W pewnym sensie, dzisiejszy dzień przywitałem z ulgą – akt republikańskiej transcendencji zakończony. Polityczność, tak wezbrana w czasie dokonywania się tego skrutynium, nieco osłabnie, pozwoli skoncentrować się intelektualnie na innych kwestiach.
Przegrałem zakład z K., myliłem się, Tusk zapewne zostanie premierem nie tylko na billboardzie. Nie zmieniam jednak zdania na temat jego braku właściwości i sądzę, że przekonamy się o nim prędzej, niż się komuś może wydawać.
Nie zmieniam zdania również na temat potencjalnej historycznej wielkości Jarosława Kaczyńskiego – chociaż żubr się zadyszał, to Kaczyński swojej szansy na wielkość nie stracił. Polska nie wypuszcza go ze swych objęć.
O czym jeszcze warto przypominać, kiedy przychodzi odprężenie po wyborczym spazmie: nie zapominajmy o polityczności, nie folgujmy lenistwu iluzjami konsensusu, porozumienia ponad podziałami, jedności opartej nie na idei Polski, lecz na beztożsamości.
Należy mieć odwagę i powiedzieć zwycięskim wrogom to, co powiedział im Jarosław Marek Rymkiewicz dwanaście lat temu. Jeśli nad dosadność i celność przedkładamy maniery, to możemy porzucić pierwsze zdanie życzeń Rymkiewicza i przypomnieć zapomnianą końcówkę tego bonmotu: „I nie myślcie sobie, że jesteście Polsce potrzebni. Polska was nie potrzebuje.” Nawet jeśli jest was więcej, to i tak nie jesteście Polsce potrzebni.
To właśnie jest polityczność.
Polska nie potrzebuje zgody, nie potrzebuje konsensusu, nijakiej jedności. Polska potrzebuje politycznej wojny. Nie szukajmy płaszczyzny porozumienia, szukajmy raczej słabych punktów. Jedność – tylko przez zwycięstwo.
Tylko gnany politycznym sporem na śmierć i życie żubr nie zatrzyma się w biegu.
Amen
Bijmy się więc. Aż do zwycięstwa.
Radzę wam, drodzy konserwatyści, poćwiczyć jeszcze trochę strzelanie do papierowych tarczy z pistoletów, walkę na łyżki od butów i gryzienie żubra w dupę, a niechybnie kolejne zwycięstwo w wyborach należeć będzie właśnie do was. Wtedy to wasz ukochany Jareczek powróci do władzy na lśniącym rydwanie, ciągniętym przez byłych członków PZPR Ryszarda Bendera oraz Wojciecha Jasińskiego, wspomagany w swej boskości przez ojca Tadeo.
Na Michnika!
monsieur, dal porządku, Ryszard Bender nie był członkiem PZPR
monsieur, dla porządku, Ryszard Bender nie był członkiem PZPR
Popieram. Polska potrzebuje sporu o jej kształt. Inaczej będzie bezkształtna.
Mesje antychrist został wypuszczony z więzienia CBA przez zwycięską PO. No to teraz czekamy na powrót z gułagu Tomasza Lisa.
Czy Monsieur powtarza już sobie pod nosem „nie jestem człowiekiem, jestem dynamitem”?
widzę, że powoli robi się tutaj ostro, wiec i ja pofikam. Ja Szczepan niezwykle cenię Twoje analizy polityczne, ale nie rozumiem tego momentu zawierzenia. Jaka szansa na wielkość? Co to znaczy? Ostatnim, który miał szansę w tej skali był Wałęsa, a Jarkacz cudownie powtarza jego drogę, te same błędy, jakby nic przez 15 lat się nie nauczył.
Z innej beczki: czy mój mail sprzed około tygodnia dotarł do Gospodarza?
Oczywiście, że Kaczor swojej szansy na wielkość nie stracił. Przecież ma za sobą te 30% wyborców złożonych wyłącznie z twardego elektoratu. Nie ma też chyba w całej Europie bardziej aktywnego, bezkompromisowego i odpornego psychicznie polityka, a przecież – jeśli wolno mi postawić taką tezę – politykę kształtują silne, wodzowskie osobowości. A w końcu, idąc śladem myśli Rymkiewicza, która jest przecież z ducha sarmacka, mesjańska, a właściwie wieszczarska, czymś naturalnym dla Polaków jest zdobywanie wolności w warunkach mentalnego upodlenia.
Twój dzisiejszy tekst, Szczepanie, powtarza dokładnie ten sam postulat wybudzania „pawia narodów i papugi” z chocholego snu, co Wyspiański (a za nim genialny Rymkiewicz) :
„CHOCHOŁ :
Powyjmuj im kosy z rąk,
poodpasuj szable z pęt,
zaraz ich odejdzie Smęt.
Na czołach im kółka zrób,
skrzypki mi do ręki daj;
ja muzykę zacznę sam,
tęgo gram, tęgo gram.
(…)
(Kogut pieje).
JASIEK
(jakby tknięty przytomniejąc)
Jezu! Jezu! zapioł kur! – -
Hej, hej, bracia, chyćcie koni!
chyćcie broni, chyćcie broni!!
Czeka was WAWELSKI DWÓR!!!
CHOCHOŁ
(w takt się chyla a przygrywa)
Ostał ci sie ino sznur.”
===
PS. Extra blog :-).
Lelum, takie elektoraty to ludzie juz mieli i wyszło jak zwykle. Nie zamierzam, nie chcę dołączać do prymitywnego ryku przeciwko Kaczorom, ale trudno znaleźć potiwerdzenie cech o których piszesz, szczególnie że robrajająco, koncertowo, przerżnął na własne zyczenie a potem jeszcze bełkotął coś o Piotrowskim. Facet kombinuje dwie dekady i jakos nic wyjśc mu nie może. Kiedy kończy się szansa na wielkość? Po smierci?
Królu, zależy co rozumiemy przez wielkość. Ty byś pewnie chciał, żeby Kaczor wziął, wygrał i rządził. Ja też. Ale działanie w skomplikowanych, dynamicznych i/lub skrajnie wrogich kontekstach – od międzynarodowego przez wewnętrzny po nadworny – jest jak widać ponad siły jednego człowieka.
Wielkość Jarka polega na wytrwałym realizowaniu słusznej wizji w przeciwieństwie do doraźnych działań plastikowych sługusów rozmaitych układów. Może to tylko moja wiara, ale ja wierzę, że historia rozgrywa się w dokładnie określonej aksjologii, a nie w chaosie czy próżni. Widać to szczególnie po historii Polski, gdzie zwycięstwa są prawie wyłącznie pośmiertne.
Lelum, tylko że historię i podręczniki szkolne napiszą ci plastikowi a nie JMR. Chyba nie zauważacie, że PiS przegrał przez młodych ludzi wyedukowanych przez III RP.
Arturao, tu można by się spierać, co jest rzeczywistym zródłem politycznych wyborów – czy powierzchowna recepcja miazmatów Wielkiej Prostytutki (= obecnie mentalności globalnego neoliberalizmu, która stoi za zwycięstwem PO) czy może naturalna skłoność ludzkich serc do poszukiwania sprawiedliwości, prawdy i dobra ? Mie sie wydaji, że to drugie.
Ja akurat pradu wartościującego, któym suna sobie dzieje nie bardzo umiem dostrzec. Nie wiem czy akurat chciałbym, żeby Kaczor wygrał i rzadził, a jajo w tym, że jakby nawet tak się stało, to byłoby jak zwykle. Czyli ogólna niemozność, tyle, że ubek brałby mniejszą emeryturę (może). Trudne warunki nie usprawiedliwiają nieudolności, ale nie aż takiej. Ja się sobie nie dziwię, dziwię się Wamgdzie jest lustracja, gdzie deubekizacja, gdzie zakaz aborcji? Gdzie Wasze, konserwatyści, postulaty zostały spełnione?
Widze tu sprzeczność. Jest akt zawierzenia, uznania wielkości, mimo niespełnienia oczekiwań.
W takim razie, jeśli przyjmiemy za wielkość przywiązanie do okreslonej wizji i nieustannie, choc nieudane próby jej realizowania, to w te wielkość wyposażeni są np. Korwin albo Ikonowicz. Wyzłosliwiam się, ale zarazem próbuję zrozumiec o co Wam Lelumie, Szczepanie chodzi.
P
Arturo, tu można by się spierać, co jest rzeczywistym zródłem politycznych wyborów – czy powierzchowna recepcja miazmatów Wielkiej Prostytutki (= obecnie mentalności globalnego neoliberalizmu, która stoi za zwycięstwem PO) czy może naturalna skłoność ludzkich serc do poszukiwania sprawiedliwości, prawdy i dobra ? Mie sie wydaji, że to drugie.
Królu, nie wiem jak Szczepanowi (może by w końcu wydrukował ten obiecany artykuł… ;-D), ale mnie chodzi o to, że Kaczor ma moralny mandat do sprawowania władzy, najkrócej mówiąc wie, co jest sprawiedliwe. Upodabnia go to (tutaj uwaga, mówię prawie serio !) – do namaszczonego władcy, a jego wyborców – do poddanych pokładających w nim wiarę niemal religijną.
@próbuję zrozumiec o co Wam Lelumie, Szczepanie chodzi.
Próbujesz, drogi Łukaszu, zrozumieć wariata. Nie zrozumiesz, ino we łbie Ci sie pokitrasi.
A co do lustracji, deubekizacji i aborcji, to bądzmy realistami, żadna z nich nie miała szansy na przejście – lustracja z powodu zbyt restrykcyjnej ustawy, deubekizacja z powodu nie ruszenia lustracji, a aborcja to w ogóle nie był postulat programowy PiSu tylko jego przystawek – pryncypialnie Jurka, a koniunkturalnie Giertycha (przypominam, że chodziło o wyłącznie wolicjonalną deklarację państwa w kwestii ewentualnego ratowania rocznie około 30 istnień ludzkich we wczesnym okresie płodowym).
Bóluś, ja wolę zrozumieć wariata niż słuchac normalnych.
Lelum-no dobra, ale przykłady które podajesz były wiadome wcześniej, a potem zrobiono wielkie halo, że gnidy z układu łeb utraciły. Rozumiem, ze tak tłumaczyc trzeba.
Natomiast skąd moralny mandat do sprawowania władzy wynika, nie mam znów pojęcia. Pytam sie Cie i pytam, a dalej nie łapię.
Mam przedziwne wrażenie, że sama struktura władzy przetrąca moralny kręgosłup. a on sam nie ejst do rzadzenia, nawet sensownego potrzebny, być może nawewt szkodzi. Ale zawęzam kwestię do pytania: co temu człowiekowi, który dotąd wszytsko spieprzył, dało taki bonus?
Bzdura. Polsce potrzebny jest spór o jej przyszłość, choćby nieustający. Ale walka polityczna Polsce jest na nic, przynajmniej nie w takiej formie, jak przez ostatnie dwa lata. Walka o pryncypia – tak, ale jeśli nie oznacza ogólnej inercji, nie zastępuje działań cokolwiek przyziemnych.
Polityka tym się różni od filozofii, że ma też zajmować się wodociągami, drogami, szkołami, wysokością rent, i całym tym przyziemnym bagażem, o którym ideolodzy najchętniej by zapomnieli. Cóż Polsce po tym, że Kaczyński przez dwa lata powtarzał, że zmienia Polskę i że jest brutalnie atakowany, skoro Polski nie zmienił? Nie zrobił literalnie nic. Owszem, dzięki niemu (lub w opozycji do niego) odżyły spory o to, jaka Polska ma być w przyszłości. Tyle że co nam to daje? Nic.
Równie dobrze moglibyśmy się spierać o przyszły wygląd nowego modelu Fiata, nawet z użyciem tych samych argumentów. Jeśli byśmy robili to w tym samym stylu co PiS, na koniec i tak pojawić by się musiał ktoś spoza – i ten samochód zaprojektować. Bo samo mówienie o samochodzie to jeszcze za mało.
Królu, muszę Ci tłumaczyć jak dziecku ? Jeden polityk trafnie diagnozuje rzeczywistość, inny nie. Reagan uważał, że największym nieszczęściem powojennego świata była zimna wojna i po wielu nieudanych próbach udało mu się rozpirzyć dziadziejący już na szczęście imperializm CCCP. Kaczyński uważa, że robakiem, który toczy Polskę są pozostałości komunizmu we wszystkich sferach życia państwa, zwłaszcza istnienie oligarchii finansowo-polityczno-medialnej, która nie jest niczym innym jak postsowiecką mafią. Jak to nie jest mandat do sprawowania władzy, to nie wiem co nim jest.
Co do władzy, która demoralizuje : może tak, a może nie. Też się zastanawiam, gdzie jest granica między wiernością zasadom, która jest warunkiem sukcesu a konformizmem/ oportunizmem/ makiawelizmem koniecznym do jej utrzymania. Na podstawie wieloletnich działań Kaczorów można sądzić, że to nie konformizm wchodzi w grę tylko nadmiar nonkonformizmu, który naturalnie skutkuje zmęczeniem materiału. To co Ty odbierasz jako „spieprzanie wszystkiego” dla mnie jest znakiem wypalenia. Jarek zachowuje się tak, jakby zaminował teren i w desperacji (ale przecież z pełną świadomością konieczności wykonania zadania !) sam latał po polu, tracąc po kolei rączki i nóżki. Dla mnie duże i małe zwycięstwa Kaczora są oczywiste, ale sceptycy zawsze będą się dziwić dlaczego tak mało i dlaczego zdetonowanie gnojówki tak śmierdzi. Lepiej ją zasypać piaskiem i zbudować, kurna, Sheraton. Zresztą przecież żadnej gnojówki i tak nie ma.
Problem polega właśnie na tym: politycy bez właściwości politykę najchętniej zredukowaliby do zarządzania i administrowania, najlepiej według światłych dyrektyw z zewnątrz.
Jeśli mamy mieć taką politykę, to już lepiej zwinąć ten geszeft, bo Polska zredukowana do formy administrowania terytorium, zamieszkałym przez Polaków nie jest warta zachodu.
Polska – jak każde państwo – ma sens tylko wtedy, jeśli jest drogą, na jakiej wspólnota poszukuje historycznej wielkości.
Polska jako mieszczański geszefcik, zamieszkały przez głupkowato uśmiechniętych, poczciwych i wykastrowanych z tożsamości klientów supermarketu – a takim właśnie mieszczańskim geszefcikiem są dzisiejsze Niemcy – to raczej Niepolska, oparta na beztożsamości.
Ta geszefciarska Niepolska budzi we mnie tylko wstręt.
„Jeśli mamy mieć taką politykę, to już lepiej zwinąć ten geszeft, bo Polska zredukowana do formy administrowania terytorium, zamieszkałym przez Polaków nie jest warta zachodu.”
Zbudowanie przyzwoicie funkcjonującego państwa nie jest warte zachodu?
„Polska – jak każde państwo – ma sens tylko wtedy, jeśli jest drogą, na jakiej wspólnota poszukuje historycznej wielkości.
Polska jako mieszczański geszefcik, zamieszkały przez głupkowato uśmiechniętych, poczciwych i wykastrowanych z tożsamości klientów supermarketu – a takim właśnie mieszczańskim geszefcikiem są dzisiejsze Niemcy – to raczej Niepolska, oparta na beztożsamości.”
Ależ historyczna wielkość dzisiejszych Niemiec (i kilku innych krajów na zachód od nas) tkwi właśnie w tym: w bardzo dobrze zorganizowanym państwie, które potrafi zbudować i utrzymać bezpłatną sieć autostrad, zapewnić fantastyczny wręcz standard życia emerytów i dobrze zaopatrzone supermarkety. Dużo czasu minęło zanim zrozumiano jak to osiągnąć, zwłaszcza w Niemczech. Większość krajów do dziś tego nie ma, choć bardzo by chciało.
„Ta geszefciarska Niepolska budzi we mnie tylko wstręt.”
Ale to – niezbyt grzecznie mówiąc – twój problem, autorze.
„Droga, na jakiej wspólnota poszukuje historycznej wielkości” – jakie to dziewiętnastowieczne…
Wiesz co, Polska już sobie szukała sensu i wyznaczała ideologiczne cele. Zostały po tym gierkowskie osiedla. To i tak sporo, ale już może starczy.
Polska nie potrzebuje sporów, kochani, ale sprawnego administratora. faceta, któy zamiast snic o wielkości zdoła sensownie ją zarzadzać. Mnie juz mdli od tych mesjańskich tęsknot, wyszukiwania kolejnych przywódców i mężów opatrznościowych, ołtarzyków dla Piłsudskiego i tak dalej.
Z punktu widzenia Europ[y rzeczywiście tkwimy w bezdziejowości w której historyczna wielkość nie jest możliwa. Bo i po co.
Ja nie chcę historycznej wielkości, ale kraju, w którym każdty będzie mógł być sobie żałosny, mały, albo i wielki, kolegował się z innymi wielkimi, zakładał kluby wielkosci. Ale przewodnik ku wielkości, człowiek-drogowskaz skończy się jakims nieszczęściem. Czasy się zmieniły, kochani.
pisze na raty jednak. natomiast Szczepan masz rację w jednym: zwijanie geszeftu.
Ważne jest to, aby na terenie Polski, gdzie żyjemy była wolność, w znaczeniu liberalnym, tak jak rozumiał ją np Dzielski. I to jest wazniejsze od istnienia Polski jako takiej i wybór pomiędzy Polska a Wolnością jest dla mnie jasny.
I tę wolność będzie mógł zabrać każdy skurwiel z czołgami. Polska jest potrzebna jako strażnik wolności, niekoniecznie złotej, ale wolności. Stawianie wyboru: Polska- Wolność jest bez sensu.
Ja kocham Polskę min. za tę właśnie wolność.
nie napisałem, że jest opozycja, ale wspominałem o teoretycznej, choć niezbyt możliwej sytuacji wyboru. Tymczasem w Polsce, Korowiowie, wolności nie ma.
Tak się zastanawiam, Szczepan, czy czasami Kaczyński nie urzekł Cię tym, że to jest faktycznie ostatni europejski XIX-wieczny polityk (z całą swoją retoryką, życiorysem, oderwaniem od normalnego świata, bez konta etc.) w XXI wieku? Żywa skamielina, po której nastąpią już tylko sprawni menedżerowie polityczni.
Kolejnym błędem, który mam wrażenie popełniasz, jest przywiązanie do idei państwa narodowego, tworu powstałego stosunkowo niedawno, który – być może – przynajmniej w przypadku bezpiecznej i sytej Europy, dobiega swoich dni i może być zastąpiony przez federację czy jakąś inną formę organizacji dzisiejszych państw.
Niepotrzebnie szukasz „historycznej wielkości” w polskiej, dosyć sztucznej państwowości (och, już się przyzwyczailiśmy, a przynajmniej pokolenia urodzone w latach 1950.) uwięzionej w granicach z 1945, pozbawionej choćby domieszki innych nacji, homogenicznej, a przez to bardzo ksenofobicznej. Może czas przestawić się na „europejską wielkość”. To trochę tak, jak z poczuciem, że jesteś Ślązakiem, ale i Polakiem, może dojść trzeci poziom dumy, z faktu, że jesteś Europejczykiem (nie chodzi mi o kategorie geograficzne, ale tego federacyjnego tworu, przyszłej UE). Zamiast walczyć z europejskim organizmem, nie lepiej wykorzystać go, jako pierwszy oderwać się od swoistego zaścianka, wytyczanego przez Bug, Tatry i Odrę,
Mam wrażenie, że w takiej UE, przestaniemy się bać Niemców jako takich, bo pojawią się ponownie Bawarczycy, Hanowerczycy, Saksończycy i tak dalej, proces dekompozycji wielu państw jest na całkiem zaawansowanym poziomie i sprzyja temu właśnie wizja UE – można się zakładać za ile lat rozpadnie się Belgia, co stanie się z Hiszpanią, kiedy Szkocja pójdzie swoją drogą, czy czasami Liga Północna nie zostawi balastu reszty Włoch. Polska ma tutaj tę ogromną zaletę, że jest właśnie, po ostatniej wojnie, jednolitym blokiem narodowościowym, bez żadnych pęknięć wewnętrznych.
Spróbuj popatrzyć na to w ten sposób, z innego poziomu. Bo zapieranie się rękami i nogami oraz próby powrotu do wieku XIX podejmowane przez kierowany przez Kaczyńskiego PiS, nigdy nie wypalą, a co gorsza, czynią z nas pariasa, coś w rodzaju europejskiej Białorusi. A ja o Polaków się akurat nie boję, nacja, która przeżyła rozbiory i po wieku odzyskała państwo nijak nie zamieni się ani w szare, zunifikowane w UE jednostki, ani nie rozpłynie się w innych nacjach ;)
Facet z butelką Tabasco w ustach ma o tyle rację, że od 1918 w zasadzie ciągle z kimś o coś walczymy, szarpiemy się i pojawiamy z wystrzępionym sztandarem na każdym polu bitwy, jaki się tylko trafi, ponosząc malowniczą i bohaterską porażkę (rozmiary kultu przegranych wojen, powstań czy bitew są niespotykane chyba nigdzie indziej na tej planecie), a efekty tego są mniej niż marne. Trzeba trochę po prostu popracować. Nie dla idei. Dla siebie. I dzieciaków.
R.
To tez kwestia klimatu Europy, jej wieku. Jesteśmy starym kontynentem, szanse na wielkość były i sie skończyły. Teraz najlepszym co możemy zrobic jest umieranie w spokoju i cieple.
O rany, nie spodziewałem się u Ciebie, Remov, retoryki w stylu przeciętnego, acz niższych lotów artykułu z gazwybowego cyklu „dopierdolcie, kolego, faszystowskim Kaczorom”.
Wszystkie poważne kraje europejskie prowadząc politykę na pierwszym miejscu stawiają swój interes i przy realizowaniu go nie myślą o „europejskości” – to z kraju-pariasa pochodziła pewna pani negocjator, która przed wejściem do unii dostała na europejskich salonach ksywę „Pani Tak-Tak”, co dobrze oddawało jej styl prowadzenie negocjacji. Krajem-pariasem uczynili nas nie Kaczyńscy, tylko cała ta zgraja ex-stalinowców, którzy swojego czasu przechrzcili się na liberalną demokrację, ale krońszczyzna im została, słowem, krajem-pariasem uczynili Polskę nie Kaczyński, ale Geremek z Michnikiem. Polski kompleks objawia się właśnie tym, że własną słabość i ustępliwość tłumaczymy sobie jakąś „europejskością” i pieprzymy o „byciu Europejczykami”, podczas kiedy Francuzi i Angole pozostają Francuzami i Angolami i robią to, co dobre dla Francuzów i Angoli, Unię traktując jako narzędzie do realizacji własnych interesów. Tak zachowują się kraje poważne – kraje zabawne, jak Polska, nadstawiają dupę pod bat, wznosząc oczęta ku niebu, rączki w małdrzyk i w ustach litania o wartościach europejskich.
O żałosnym polskim kulcie porażek i przegranych powstań, Remov, pisać mi naprawdę nie musisz, bo napisałem o tym nieco więcej niż akapit truizmów, można nawet znaleźć na tej stronie. Nie ruszają mnie ani trochę ci, co „poszli w bój bez broni”, moim ideałem polityka jest Bismarck, a nie, cholera wie, Traugutt, czy Rydz-Śmigły.
O tym, że państwo narodowe i narody są wynalazkiem świeżutkim, post-rewolucyjnym, również co-nieco pisałem i oświecanie mnie w tym względzie to wyważanie otwartych drzwi. Nie jestem również państwa narodowego miłośnikiem. Faktem jest natomiast, że wspólnoty narodowe to ostatnie wspólnoty, które się w Europie ostały, a państwowość musi być oparta na wspólnocie.
Dużo się mówi o europejskich separatyzmach, tyle, że od 1945 roku udało się – za sprawą Niemców – tylko i wyłącznie rozwalenie Jugosławii i Czechosłowacji, które to rozpady jednak były conajmniej w tej samej mierze efektem zewnętrznej pomocy, co wewnętrznych napięć. Ja tam nie mam o to do Niemców pretensji, zrealizowali w ten sposób swój żywotny interes, ale warto o tym pamiętać, zanim zacznie się prowadzić politykę zagraniczną z mokrego snu Drogiego Bronisława.
Ostatnie polityczne przebłyski niemieckich tożsamości lokalnych zgasły na początku lat dwudziestych, z nieudolnie podjętą próbą odłączenia Bawarii od reszty republiki weimarskiej i budowy tamże katolickiej monarchii – od tego czasu Niemcy się już wyłącznie homogenizują, lokalna tożsamość z każdym pokoleniem ma coraz mniejsze znaczenie. Skąd koncepcja, że nagle Sasi mieliby budować swoją tożsamość na saskości, skoro stanowi ona już wyłącznie skansen? Państwa poważne swojej terytorialnej i organizacyjnej tożsamości strzegą bardzo uważnie.
Jestem oczywiście zwolennikiem sojuszu z Niemcami, bo głównym wrogiem Polski jest Rosja. Niemcy przy tym są słabsze, bo kulturowo i tożsamościowo wykastrowane, skrępowane swoim gigantycznym kompleksem historycznym – przy Rosji, która zupełnie nie obawia się prowadzić polityki, jak Ty to nazywasz, XIX-wiecznej (inne takie kraje to USA i Izrael, szczególnie ten ostatni – i to powinny być wzorce dla Polski), a lepiej sprzymierzyć się z przeciwnikiem słabszym. Sojusz jednak nie oznacza polityki wasalnej, jaką prowadzono w latach 90-tych.
Unia jako federacja regionów, tak samo jak zastępowanie tożsamości narodowej tożsamością regionalną to kompletne nieporozumienie. O jakiej tożsamości mogą mówić Polacy mieszkający na Ziemiach Odzyskanych? Jedyna zasiedziała ludność w Polsce to Kaszubi, Górale i Ślązacy. Reszta to przybysze, na ogół pozbawieni głębszych więzi z ziemią, na której żyją. Więc jeśli zastąpi się im państwo jakimś „landem”, to od razu zginą w tej europejskiej pulpie.
Zgadzam się z tym, co pisze Szczepan, z jednym wyjątkiem: współczesne poważne państwa już nie poszukują historycznej wielkości lecz sposobu utrzymania jak najwyższego PKB w jak najdłuższym okresie czasu. Poza tym pełna zgoda.
A jak mają poszukiwać tejże wielkości (poza fundamentalnym pytaniem-po co), skoro mamy rotację władzy co cztery lata, co wymusza skupienie sie na konkrecie. Nie jestem wielbicielem demokracji, ale po dwustu latach szukania historycznej wielkości poprosze przynajmniej 20 z wysokim PKB. Tak dla małej odmiany.
czytał Pan Żiżka Rewolucje u bram? propozycje padają bardzo podobne tyle ,że z lewej strony. Być może należy połączyć siły i złączyć się w tej walce ? co Pan o tym sądzi? Czy identyfikuje Pan tak jak Żiżek źródło problemu w konsensusie neoliberalnym (ze wszystkimi jego konsekwencjami -> kultura ponowoczesna). Pozdrawiam, Kamil
Z tą różnicą ,że Żiżek wyjście z beznadziejnego kręgu biopolityki widzi w agresywnym, mocno wyartykułowanym sprzeciwie wobec wszystkich którzy godzą w realną demokracje: zarówno przeciwko Talibom jak i Kissingerowi, przeciwko Putinowi i Braciom Kaczyńskim. Czy problem nie polega aby na tym aby przywrócić utopie która otworzy drogę do prawdziwej polityki? W Pana przypadku byłby to interes współnoty/narodowy a przypadku Żiżka interes globalny/walka z cynizmem i przemocą.