Drogowskaz nieruchomy

W dzisiejszej „Rzepie” ukazał się tekst paradny. Zainteresował mnie od razu, kiedy zauważyłem zdjęcie Józefa Kosseckiego, człowieka któremu szczerze zazdroszczę inteligencji i talentu do tworzenia sensacyjnych fabuł – a kiedy na samym początku zauważyłem nazwisko Kuczyńskiego, zainteresowanie zamieniło się w fascynację: dwie takiego formatu postacie skonfliktowane w jednym tekście!

Zacznijmy, według starszeństwa, od Kosseckiego. Jego inteligencja jest niewątpliwa, wbrew temu, co twierdził o nim cytowany przez Maję Narbutt Adam Michnik – nie pomogła mu jednak wcale, kiedy Służba Bezpieczeństwa werbowała go na tajnego współpracownika, dawno temu, pewnie jeszcze w latach sześćdziesiątych – bo też była to funkcja przyzwoitości, nie inteligencji.
Zazdroszczę Kosseckiemu talentu, gdyż mało atrakcyjny fakt kapowania czekistom na kolegów zdołał ubrać w fabułę może niezbyt spójną, ale za to sensacyjną, zakrojoną na epicką skalę – a do tego dynamiczną, rozwijającą się wraz z autorem. Bez żadnej ironii stwierdzam, że Kossecki marnuje swój talent, byłby z niego świetny autor powieści sensacyjnych.

Proszę więc rzucić okiem na (auto)biografię Kosseckiego na wikipedii. Czegóż tam nie ma: narodowcy-wallenrodyści, podejmujący arcytrudną grę wywiadowczą z Służbą Bezpieczeństwa, grę, w której wygrywają dzięki ostrości swoich umysłów. Kossecki, „główny ideolog nacjonalizującego skrzydła PZPR” publikujący książki, w których systemem kodowym opracowanym przez Ligę Narodowo-Demokratyczną przekazywane są tajne wiadomości. LN-D posiadająca agentów wpływu w wywiadach ZSRR i USA, inspirujaca Adama Michnika do publikowania głupich artykułów w „Kulturze”, ksiądz Popiełuszko zamordowany przez agentów RFN, ORMO jako policja partyjna kontrolująca MO (i major Kossecki na czele ORMO w dzielnicy Warszawa – Śródmieście). Brakuje tylko pościgów, wybuchów, pięknych samochodów i szybkich kobiet.
Równie fajne rzeczy są do poczytania na serwisie „Autonom”. Miłej lektury.

Oczywiście, nie zakładam naiwnie, że rzeczywistość peerelowskich służb specjalnych nie skrywa przed nami żadnych tajemnic; zbyt mało czasu minęło, aby historycy wiedzieli już mniej więcej wszystko. Słyszałem, od wiarygodnych osób teorie bardziej nawet fantastyczne niż elukubracje Kosseckiego, które jednocześnie wydawały się być bardziej prawdopodobne – bo też ich celem nie było przykrywanie rzeczywistości dalece bardziej siermiężnej i przaśnej.

Nie chcę rozstrzygać, czy Kossecki jest mitomanem i sam wierzy w swoje konfabulacje, czy też jest po prostu cyniczny – swoją drogą, bez wątpienia nie jest również Kossecki takim specem od, powiedzmy, public relations, jak sam stara się siebie przedstawiać. Na youtube możne znaleźć wideo, na którym odziany w szorty Kossecki usiłuje porwać młodociane audytorium, śpiewając mu tekst własny na melodii „Horst Wessel Lied”, akompaniując sobie dziarskimi gestami: audytorium młodocianych narodowców zdaje się nie podzielać jednak jego entuzjazmu.
Swoją drogą, gdybym miał umiejętności Kosseckiego to tworzenia ad hoc fajnych teoryjek, to wykoncypowałbym jakąś kombinację, w której pan Józef podsuwa biednym narodowcom „Horsta…” tylko po to, by potem podsunąć to pismakom – celem, oczywiście, kompromitacji narodowców. Bo przecież dziecię nawet wie, że czujni tropiciele Faszyzmu (z klinicznymi przypadkami przygłupów z „Nigdy więcej” na czele) wykorzystają każde nawiązanie do Hitlera do wskazania moralnej degrengolady faszystów. A jak wiadomo, faszyzm zaczyna się tam, gdzie kończy się „Wyborcza”. O nowym numerze „Nigdy więcej” napisałbym w ogóle notkę, bo okazało się, że mój ulubiony Julius Evola jest takim strasznym faszolem, że go nawet nie powinno się z nazwiska wspominać – ale chyba już jestem na to za stary. Nie chce mi się pisać o „Nigdy więcej”, wracam więc do tematu.

Po 1989 poszedł Kossecki tam, gdzie poszło całe, skrzywdzone na transformacji skrzydło PZPR – z „solidaruchami” korowskiej proweniencji dogadały się „żydy”, a „chamy” ostały się na lodzie, nie załapując się na kręcenie lodów – więc zjednoczyły siły ze swoimi byłymi lennikami, z tymi żałosnymi, upodlonymi resztkami, jakie się ostały się po PRLu z endecji i zaczęły jakoś działać – Tymiński, Partia X, Samoobrona, Wilecki, Lepper – wystarczy troszkę poskrobać, a w tle zawsze znajdzie się jakiś były esbek niższego szczebla (tak od kapitana, może majora w dół, wyższe szarże umiały się lepiej w III RP urządzić), jakiś Rusek cywilny lub wojskowy – i podobne w sumie formacje intelektualno-duchowe.
Na marginesie muszę stwierdzić, że znam paru inteligentnych i uczciwych ludzi, związanych z tym środowiskiem przynajmniej światopoglądowo – ale cóż z tego, znam również uczciwego i odważnego dziennikarza Gazety Wyborczej, nie takie cuda nosi nasza ziemia.

Tyle tytułem przedstawienia tej jakże interesującej persony. Jednak to nie Kossecki był przyczyną, dla której tekst Mai Narbutt tak mnie rozbawił. Otóż, Kossecki swojego czasu kapował na Waldemara Kuczyńskiego i temuż Waldemarowi wcale się ten fakt nie podobał – o tym właśnie jest wspomniany tekst.

Nie byłoby w tym fakcie nic dziwnego ani zabawnego, gdyby nie to, że pan Waldemar jest zapiekłym przeciwnikiem lustracji. Nie wynika to z jakiś głębszych przemyśleń, czy ideologii, z pana Waldemara żaden Michnik – po prostu, Kuczyński jest klasycznym półinteligentem. Półinteligent to osoba taka, która pełni społeczną rolę inteligenta (to właśnie ta połowa, która jest), natomiast nie posiada osobistych przymiotów, koniecznych do bycia całkowitym inteligentem – to ta połowa, której nie ma. Dlatego, półinteligent, z konieczności jedynie przyswaja, przetwarza i prezentuje treści przygotowane przez kogoś innego – swój wkład ograniczając do nazwiska i, ewentualnie, radykalizacji pewnych wątków. Kuczyński jest takiej postawy przykładem klasycznym; tak klasycznym, że aż groteskowym w swojej przewidywalności. Ma swoje zdanie Kuczyński również na temat Śląska – drwiłem zeń dawno temu, jeszcze na łamach „Życia”- bo również w tej kwestii wypadał pan Waldemar jak klasyczny, polski półinteligent, przejęty misją niesienia kultury i cywilizacji ciemnym tubylcom z Bytomia i Katowic.
Chętni mogą się skusić na lekturę bloga tej cudownej postaci, tudzież poczytać tekst o pisowskim wilku. Trochę standardowych jęków o tym, jak to PiS zagraża demokracji (nieudolnie, ale i tak jest bardzo niebezpieczny) – żenujący, acz symptomatyczny dla typu osobowościowego, którego pan Kuczyński jest boleśnie sztampowym przedstawicielem. Boleśnie sztampowym – bo brakuje mu wyrafinowanej ironii Pilcha, umiejętności pogardliwego demonstrowania moralnej wyższości Michnika, złośliwości Passenta, czy słodkiej, naiwnej i głupiutkiej poczciwości Sadurskiego – Kuczyński jest taki… zwyczajny. Generic. Człowiek – stereotyp. Dumny, bo zapraszają go na urodziny „Wyborczej”. Ale jednak – z czwartego szeregu, a więc szczególnie zobowiązany do nieustannego, publicznego deklarowania swej prawomyślności.

I właśnie ten zwyczajny gorący przeciwnik lustracji, klasyczny post-peerelowski inteligent (założę się, że Kuczyński czytuje i ceni sobie „Tygodnik Powszechny”) i tropiciel pisowskich wilków stwierdza: „Chciałbym, żeby ten człowiek został zdemaskowany. Wyrządził mi wielką krzywdę.”. Człowiek, sławiący chrześcijańskie cnoty Kuronia i Michnika, mimochodem zauważa, że, wicie, rozumicie, lustracja absolutnie-nie, ale jak na mnie kto kapował – a na dodatek jest jeszcze wstrętnym narodowcem, to jaknajbardziejtakoczywiście. Tak samo swobodnie zresztą lustrację uprawiała Wyborcza, kiedy chodziło np. o lustrowanie Kobylańskiego. Wydziwia więc Kuczyński Kosseckiemu od małych, podłych ludzi, od tchórzy, skarży się, że przez niego ma kiepską emeryturę. Zarzuca mu, że kłamie, więc czuje, że musi poinformować o prawdzie nawet żonę Kosseckiego, bo może i tę biedną kobietę Kossecki okłamał. A wcześniej, cóż miał Kuczyński do powiedzenia o prawdzie? Prawda was zamorduje. Przynajmniej prawda z teczek SB. Lustracja – łajdacka.

Z całej rzeszy tajnych współpracowników SB, według Waldemara Kuczyńskiego, na ujawnienie zasługuje tylko ten jeden, szczególny współpracownik – Józef Kossecki. Dlaczego? Bo donosił na Kuczyńskiego. A to przecież przypadek szczególny. Pani Maja Narbutt nie zainteresowała się za bardzo tym przecież ciekawym wątkiem – publicznie głoszonych zasad i publicznie ogłaszanych wyjątków od tych zasad. Ale, jak mawiał patron współczesnych inteligentów, Rousseau, czy ktoś widział kiedy drogowskaz, co sam szedłby drogą, którą wskazuje?

2 thoughts on “Drogowskaz nieruchomy

  1. Pingback: Youtube » Drogowskaz nieruchomy

  2. Proszę przeczytać relację z konferencji IPN w dniu 25 października 2008 r. na stronie internetowej TWX i sprostowania zamieszczone w Dodatku Specjalnym IPN do „Niezależnej Gazety Polskiej” z dnia 7 listopada 2008 r.
    Jeżeli pan Szczepan Twardocha jest człowiekiem przyzwoitym, to po tym, co bez weryfikacji napisał wyżej na mój temat, sam powinien na tej tu swojej stronie autorskiej zamieścić te sprostowania. To będzie dla niego test uczciwości.
    Józef Kossecki