Zapowiedź trzecia i ostatnia.
„Przemienienie” z początkiem marca trafi do księgarń.
(…)Kawiarnia „Pod prasą”, zwana też „Tramwajem” była terenem neutralnym. Panowała tu niepisana zasada – bandyci nie kradną, czekiści nie aresztują i nie werbują, dziennikarze nie udają Jacka Nicholsona z filmu „Zawód – reporter” i nie wygłupiają się próbami wykorzystania zasłyszanych tu informacji.
Oczywiście, niewłaściwy tekst i tak zostałby zatrzymany, bo z każdą wątpliwością naczelni z mieszczących się wyżej redakcji „Dziennika Zachodniego” i „Trybuny Robotniczej” biegli zaraz do sekretarza wojewódzkiego, ale „Pod prasą” dziennikarze mogli czasem usłyszeć i takie rzeczy, o których nawet partia wiedzieć nie powinna, więc, kiedy pili tam swoją ciepłą wódkę i kurzyli carmeny, to usypiali swoje stępione cenzurą, dziennikarskie nosy.(…)
(…)Kiedy do podłużnego lokalu, zastawionego stolikami jak wagon restauracyjny, weszli Zdzisiek Klewka z Antkiem Szarzyńskim, nie było ani jednego wolnego miejsca, ale Olo, ważny cinkciarz, zaprosił od razu do stolika. Klewka odmówił uprzejmym gestem, a Olo był zbyt inteligentny, aby nalegać. Zamiast tego, w dwóch słowach wyrzucił z knajpy młodych złodziejaszków, opijających na smutno jakąś życiową porażkę. W zasadzie było to jedno słowo, tyle że powtórzone:
– Spierdalać. Spierdalać! – Za drugim razem dobitniej, bo jeden ze złodziei, chyba niezbyt zorientowany w pozycji, jaką Olo zajmował w bandyckim światku, chciał zaprotestować. Na szczęście dla młodego bandyty, bardziej otrzaskany kolega uciszył go w samą porę i zniknęli. Klewka podziękował Olowi, dotykając palcem skroni, w niedbałym niby-salucie i usiedli.
Antek wiedział, że nie ma szans dotrzymać kroku w chlaniu doświadczonemu Klewce. Przypomniał sobie francuską powieść szpiegowską, którą czytał, ucząc się języka w Legionowie; główny bohater, oficer francuskiego wywiadu spotyka się tam w knajpie z Amerykaninem i przekupuje kelnera, by ten nalewał wodę zamiast wódki. Albo chodziło o jakiś inny alkohol, nie pamiętał już, postanowił w każdym razie spróbować. Musiał uprzedzić kelnera, zanim ten przyjdzie do stolika. Zamaskował ten pośpiech troską o gościa, rzucił jakiś banał o kiepskiej obsłudze i pobiegł do baru. Zamówił dwa razy setkę ze śledzikiem na zagrychę, wręczył krzątającemu się za ladą kelnerowi pięćset złotych.
– Wydaj jak z setki – powiedział, patrząc w inną stronę.
Stary kelner natychmiast zwinął banknot i wydając resztę według polecenia Szarzyńskiego, zapytał cicho z wyraźnym, śląskim akcentem:
– A to za co, kierowniku?
– Będziemy pili. Co drugą kolejkę przynoś mi w kieliszku wodę, a koledze normalnie. Płacę jak za wódkę, więc jeszcze trochę ci do kieszeni wpadnie.
Kelner uśmiechnął się z radością, jakby cieszył się z uczestnictwa w kawale i pokiwał głową. Szarzyński wrócił do stolika. Kapitan odpalał właśnie camela. Kiedy Antek usiadł, Klewka wyciągnął ku niemu otwartą paczkę, podporucznik skorzystał z poczęstunku. Przez chwilę obaj palili w milczeniu, delektując się luksusowym smakiem amerykańskiego tytoniu. Ciszę przerwał kelner, przynosząc do stolika dwie setki i dwa talerzyki ze śledzikiem w oleju.
– Nie weźmiemy od razu flaszki? – zdziwił się Klewka.
– A po co, panie kapitanie? – Antek ciągle miał problem z wyborem miedzy panem, obywatelem a towarzyszem. Stwierdził, że w knajpie, w której pewnie i tak zaraz wywalą brudzia, „pan” będzie najodpowiedniejszy. – Po co, niech se pan ober pobiega, niech nam nalewa, co się mamy sami męczyć.
– Też racja. No to – na zdrowie!
Wychylili setki, do dna. Antek nie lubił wódki, a już na pewno nie ciepłej i pitej setkami, żołądek szarpnął się, nie chcąc przyjąć takiej ilości gorzały, ale Antek miał silną wolę, więc dopił do końca i odstawił z trzaskiem na stół.
– Uch. Dalej to już pięćdziesiątkami może, co?
– Dobra, stawia kolega, to kolega decyduje, co i jak pijemy. – Klewka również miał problem z formami grzecznościowymi. Widać uświadomił to sobie, łącznie z tym, że to on, jako starszy wiekiem i stopniem, powinien zaproponować bruderszaft.
– Panie kolego, co se mamy panować, nie? Brudzia trza wypić! – ucieszył się.
Antek zrobił minę, jakby królowa angielska wręczyła mu nominację na lorda, czy co tam się otrzymuje, kiedy się zostaje lordem.
– No ja z chęcią… – powiedział, machnął na kelnera, zamówił dwie pięćdziesiątki. Podnieśli się nad stołem, skrzyżowali ramionami i wychylili, Klewka wódkę, Antek wodę, mówiąc do siebie:
– Antek.
– Zdzichu.
Opadli z powrotem na wyściełane siedziska. Zdzichu poprosił o piwo na zapitkę, oprócz śledzika, Antek przywołał kelnera i zamówił nową kolejkę, jeszcze śledzika i piwo dla kolegi. Zauważył, że Klewka, chociaż odporny na alkohol, po stu pięćdziesięciu gramach wódki stał się wyraźnie zrelaksowany i spokojny. Poluzował krawat, rozparł się wygodnie i przypomniał sobie krótką wymianę zdań z samochodu.
– Drzewiecki, mówisz, to twój wujek – dobra wróżka, tak? – zagaił.
– No, zajął się mną, inni nie mieli takiego szczęścia, wyciągnął mnie z tego bidulowego syfu, nie da się ukryć – odparł Szarzyński, próbując dociec, cóż takiego Klewce chodzi po głowie.
– A gdzie był ten twój dom dziecka? – zapytał Zdzichu, patrząc przez okno na katowicki rynek.
– W Pilchowicach – odpowiedział Antek, spodziewając się zdziwionego „a gdzież to jest?”.
Ale Klewka zareagował inaczej, niż podporucznik się spodziewał. Nie rzekł nic, zamoczył tylko usta w kuflu górnośląskiego, jakby bardzo chciał nie dać po sobie nic poznać. Odstawił po chwili opróżnione w jednej trzeciej szkło na stół, otarł pianę z wąsów i zmienił temat:
– Fajna ta dupeczka nowa w sekretariacie, co? Szkoda, że mężatka…
Antek podjął wątek, nie zdradzając się oczywiście ze swoimi planami co do pani Kazimierczak i gwarzyli sobie wesoło, pijąc wódkę zagryzaną śledzikiem i czerstwym nieco chlebem. W tle leciała stara płyta Kombi, z jakiejś zjechanej, przeciągającej kasety, Klewka nucił sobie co jakiś czas pod nosem „słodkiego, miłego życia, bez chłodu głodu i picia”, z każdą kolejką coraz głośniej. Opowiedział anegdotę z księdzem, przyprowadzającym kochankę do hotelu, który z Granda stał się hotelem Warszawa, a Klewka dołączył, jako trzynasty, do tuzina innych esbeków, którzy podobno byli wtedy w rzeczonym pokoju.
Po dwóch godzinach picia zjedli obiad, co jakiś czas milkli i siedzieli w ciszy, patrząc na czerwone tramwaje, które mijały się na rynku, po torach, krzyżujących się w skomplikowanej siatce. Między tramwajami spieszyli ludzie, do domów, na obiady i przed telewizor, gapić się na pająka-chwata, wszystkich brata, na dziennik, a potem na „Kryptonim Trianon”, film produkcji ZSRR. Później zamkną się okna jak oczy, rozświetlone żarówkami czterdzieści i sześćdziesiąt wat, z powiekami firanek i rzęsami rachitycznych kwiatków na kuchennych parapetach. Świecić będą tylko neony na Warszawskiej i Stawowej i jedna albo dwie żarówki w każdym bloku, w sypialniach odważnych kochanków, którzy chcą sycić nie tylko dłonie, ale i oczy, w pokojach wrażliwych trzynastolatków, którzy nie wyjechali na wakacje do Ustronia albo do Chlewisk i zamiast tego płyną przez oceany z kapitanami piętnastoletnim i Nemo albo z Tomkiem Wilmowskim. Może za którymś z tych ciągle rozświetlonych oczu miasta kręci się powielacz, na kredensie stoi bimber, z kasety cieknie nagrany na koncercie Kaczmarski, a każdy z pięciu zebranych w pokoju opozycjonistów słusznie podejrzewa kolegów o to, że kapują na SB.
O dwudziestej drugiej Antek był już pijany. Zdzichu pijany był mocniej, ale trzymał się jeszcze pionu, jak okazało się, kiedy chwiejnie ruszył w kierunku toalety. Wykorzystując nieobecność kolegi, Antek przywołał kelnera i kazał od teraz podawać sobie już wyłącznie wodę. Nie chciał od Klewki wyciągać niczego o Strukturze i „Sułtanie” samemu, czekał, aż pijany kapitan sam zejdzie na ten temat.
Przecież myśli o tym, a tutaj ma przed sobą nowego kolegę ze Struktury, przed obliczem którego aż tak ścisła konspiracja nie obowiązuje. W takiej sytuacji nawet czekista, zwłaszcza pijany, powinien puścić farbę. Tymczasem, do tej pory, Klewka najpierw zanudzał Szarzyńskiego opowieściami o meczach Zagłębia Sosnowiec sprzed dziesięciu lat. Antek prawie machinalnie podtrzymywał te opowieści bezczelnie obojętną funkcją fatyczną; Klewka słuchał sam siebie, nie przeszkadzało mu, że Antek tylko potwierdza jego słowa paroma „no, no”, „coś takiego”, „naprawdę?” i „o, kurwa!” w najbardziej emocjonujących momentach. Potem przeszedł do swojego smutnego dzieciństwa w Sosnowcu; ojciec robotnik i pijak, matka w domu, bida z nędzą, syf, ciężka robota, i on, marzący, żeby się wyrwać i się wyrwał, dzięki ciężkiej pracy, takie tam. W okolicach dwunastej pięćdziesiątki Zdzichu zaczął się zwierzać jak bardzo kocha resort-matuchnę, która mu wszystko dała, a potem przeszedł do żalu do społeczeństwa, że lud nie uważa ich, esbeków, za patriotów, a kto bardziej niż on kocha Polskę? Kooo-oocham! – mówił, przeciągając w pijackiej wokalizie, w czułym geście chwytając Antka za przedramię, aby jeszcze podkreślić swoją miłość ojczyzny.
Wypili znowu.
– Widzisz, Antek, ty jednak równy chłop jesteś. Myślałem, że z ciebie nadęty chujek w amerykańskich ciuchach, a ty jednak równy chłop jesteś, no – powiedział kapitan Zdzisław Klewka, patrząc na Antka z wódczaną sympatią.
– Znasz, Zdzisiu, porucznika Kwaśnego? – zapytał Szarzyński.
– Znam, no, pewnie. Taki dziwak jeden, odludek. Głupi jak but. Kiedyś spuścił wpierdol Micińskiemu, na imprezie, nie wiadomo za co. Dostał naganę, z wpisem, ale darowali mu, bo to świetny werbunkowiec jest, mimo, że taki tępy. Werbuje dobrze, bo się nie pierdoli, bez obciachu wali w ryj, jak za czasów Radkiewicza i Sierowa. I nikt go nie lubi. A co, czemu pytasz? – zmitygował się nagle Klewka, dowodząc, że jeszcze panuje nad reglamentacją informacji.
– A nic, tak tylko. Widziałem go ostatnio na korytarzu, powiedzieli mi, że to Kwaśny, a nie było go na mojej powitalnej imprezie.
– No nie było, bo to odludek jest, z nikim się nie kumpluje. Chyba był w grupie D, zanim ją zlikwidowali. Ale co tam Kwaśny, słuchajże, Anteczku, może byśmy na dziwki skoczyli, co? – Klewka uśmiechnął się szeroko. – Panienki ja postawię, żeby ci się za wódeczkę odwdzięczyć.
Antek zgodził się skwapliwie, miał nadzieję, że Zdzichu uzna taką wspólną przygodę za początek pięknej przyjaźni. Poszedł więc do baru, zapłacił kelnerowi tak, jak obiecał i dopieścił go jeszcze dodatkowym Waryńskim, po czym wyszli z Klewką na zewnątrz. Noc była ciepła. Mimo pierwszego dnia upału, betonowo-asfaltowe tkanki miasta zdążyły już nasiąknąć ciepłem, oddawały je teraz w ciężkie od kopalnianych i hutniczych dymów powietrze. Wsiedli do samochodu, Antek przeciął rynek, łamiąc kilka przepisów, na czele z prowadzeniem pojazdu mechanicznego pod wpływem, zjechał na Warszawską, z Warszawskiej w Bankową, zaparkował pod Wydziałem Nauk Społecznych.
– Tu żem studiował, politologię… – rozczulił się Klewka. – Ale nie skończyłem, po trzecim roku złożyłem papiery na milicję, bo chciałem być detektywem i skierowali mnie do Legionowa.
Ruszyli chwiejnie w górę Bankowej.
– Obywatelu, obywatel prowadził w tym stanie?! – zatrzymał ich męski głos.
Szarzyński odwrócił się. Na schodach rektoratu stało dwóch milicjantów – krawężników. Pewnie zrobili sobie odpoczynek w nocnym patrolu.
– Dokumenty – powiedział milicjant.
Antek chciał się wytłumaczyć, ale Klewka go ubiegł.
– Kolego, uprzejmie się od nas odpierdol – wybełkotał, wyciągając z kieszeni spodni esbecką szmatę i machając nią do milicjanta. Ten poznał legitymację, nawet w świetle nielicznych latarń, a gdyby nawet nie poznał, ton wystarczająco określił pozycję dwóch pijaków, których chciał wylegitymować.
– No, panowie, tak nie można… – powiedział, żeby zupełnie nie stracić twarzy. Zasalutował niechętnie, skinął na kumpla i poszli.
Milicjanci musieli przepłoszyć prostytutki.
– Poczekamy chwilę i zaraz przyjdą – powiedział Klewka, siadając na ławce. Antek nie miał ochoty powalać sobie dżinsów, więc nie siadał, i słusznie, bo po minucie, jak na potwierdzenie słów kapitana, zza WNS-u wyszedł niewielki, chudy facecik, w rozkloszowanych dżinsach i rozpiętej do pępka koszuli.
– Uszanowanie panu kapitanowi – powiedział uprzejmie.
Klewka przez chwilę usilnie ogniskował wzrok na kulturalnym przechodniu i kiedy w końcu złapał ostrość, ucieszył się:
– A, pan Stefan! Witam, witam! Kierowniku, jakieś dwie prima sort dziewuszki nam by się przydały do wyrka. Zrobi się?
– Dla pana kapitana zawsze. Do mieszkania, czy u pań na chacie? – zapytał alfons.
– Może być u mnie. Mieszkam w pierwszej Gwieździe, zaraz tutaj – powiedział Antek.
– A, pięknie! – znowu ucieszył się Klewka. – Anteczku, a masz jakąś wódzię na chacie?
– Się znajdzie.
Szarzyński podał alfonsowi adres, Klewka wcisnął mu stówkę za fatygę. Wrócili do samochodu i pojechali pod blok Antka. Chociaż w prostej linii od pierwszej Gwiazdy dzieliło ich nie więcej jak sto pięćdziesiąt metrów, to żeby dojechać tam samochodem musieli wrócić na rynek, dotrzeć do ronda pod Spodkiem i dopiero tam skręcić w Roździeńskiego.
– Powiem ci, Antoś, że w wielkim przedsięwzięciu uczestniczysz, wielkim – powiedział kapitan Zdzichu tonem starego wygi, kiedy Antek przeciskał się Teatralną. – Ten księżulo, którego masz zwerbować, to tylko pomocniczy, mały werbunek, potrzebny do przeprowadzenia wielkiej, obliczonej na dekady gry operacyjnej. Potem, jak będziesz tego Zielarza prowadził, to dowiesz się więcej, ale pamiętaj, Antoś, że to jest w kurwę ważne, rozumiesz? Dawno się połapaliśmy, że czarnych nie da się tak po prostu zniszczyć czy rozwalić, więc mądre głowy, wysoko w centrali, wymyśliły coś innego. No, ale na to jeszcze przyjdzie czas, i tak się rozgadałem – uciął nagle.
Antek pokiwał ze zrozumieniem głową. Dzisiaj Klewka więcej nie powie, skoro się zmitygował, ale przecież mogą się napić jeszcze niejeden raz.
Kiedy byli na miejscu, kurwy czekały już pod blokiem. Szarzyński przyjrzał się paniom, kiedy Klewka gramolił się z auta. Były całkiem ładne, ubrane jak na prostytutki przystało, jedna ruda, jedna blond. Przywitali się, dziewczyny też były lekko wstawione, wjechali windą na ostatnie piętro, weszli do mieszkania, usiedli w dużym pokoju. Antek postawił na stół flaszkę budafoka i cztery kieliszki. Przypomniał sobie plakat z Patti Smith i nabrał ochoty na muzykę z jej pierwszej płyty, z „Horses”. Alkoholowo-muzyczne i filmowe pożądania były jednymi z niewielu natręctw, nad którymi Szarzyński nie potrafił zapanować. Kiedy po wódce poczuł nagłą chęć na jakąś konkretną muzykę, płytę albo piosenkę, nie umiał się powstrzymać i przerzucał sterty swoich kaset, poupychanych w pudłach, więc teraz wyjął je z szafy i zaczął szperać, nie zwracając uwagi na to, że Klewka już migdali się z jedną z prostytutek, a druga siedzi znudzona i pije kolejny kieliszek. Nagle oświeciło go: przecież ma to na płycie, nie na kasecie. Wstał, sięgnął do szafki, biała płyta z chudą brunetką na okładce stała pierwsza w kolejności. Włożył ją do gramofonu, ustawił igłę i z kolumn popłynęły trzy fortepianowe akordy „Glorii”.
– Jesus died for somebody’s sins, but not mine! – zaśpiewała Patti Smith.
– Co to za szarpidruckie gówno? – zapytał Klewka, odrywając się od biustu rudej flamy, kiedy do fortepianu dołączyły gitary elektryczne i perkusja. Kapitana gusty muzyczne pozostały gdzieś w późnych latach pięćdziesiątych, ale z obojętną łatwością akceptował wszystko, co posiadało wyraźną, miłą melodię i ujmujący tekst. W tych kategoriach mieściło się „Słodkiego miłego życia” Kombi, ale na pewno nie wyjąca po angielsku Smith. Był jednak na tyle pijany, że kiedy Szarzyński zignorował tę uwagę profana, wzruszył tylko ramionami i wrócił do obmacywania cycków swojej dziewczyny. Piosenka rozpędzała się, Antek kiwał się stojąc i powtarzał bezgłośnie słowa za wokalistką i chórkiem: „dżi-el-oł-ar-ajej – glooorija!”. Blond dziwka wstała i kręcąc biodrami w rytm muzyki, podeszła do młodego esbeka. Dopiero teraz, kiedy wstała, zauważył, że dziewczyna ma na sobie bluzkę z napisem „No Future!”, glany, założone na siatkowe pończochy i trzy kolczyki w lewym uchu. Punkowy uniform, uzupełniony skrajnie krótką mini – żeby alfons mógł uznać cały zestaw za właściwy strój do pracy.
– Pierwszy raz widzę ubeka, który słucha Patti Smith – powiedziała jasnowłosa prostytutka, wtulając się pośladkami w krocze Szarzyńskiego.
– Pierwszy raz widzę punkującą kurewkę – odparł pijany Szarzyński, kładąc ręce na biodrach dziewczyny. Tańczyli, piosenka rozpędziła się już na dobre, żeby po pięciu minutach dobrnąć do końca, Szarzyński oderwał się od dziewczyny i zanim igła przeskoczyła na drugi kawałek, uniósł ją przyciskiem i przestawił znowu na początek „Glorii”, po czym odkręcił potencjometr wzmacniacza.
– Jesus died for somebody’s sins, but not mine! – zaśpiewała Patti Smith.
– Nie, no kurwa, tak nie można – ryknął Klewka. – Chodź, Roksana, idziemy do pokoju obok, tu się nie da wytrzymać, jakiś hejwimetal, kurwa, normalnie!(…)
Myślę, że ambicja gospodarza blogu wyrażona w którymś sieciowym periodyku, aby być polskim Volkoffem jest blisko spełnienia się. Taka refleksja po lekturze fragmentu. Podoba mi się :)
Jestem już po lekturze i szczerze polecam innym miłośnikom talentu gospodarza. A także tym, którzy dotąd pozostawali wobec niego sceptyczni, bo autor z tomu na tom rozwija się bardzo wyraźnie i intensywnie. O samej książce wkrótce więcej być może na innym miejscu. Teraz zaś zaczynam już czekać na następną :-)
Kolega Obserwator czytał na pniu? :)
Obiecuję, że zapoznam się z wszystkimi dziełami Pana Twardocha, bo dotąd miałem do czynienia jeno ze Sternbergiem.