jest to kawał sensacyjnego kina do obejrzenia. I absolutnie nic poza tym.

2. Fracture. Wspaniały Ryan Gosling, któremu swoim aktorstwem udało się chyba przyćmić nawet Hopkinsa – równie dobrego. Aktorstwo robi cały film. Zagadka, zwroty akcji oczywiście ciekawe (i idiotycznie sprzedane w trailerach), ale niezbyt ważne, bo się siedzi w fotelu i napawa tym, jak panowie potrafią grać.

3. Next. Lubię amerykańskie, głupie kino. I to właśnie jest to, amerykańskie, głupie kino. Dicka nie ma w filmie za grosz, są za to cudne wybuchy, lawiny z samochodów i parowozów, fajna Moore, śliczna Biel i Cage ze swoją standardową miną zbitego buldoga, którą mu, mam wrażenie, utrwalono na stałe jakimś botoksem, czy co tam oni sobie wstrzykują, bo facet nie zmienia jej nie tylko przez cały film, ale chyba przez całe życie w ogóle. Rozrywka.

4. Black Dalia. W sumie przeciętny film, który mógłby być genialny, gdyby nie dwie fatalne, główne role męskie. Świetne role drugoplanowe, cała rzesza policjantów i złoczyńców oddana bardzo atrakcyjnie, realia lat czterdziestych imponujące rozmachem, dobra Scarlett Johansson, zaskakująco słabsza Swank (która przecież jest wielką aktorką – ale tutaj czegoś zabrakło), świetna dziewczyna grająca Dalię. Świetne zdjęcia, bardzo malarskie, trochę napięcia – a wszystko to zarżnięte przez dwa plastikowe manekiny, które udają aktorów, Hartnetta i Eckharta. Chłopcy pętają się po planie bez sensu, ze standardowymi minami na ślicznych buźkach (każdy ma po jednej – minie i buźce), Hartnett ściąga brwi tak mocno, że widz ma wrażenie, że zaraz biedakowi skóra z tyłu głowy pęknie, nawet kostiumy noszą, jakby ich przebrano. Taniej byłoby kupić na potrzeby filmy wycięte z kartonu podobizny. I tak nikt nie uwierzy, że któryś z tych dwóch wypicowanych lalusiów mógłby być policjantem i bokserem jednocześnie, bo obaj wyglądają, jakby właśnie wyszli z salonu spa albo od pedicurzystki. A mógł być wielki film, gdyby w roli starszego gliny, zamiast Eckharta pojawił się na przykład Crowe, a zamiast gumowego Hartnetta Ryan Gossling, albo chociażby Gyllenhall, który pokazał wielką klasę aktorską w „Zodiacu” i nawet w takim szajsie jak „Brokeback Mountain”.

4. Szklana pułapka 4.0. No i w sumie dobrze. Wszystko śliczne, zupełnie absurdalne, troszkę dowcipne. Przecież nie spodziewałem się, że będzie cokolwiek innego, prawda? Ale jednak, gdzieś w połowie, albo w dwóch trzecich filmu doznałem przesytu. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie zarzucał Szklanym Pułapkom, że przedstawiają rzeczy niemożliwe: ale kiedy myśliwce, strącane przy pomocy ciężarówek i betonowych filarów zaczynają nudzić, to już nie jest zabawnie.

5. Simpsons. Świetnie, zabawnie, polskie tłumaczenie tak głupie, że człowiek przestaje czytać podpisy, bo drażnią. Ale poczucie humoru doskonałe. Chociaż jednak długometrażowy South Park był śmieszniejszy.

6. A jeszcze z innej beczki. Paweł Milcarek dokonał swoistego coming-outu i wyjawił na swoim blogu, że ogląda „Gotowe na wszystko” i jeszcze mu się podobają!
Zachęcony przykładem, idącym z góry (co redaktor naczelny, to redaktor naczelny, jednak!) przyznaję z podniesionym czołem, że oglądam, podzielam upodobanie i, co wyznaję już ze wstydem, nawet emocjonuję się losami bohaterek. Nie dokonałem do tej pory intelektualnej racjonalizacji tego nałogu, więc racjonalizacja Pawła Milcarka wydała mi się tak atrakcyjna, że natychmiast przyjąłem ją za swoją.
Jest to już chyba drugi serial w moim dorosłym życiu, po świetnym „Rzymie”.

7 thoughts on “A w kinach…

  1. No to już wszyscy mogą się dowiedzieć, że redaktorzy „Christianitas” – co najmniej dwóch – pasjonują się serialem kobiecym. Śmiejmy się, śmiejmy, a w swoim czasie zostanie to przypomniane i z całą jasnością zinterpretowane.
    Pozdro/wienia/

  2. Jako umiarkowany kinofob zawsze zachodzę w głowę co właściwie ciągnie ludzi do kina. Chetnie omówiłbym tę kwestię w jakimś bierhausie :)

  3. Kiepska sprawa z tą „Black Dahlią”. Ostrzyłem sobie zęby już bardzo długo.
    Studyta: myślę, że ciągnie ludzi coś podobnego do tego, co ciągnie ich do komiksu.

  4. @Jest to już chyba drugi serial w moim dorosłym życiu, po świetnym “Rzymie”.

    Chyba „Kompania Braci” by się spodobała, prorokuję ;)

  5. Proroctwo Pana prawdziwym jest, albowiem się omyliłem. „Gotowe na wszystko” to trzeci serial, o „Kompanii…” zapomniałem. Podobała się bardzo. :)

  6. A czy można się spodziewać Twojego wpisu poświęconego „Rzymowi”? Jako, że sam bardzo lubię ten serial jestem wielce ciekaw Twojej opinii na jego temat.