Chociaż gotyk jest najpiękniejszy, to barokowe kościoły lubię najbardziej. Spektakularne draperie szat, dramatyczne gesty, ekstatyczny wzrok wzniesiony ku pomalowanym w niebiosa sklepieniom. Aniołki, amorki i putta. Pilastry i gzymsiki. Cierpliwa ręka lokalnego artysty, która wymalowała imitujące marmur żyłki na stiukach. I jeszcze poczerniały werniks obrazów, tych dobrych, jak tryskające krwią z kikuta odrąbanej szyi „Ścięcie Jana Chrzciciela” Michaela Willmana z mojej parafii i tych kiepskich bohomazów, urągających Malarstwu, których tyle wisi w zacisznych kaplicach, zakamarkach i przedsionkach barokowych kościołów.
Barokowy kościół odpowiada mojemu temperamentowi, bo lubię patos i lubię takie zaskakujące połączenia: wśród wolut, putt, pozłotki i westchnień – On, ukryty podwójnie, za złotymi drzwiczkami tabernakulum i w materii.
Czasem jednak bywam w skromnym, akademickim kościele św. Michała Archanioła. Ściany są gołe i białe, zamiast sklepienia protestancki, wsparty na belkach strop. Między oknami wyjątkowo nieudane obrazy stacji Drogi Krzyżowej i wyżej, na półeczce, wielki Archanioł z lekkim zezem i „Quis ut Deus” na tarczy.
A jednak w tym kościele najłatwiej jest mi się modlić. Wszystko za sprawą prezbiterium, płytkiego i symbolicznego, również gołego i pomalowanego na beżowo, w którym na ogromnym krzyżu z ciemnego drewna rozciągnięty jest Chrystus. Rzeźba jest udana i naturalistyczna i w surowym, pustym wnętrzu, na gołej ścianie ten ogromny krucyfiks krzyczy i przypomina, jakim skandalem jest chrześcijaństwo. Krzyczy o tym, o czym przypominają mi czasem różni muzułmanie i ateusze, którzy we Włoszech czy w Szwajcarii podnoszą straszny rejwach, bo ich biedne dzieciątka muszą patrzeć na rozpostartego na krzyżu trupa. W pewnym sensie mają rację – oczywiście, ich problemy powinny spotkać się z naszą zimną obojętnością, a próba ich realizacji ze stanowczym oporem, bo ciągle jeszcze jesteśmy u siebie, ale mają oni rację o tyle, że to rzeczywiście skandal: na krzyżu wisi zamęczony, martwy Bóg.
Kiedy więc klęczę w cieniu krzyża na posadzce tego małego kościółka, nie umiem myśleć o niczym innym, dla skupienia niepotrzebny jest wysiłek woli. Wzrok sam nieustannie wraca do krucyfiksu i w pewnym sensie te przybite gwoździami ciało najlepiej ujmuje to, czym naprawdę jest katolicyzm.
Może dlatego protestanci wolą gołe krzyże. Amerykański Dżizas w białej sukience jest kumplem i doradcą, który mówi jak żyć i pomaga. Jezus, Siddhartha Gautama i Anthony Robbins.
I zapewne dlatego, porzucając na chwilę plan transcendentalny, w katolicyzmie jest wielkość i wzniosłość, stanowiąca pożywkę dla Sztuki. Protestantyzm we wszystkich swoich odmianach pozostaje przecież artystycznie jałowy.
Szczepanie, z ostatnim zdaniem tego tekstu nijak nie mogę się zgodzić.
„Protestantyzm we wszystkich swoich odmianach pozostaje przecież artystycznie jałowy”.
Czy malarstwo Rembrandta van Rijn i kolegów (XVII w., Holandia) uważa Pan raczej za jałowe artystycznie czy raczej za nieprotestanckie? Serio pytam, ciekaw jestem.
A co z muzyką Bacha?
Nie twierdzę, że nie było wielkich artystów – protestantów, bo było ich bardzo wielu, w malarstwie, muzyce czy literaturze.
Twierdzę natomiast, że protestantyzm nie konstytuował ich twórczości, podobnie jak zresztą jest wielu artystów-katolików, których katolicyzm do twórczości się nie przedostał.
Velasquez, na przykład, w analogii do Rembrandta – malarz – katolik, ale trudno mówić, że to katolickie malarstwo, prawda? Ono nie jest również antykatolickie bynajmniej – po prostu, zasadza się na czym innym.
Cervantes – tak samo.
O Bachu trudno mi mówić, nie znam się na muzyce.
“Protestantyzm we wszystkich swoich odmianach pozostaje przecież artystycznie jałowy”.
I dlatego „Mesjasza” skomponował znany twórca katolicki Haendel…
“Nie twierdzę, że nie było wielkich artystów – protestantów, bo było ich bardzo wielu, w malarstwie, muzyce czy literaturze.
Twierdzę natomiast, że protestantyzm nie konstytuował ich twórczości. Twierdzę natomiast, że protestantyzm nie konstytuował ich twórczości [...] O Bachu trudno mi mówić, nie znam się na muzyce.”
I dlatego zapewne Bach napisal ponad 300 kantat, nie wspominajac o Pasji wg sw Jana tudziez sw Mateusza. Te dziela sa muzyczna kwintesencja protestantyzmu. A co do ostatniego zdania: Ignorantia legis non excusat.
„W pewnym sensie mają rację – oczywiście, ich problemy powinny spotkać się z naszą zimną obojętnością, a próba ich realizacji ze stanowczym oporem, bo ciągle jeszcze jesteśmy u siebie”
Buractwo zawsze w modzie.
I wzajemnie, panie Głupi_Krooliku. :D
To może z protestantów dorzucę jeszcze C.S. Lewisa (Choć anglikanizm nie jest duchowo w 100% protestancki), Mikołaja Reja, Johna Miltona czy też Rudyarda Kiplinga. I to tacy z głowy tylko, choć gdybym urodził się po drugiej stronie Odry znałbym więcej. ;-)