Korytarz jest wysoki, wyłożony marmurem od podłogi po otoczony stiukami sufit. Wyniosłe okna są zbyt duże, aby je otwierać, a zza szyb nie świeci słońce, jest noc.
Otwierają się ciężkie drzwi, wypada zza nich kobieta w nieokreślonym wieku, w jakim znajdują się eleganckie damy, które ukończyły trzydzieści pięć lat, a nie dobiły jeszcze sześćdziesiątki, jeśli tylko dbają o siebie. Szary kostiumik, skromny, wąska spódnica do kolan. Obcasy bucików stukają w nerwowym rytmie, kiedy kobieta biegnie drobnymi kroczkami. Echo tego obcasowego galopu niesie się po pustym, nocnym korytarzu.
Kobieta nie jest nikim ważnym, ważne jest to, co niesie. Do piersi przyciska chudą teczkę z brązowej skóry, okutą mosiądzem. Teczka ma już swoje lata, zestarzała się z szlachetnością drogiego przedmiotu wykonanego przez czułego rzemieślnika, skóra pociemniała i mosiądz zaśniedział, ale dobrze służy właścicielowi. W jej cichych wnętrznościach spoczywają trzy kartki, z bardzo oficjalnymi nagłówkami. Jednak, ani teczka ani kartki nie są ważne.
Ważne są wypisane na nich odręcznie słowa. Kobieta niesie rozkazy Konsula.
Dobiega wreszcie do swego celu, kolejnych wysokich drzwi, na pozór takich samych jak te, z których wyszła, otwiera bez pytania, rozpina teczkę i kładzie rozkazy Konsula na biurku, za którym siedzi młody człowiek w marnym garniturze i dużych okularach.
Chłopak odczytuje niewyraźne, pochylone litery, kwituje odbiór. Spotykają się ich spojrzenia, oboje znają treść trzech dokumentów i zdają sobie sprawę z ich wagi. Wiedzą, co nastąpi. Patrzą na siebie i oboje są zdziwieni, bo nie czują nic.
Kobieta odchodzi, chłopak zdejmuje z nosa szkła i palcami trze piekące oczy.
Wszystko jest literaturą i wszystko już było. Ten tekst wygląda z daleka na fragment „Heliopolis” Jüngera, ale to akurat dobrze świadczy o autorze ;-)