Zaprzyjaźniona firma zaprosiła mnie ostatnio do uczestnictwa w warsztatach dziennikarskich.
Warsztaty prowadził Dziennikarz. Doświadczony, pierwszoligowy i bardzo rasowy. Pierwsza godzina z kawałkiem poświęcona była pracy z tekstem, dziennikarskie spojrzenie na język było dla mnie bardzo interesujące, bo w pewnym sensie odwrotne, nie o tym jednak chcę napisać.
Na zajęciach poprzednich, na których nie byłem, Dziennikarz poprosił uczestników warsztatów o przygotowanie, na kolejne spotkanie, ulubionego wiersza.
Spodziewałem się, że posłużyć ma to jako podkład do jakiejś warsztatowej wprawki, jakichś ćwiczeń, zrobienia dziennikarskiej wariacji na temat.
Tymczasem, Dziennikarz poprosił każdego z sześciu uczestników zajęć tylko o głośne przeczytanie przygotowanego utworu. Nic więcej. I każdy czytał. Dziennikarz też. W pierwszej chwili wydało mi się to pozbawione sensu – po co czytać wiersze na głos, bez komentarza prawie, na warsztatach dziennikarskich? Ale po drugim, albo trzecim, wśród tych sześciu ludzi zgromadzonych dookoła stołu w sali konferencyjnej, coś się wydarzyło. Jakiś rodzaj skupienia i wrażliwości, w reakcji na zaskakujący chyba dla wszystkich ekshibicjonizm głośnego czytania. Czytanie cudzych, wybranych jednak osobiście wierszy było bardziej obnażające, niż głośne odczytywanie własnych tekstów dziennikarskich. Ta emocjonalna nagość czegoś mnie nauczyła.
Nie byłem przygotowany, nie jestem zresztą zbyt pilnym czytelnikiem liryki. Miałem jednak ze sobą laptop, a jedyną poezją, jaką mam zapisaną w komputerze, są „Wydrążeni ludzie” Eliota, w tłumaczeniu Miłosza. Gdybym zastanawiał się nad tym w domu, to może sięgnąłbym po jakiegoś fajnego Gałczyńskiego, po wspaniałą „Lady Lazarus” Plath, może po „Ikonę” Elektorowicza, która ostatnio mnie poraziła z kartek „Dezerterów i żołnierzy” Macieja Urbanowskiego, albo po jakiegoś późnego Wencla z „Imago mundi” – ale przedwczoraj przeczytałem po prostu tego Eliota, i zabrzmiał dobrze, prawdziwie.
Spotkanie, wcześniej występujące w kontekście jednoznacznie profesjonalnym, biznesowym, nagle zmieniło się w coś zupełnie innego, co nawet trudno mi nazwać. Wyszedłem w bardzo dziwnym nastroju i do teraz nie mogę się otrząsnąć z tego wrażenia: zbiorowe, głośne czytanie poezji w niewielkim gronie niesie ze sobą moc, której nigdy bym się w takim miejscu nie spodziewał.
Siłę poezji widać właśnie w głośnym czytaniu, piszę to jako poeta praktykujący:) Wiele daje również słuchanie autorskich wykonań wierszy – gorzko (nie posągowo!) brzmi stary Herbert czytający swoją poezję dla Radia Kraków. Słychać w jego głosie zupełnie inne proporcje ironii i patosu niż to się zwykło odczuwać.
A ten akurat wiersz Eliota piękny.
Pozdrawiam.
I was raised in the West The west of Texas It’s pretty close to California In more ways than Washington, DC, is close to California — George W Bush
Sailors ought never to go to church They ought to go to hell, where it is much more comfortable — HG Wells
Once you’ve written TBicycle, you never forget how — Oliver Townshend in bpdn-t
Military glory — that attractive rainbow, that rises in showers of blood — that serpent’s eye, that charms to destroy — Abraham Lincoln