Muszę ze wstydem przyznać, że jestem zwolennikiem Donalda Tuska i gorącym wielbicielem jego talentu politycznego.
Oczywiście, Donald Tusk należy do gatunku polityków bez właściwości, politycznych hollow men, jeśli mogę spostponować Eliota tą najniższą z możliwych interpretacji „Wydrążonych ludzi”.
Takimi politykami wydrążonymi, którzy równie dobrze jak występować osobiście mogliby być reprezentowani przez wykonane z papier-maché fantomy, są Kwaśniewski, Marcinkiewicz, spora część drugiej linii polityków PiSu (tyle, że ci na dodatek są politykami wydrążonymi drugiego gatunku, zamiast gładkich buź dysponującymi tylko nalanymi gębami), większość polityków PO i oczywiście – Donald Tusk, z jego nieodpartym wdziękiem poczciwej normalności.
Jestem przekonany, że taki brak wyrazu, tożsamości, poglądów i właściwości jest zabójczy dla polityki i głęboko szkodliwy dla Polski. Polityczność, rozumiana jako republikanizm, oparty na zasadzie męskiej (nie kobiecej, jak dążąca do kompromisu i konsensusu polska miękka demokracja), na sporze, na światopoglądowej i jednocześnie patriotycznej tożsamości, wymaga jasnych tożsamości, wymaga charakterów, których politycy wydrążeni pozbawieni są całkowicie.
Dlaczego więc jestem, jak zadeklarowałem powyżej, gorącym zwolennikiem Donalda Tuska?
Dlatego, że Donald Tusk bardzo pilnie stara się zmarginalizować partię, która ostatnio w największym stopniu reprezentuje tę polityczną beztożsamość. Chodzi oczywiście o partię, której przewodzi, o Platformę Obywatelską. Czyni to chyba nieświadomie; tym niemniej, skutecznie.
Jak wiadomo, szeroka rzesza zwolenników PO jest dość mocno spolaryzowana – ci, którym serce bije po lewej stronie, głosują na PO przeciwko PiSowi, na rzecz koalicji z LiD. Druga grupa, dziś nieco mniejsza, głosuje na PO licząc, że umiarkowane PO w koalicji utemperuje nieco pisowskich radykałów i pójdą razem w kierunku, na jaki liczono przed dwoma laty. Te dwie grupy w zasadzie niewiele łączy, ich polityczne oczekiwania względem PO są sprzeczne, nie do pogodzenia. Można było ten podział rozgrywać sprawnie i do tej pory liderzy PO jakoś sobie z tym radzili, starannie unikając jasnych deklaracji co do powyborczych koalicji, pozwalając wyborcom hodować swoje nadzieje. Oczywiście, takie deklaracje nie mają przełożenia na faktyczny kształt przyszłych sojuszy, gdyż o tych zdecyduje dopiero nowy układ sił po wyborach – funkcją owych deklaracji jest profilowanie wizerunku partii, orientowanie jej – na potrzeby wyborców – na scenie politycznej, bez zmiany miejsca zajmowanego w spektrum prawica-lewica, partię można zwrócić, wokół własnej osi, w lewo lub w prawo.
Dziś rano Donald Tusk jednak przeszedł sam siebie; podkreślając swój brak tożsamości, ogłosił, iż PO jest gotowe zarówno na koalicję z LiD, jak i na koalicję z PiS. Tym samym, szerszej grupie zwolenników PO zorientowanym zdecydowanie przeciwko aktualnemu rządowi, Donald Tusk wysłał sygnał, aby zagłosowali raczej na LiD, jeśli chcą mieć pewność, że koalicji z PiS nie będzie. Zwolennikom PO-PiSu, którzy lewicą mogą się brzydzić, Donald Tusk doradził poparcie raczej PiSu, aby szanse na tę „post-solidarnościową” koalicję były większe.
Chapeau bas, monsieur Tusk.
Szef PO zapewne wyobraża sobie, że w ten sposób przeciwstawił się manewrowi Jarosława Kaczyńskiego, grającemu od paru dni na osłabienie PO kosztem słabej lewicy. Zdaje się, że Donald Tusk jest osobą o solidnej erudycji historycznej, więc osoba mu życzliwa mogłaby skomentować, iż jest to posunięcie w swej błyskotliwości porównywalne do taktyki Gajusza Terencjusza Warrona, którą tenże zastosował w bitwie pod Kannami. Warron, nacierając radośnie na cofające cię centrum armii kartagińskiej zapewne również nie przypuszczał, że robi dokładnie to, czego oczekuje odeń Hannibal. Skończyło się rzezią, ponieważ wielki Kartagińczyk cały czas panował nad polem bitwy.
Historia zna zresztą wielu wodzów, których zmysł taktyczny ograniczał się do umiejętności „podręcznikowego” reagowania na manewry przeciwnika – stratedzy tego sortu, nawet z przewagą i w ofensywie, nie są zdolni do strategicznej inicjatywy, a jako, że ich reakcje są przewidywalne, to zdolny dowódca przeciwnika w pewnym sensie panuje nie tylko nad swoimi żołnierzami, ale również nad wojskami przeciwnika.
Dlatego właśnie jestem gorącym zwolennikiem Donalda Tuska. Nikt lepiej niż on nie przegrywa potyczek, bitew i wojen, gwarantując, że ludzie wydrążeni ciągle pozostają na marginesie polskiej polityki, rozumianej jako walka o władzę i sprawowanie jej. Czasem znajdują się w centrum polityki rozumianej jako show – ciągle jednak pozostając tylko wykonawcami woli polityków autentycznych. Tusk jest tutaj w pewnym sensie wyjątkiem, jest człowiekiem wydrążonym, lecz samosterownym, w przeciwieństwie do Kwaśniewskiego, który był awatarem Michnika, czy Marcinkiewicza, będącego za czasów swojego premierostwa awatarem Kaczyńskiego. Na szczęście, właśnie ta jego samosterowność pozwala mi wierzyć, że „Prezydent Tusk”, czy nawet premier Tusk wydarzyć się może tylko na billboardzie.
Zagrywka podobna do tej, którą zastosował ostatnio Kaczyński. Apropo PO i posłów liberalnych, Guy Sorman napisał, że w Polsce właściwie liberalizm rozwija się najszybciej i najlepiej. To chyba doświadczenia komunistyczne sprawiają, że PO jest dla elektoratu tak czyste i „pozapolityczne”, jak tutaj wskazałeś.
Jeśli PiS wygra wybory, a takie mam wrażenie, jedyną opcją dla PO będzie koalicja z Kaczyńskim. W przeciwnym wypadku, Tusk zejdzie, na parę lat pewnie, do lamusa. Nawet mimo wybitnie dobrej prezencji, elektorat straci do niego zaufanie.
Tusk ma jednak ułatwione zadanie. Bo swoją armią nie dowodzi sam. Jeżeli palnie coś głupiego, to zaprzyjaźnione media mogą to wyciszyć.
To prawda, że kiepski gracz z Tuska. Ale nawet bezbarwny Tusk moze wygrać wybory, mając po swojej stronie większość mediów. Przegrana PO nie jest wcale pewna, ze względu na silną pozycję w dużych miastach. Na prowincji z pewnością silniejszy będzie niż to wynika z sondaży PSL.
Gdy abba Sisoes leżał na łożu śmierci, otaczający go uczniowie widzieli, jak z kimś rozmawia. Starcy zapytali go: „Z kim rozmawiasz, ojcze?” On zaś odpowiedział: „Oto aniołowie przyszli, aby mnie zabrać, a ja proszę ich o trochę więcej czasu na po¬kajanie”. „Nie potrzebujesz kajać się” – powiedzieli zebrani. „Zaprawdę – odpowiedział starzec – nie mam świadomości, żebym chociaż uczynił początek”.
Cholera, to jest komentarz do wpisu na blogu Loyolnego, przepraszam za zamieszanie :-)
Tusk przy tym wszystkim do perfekcji opanował grę pozorów. Te tyrady antykaczystowskie, te naprędce wynalezione przeciwstawienie „cywilizacji Zachodu” i „cywilizacji Wschodu” – to wszystko czysto marketingowe zagrywki mające ukryć całkowitą bezideowość Tuska i PO.
Ponieważ już kilka razy Autor dawał przekonujące dowody, że pod pojęciem „ideowości” rozumie autorytaryzm, byłem i jestem zdecydowanie za (w tej terminologii) „bezideowością”. (Nie po to napieprzałem kamulcami w ZOMO, żeby teraz młódź z powrotem zaprowadzała w Polsce zamordyzm).
Uwielbiam takie komentarze jak ten Pana zer00. Czy byłby Pan łaskaw napisac coś więcej na poparcie swojej tezy?
Po prostu: alte Kämpfer Zer00 twierdzi, że po tym, jak on heroicznie własnymi kamieniami obalił dyktaturę, to moja skromna osoba, dziś pasąca się na owocach jego walki jest tam, gdzie wtedy stało ZOMO. :)
Pierwsze z brzegu (ale, moim zdaniem, reprezentatywne):
„Bez politycznej walki na śmierć i życie, bez politycznej krwi, Polska straci tę niewielką szansę, jaką jeszcze posiada, na bycie czymś więcej niż tylko zapyziałą prowincją, ciułającą swoje grosiki na drodze do raju mieszczańskiej, tandetnej zamożności” (p. Twardoch)
- zamienić „Polska” na „Francja” i mogłoby się, uważam, spokojnie ukazać w którymś z czasopism firmowanych przez Ch. Maurrasa. Albo nawet, jeśliby wpisać „Hiszpania” – przez Falangę.
Wolność osobista i ekonomiczna (czyli, w jezyku pp. Twardocha, Maurrasa i Primo de Rivery: „ciułanie grosików itd.”) widocznie nie dla wszystkich jest wartością. Jednak tak się składa, że niektórym zależy właśnie na „mieszczańskim tandeciarstwie”, tym bardziej, że mają w pamięci alternatywne, antymieszczańskie rozwiązanie.
Aluzje do NSDAP (bądź SED, bo nie wiem, do czego to było pite) może Pan (p. Szczepanie) sobie darować, bo to akurat Pańska „parafia”, nie moja. (Też nie lubili mieszczańskich tandeciarzy i tęsknili do „czegoś więcej”). Podobnie, jak przypisywanie mi rozwiązań retorycznych pochodzących od „męża stanu”, jak Pan go określił, p. J. Kaczyńskiego.
Panie Szczepanie, ja bym tę walkę na śmierć i życie, o której Pan pisze, rozciągnął na kulturę. Tutaj dopiero obserwujemy uwiąd, przynajmniej w porównaniu z tym, co działo się w naszej kulturze w międzywojniu. Autorytety nie dopuszczają żadnej dyskusji z przeciwnikami ideowymi. Od razu wrzucają ich do pieca z napisem „ciemnogród”. Taplają się we własnej słuszności, leniwieją i tylko od czasu do czasu podpisują „listy protestacyjne” albo klepną komentarz na drugą stronę „Wyborczej”.
Przyłączam się do wielbienia Tuska :). Czy zwrot „polityk bez właściwości” jest nawiązaniem do „Człowieka bez właściwości” Musila? Tak z ciekawości pytam:)