Jeden z moich ulubionych mężów stanu, Otto von Bismarck, powiedział, iż polityka jest sztuką możliwego. Na polityce Żelazny Kanclerz znał się jak mało kto, więc możemy mu w tej kwestii zaufać. Przywołałem tutaj tę maksymę nie bez powodu, gdyż w tym felietonie zajmę się kwestią polityczną, bo kwestią polityki jest sprawa reglamentacji broni w Polsce.
Temat ten zdecydowałem się poruszyć ze względu na zmianę konfiguracji politycznej po ostatnich wyborach. Wygrana PO sprawiła, że szansa na zmianę dotychczasowej polityki względem strzelców i strzelectwa wzrosła z poziomu minimalnego do, powiedzmy, niewielkiego. A to już coś, chociaż tylko troszeczkę.
W świecie szerokim, zwolenników łatwego dostępu do broni palnej najczęściej łączy się z prawicą, przeciwników zaś – z lewicą. Warto pamiętać, iż postawa taka nie jest odwieczna i pochodzi z USA, gdzie prawicowość – czy konserwatyzm – zawsze, z oczywistych powodów, miał demokratyczny charakter. W Europie bywało różnie. W Polsce zaś jest jeszcze bardziej różnie.
Najważniejszą sprawą, jaką należy sobie uzmysłowić, jest społeczna trzeciorzędność całego problemu. O ile right to bear arms jest jednym z centralnych tematów polityki amerykańskiej i w zasadzie każdy w USA ma jakieś zdanie na ten temat, to dostęp do broni w Polsce jest problemem społecznie nierozpoznanym. Mieliśmy do czynienia z narodowymi dyskusjami w kwestiach aborcji czy wejścia do UE. W tej ostatniej dyskusji, za pieniądze z podatków, przekonywano podatników, na którą opcję mają zagłosować. Słowem – niezależnie od poglądów, każdy, kupując benzynę czy wypełniając PIT dołożył się do euroentuzjastycznej propagandy. Przypominam o tej sprawie, ponieważ jest symptomatyczna dla modelu polskiej demokracji. Gdyby do społecznej debaty na temat dostępu do broni kiedykolwiek doszło (w co nie wierzę, nawet jeśli reglamentacja broni zelżeje, to wszystko odbędzie się chyłkiem i pies z kulawą nogą się kwestią nie zainteresuje), to można się spodziewać, że z budżetu sfinansowana zostanie kampania na rzecz słuszniejszej opcji.
Chociaż nie znam żadnych badań, które zajmowałyby się recepcją kwestii posiadania broni palnej przez obywateli w Polsce, to socjologiczna intuicja mówi mi, że zasadnicza część polskiego społeczeństwa, zupełnie niezainteresowana problemem, jeśli zostanie zmuszona do zajęcia stanowiska, to opowie się raczej przeciwko postawie, reprezentowanej zapewne przez większość czytelników BiA. Dlaczego? Przyczyn polskiej hoplofobii jest kilka, ale najistotniejszą jest nieobecność broni palnej w życiu przeciętnego Polaka. Typowy mężczyzna strzela dziesięć razy z kabekaesu w szkole średniej, zaś później, nieliczni, którzy załapią się na pobór, oddają może dwadzieścia strzałów podczas rocznej służby. W obu przypadkach samo wzięcie broni do ręki otoczone jest wielkim i podniosłym ceremoniałem, na końcu którego trudno bez drżenia chwycić kałasza. Wśród moich rówieśników zasadnicza większość nie miała nigdy broni palnej w rękach i całą wiedzę na jej temat kształtuje na podstawie filmów. Nic więc dziwnego, że pistolet czy karabin jawi się Kowalskiemu jako magiczny artefakt, obdarzony własną wolą i kapryśną naturą, objawiającą się tym, że raz do roku, nienabity, sam strzela. Dodać należy, że nie wszystkie środowiska strzeleckie popierają liberalizację dostępu do broni. Często można spotkać się z postpeerelowską mentalnością, podług której strzelba w domu to nieomal feudalny przywilej, którego, ma się rozumieć, należy zazdrośnie strzec.
Nie bez powodu rozpocząłem ten felieton od cytatu z Bismarcka. Polityka jest sztuką możliwego. Dlatego powyższej diagnozy nie należy odczytywać jako żalów na – jak pisze Rafał Ziemkiewicz – polactwo, że głupie. Sytuacja społeczna jest, jaka jest i skuteczna działalność polityczna w rzeczywistości demokratycznej wymaga jej świadomego rozeznania.
Konsekwencją społecznego klimatu są stanowiska partii politycznych w Polsce, które zdania na temat broni po prostu nie mają. Prawicowo-lewicowa dychotomia w tej kwestii nie istnieje, ponieważ nie jest to problem istotny. Próba doklejenia broni do zestawu tego, co w Polsce uważa się za prawicowe jest z góry skazana na niepowodzenie, gdyż rozróżnienie prawica-lewica nie jest wcale takie fundamentalne, jak się niektórym wydaje i w różnych krajach opiera się na różnych wyznacznikach. W Ameryce liczy się stosunek do broni i wolnego rynku, ale w Izraelu jedynie stosunek do Arabów, z którymi lewica chce się dogadywać, a prawica nie.
W Polsce kryteria są jeszcze inne. Nielicznych zwolenników zliberalizowania dostępu do broni można znaleźć w szeregach wszystkich liczących się partii, ale mało kto chce o tym mówić głośno, gdyż mało kogo rzecz obchodzi, a czas w telewizji wśród polityków jest dobrem pożądanym, które należy rozsądnie wykorzystać. Należy więc nastawiać się na współpracę nielicznych sprawiedliwych, bowiem próba uczynienia z broni postulatu walki politycznej – przy całej niepopularności tematu wśród społeczeństwa – może doprowadzić jedynie do tego, że nie chcąc zrazić wyborców, politycy wszystkich opcji łatwo zgodzą się, że trzeba tego zabronić. Ostatnie wybory pozwalają mieć pewną nadzieję, że coś się w Polsce zmieni nie dlatego, że wygrała akurat PO. W definicji cudu nie zawiera się broń dla ludu, chociaż w szeregach PO jest Bronisław Komorowski, któremu strzelcy czarnoprochowi zawdzięczają uwolnienie replik broni historycznej.
Niemożliwa jest więc nagła, raptowna zmiana charakteru narodowego Polaków. Polska nie stanie się drugą Szwajcarią, krajem, w którym rezerwiści przechowują swoją wojskową broń w szafie koło łóżka. Praca organiczna, u podstaw, na rzecz popularyzacji strzelectwa jako sportu lub rekreacji ma sens, jednak tylko wtedy kiedy obliczona jest na kilka dekad, bo trzeba pokoleń, aby charakter narodowy zmienić.
Jeśli zależy nam na zmianach jeszcze w ciągu naszego życia, to tym nadzieje należy wiązać z typowym dla pierwszych miesięcy każdego rządu pewnym chaosem decyzyjnym i ulatniająca się wraz z czasem chęć dokonania jakiejś zmiany. Rząd Tuska nie pójdzie na wojnę z establishmentem, nie będzie więc narażony na zmasowany atak ze strony mediów – w takim sprzyjającym klimacie, w ciągu najbliższych paru miesięcy coś może się udać. Szansa na to jest niewielka, bo zdecydować o całej sprawie mogą zupełne drobiazgi – ot, ważny polityk PO wstanie w złym humorze, spojrzy na projekt nowej ustawy i uzna, że notowania partii mogłyby spaść za sprawą tabloidowego nagłówka ostrzegającego przed nadchodzącymi czasami strzelanin na ulicach – i szlus, sprawa padła.
Z tego powodu, całą nadzieję należy pokładać w delikatnych, zakulisowych działaniach lobbingowych. Takie działania umożliwiły Polakom dostęp do broni czarnoprochowej – przecież gdyby ogłosić w narodzie referendum, to pasjonaci coltów navy swoje cacka mogliby sobie pooglądać przez szybkę w Muzeum Wojska Polskiego. Wszelkie akcje przekonywania społeczeństwa, że broń to narzędzie jak każde inne, nie mają większego sensu, może poza informacyjnym, obliczonym na dekady. Nie mamy swojego NRA, które mogłoby takie działania koordynować i finansować, a PZSS, jeśli reprezentuje kogokolwiek – poza działaczami, to na pewno nie strzelców, którym potrafi jedynie uprzykrzać życie. Poza tym, musiałby się jeszcze znaleźć ktoś, kto chciałby takiego przekazu słuchać, a kogo w Polsce obchodzą jakieś tam pistolety?
Dlatego nie należy się spodziewać, że broń w polskim sklepie będzie się nabywało równie łatwo jak w szwajcarskim. Wszystko na co możemy liczyć, to odebranie policji prawa do reglamentowania dostępu do broni (co jest kwestią najważniejszą!) i przeniesienie tego prawa na administrację cywilną (gdzieś w okolice urzędów wojewódzkich) oraz zniesienie urzędniczej uznaniowości w decyzji, czyli oparcie jej na łatwiejszych lub trudniejszych, acz jasnych kryteriach. Gdyby się jednak udało – na co, powtarzam, szanse są niewielkie – to byłoby to już i tak bardzo wiele. Bo polityka jest sztuką możliwego.
Szczepan Twardoch
Broń i Amunicja, nr 06/2008
PS. Felieton sprzed trzech miesięcy. Do marca 2008 żadnych ruchów politycznych w sprawie zmiany ustawy nie zauważyłem.
Przestalem czytac po pierwszym zdaniu…
Jak osoba, ktora wprowadzila socjal na niewyobrazalna w historii skale, moze byc ulubionym mezem stanu?
A teraz wracam do czytania felietonu.
Korwinizm to przykra przypadłość, ale trzeba przez to przejść, jak przez trądzik młodzieńczy. Mija sam, z wiekiem.
Faktycznie wzniosłe marzenia. Zeby i u nas móc co jakiś czas przekonać się o smaku i sensie życia po jakiejś soczystej strzelaninie w szkole.
Doprowadzanie wszystkiego do absurdu nie jest do końca czystym zagraniem. Nie chodzi o to, by broń można było kupić jak gumę do żucia, ale o pewną chociaż liberalizację.
Obecnie obowiązująca ustawa nie jest zła (przynajmniej w zakresie regulacji dostępności do broni). I pisze to ktoś, kto w ciągu ostatnich 4 miesięcy walczył dla różnych ludzi o pozwolenia na broń dwukrotnie. Problemem jest jej restrykcyjna interpretacja, która np. sprzeciwia się wydaniu pozwolenia na broń w celach sportowych osobie, która nie jest wybitnym zawodnikiem biorącym czynny udział w zawodach strzeleckich, a sport ten zaczyna dopiero uprawiać, co interpretowane jest jako strzelectwo czysto rekreacyjne. W tym momencie organów nie interesuje, że ubiegający się spełnia wszelkie dalsze wymogi ustawowe, w szczególności daje rękojmię właściwego posługiwania się i przechowywania broni. Kłopot w tym, że organy Policji znajdują tutaj wsparcie w orzecznictwie WSA w Warszawie. Z tym jednak można walczyć na gruncie ustawy obowiązującej. Tylko – na Boga – fachowo.
Postulat wyprowadzenia kwestii pozwoleń na broń ze struktur administracyjnych Policji jest chybiony. Spowodowałoby to tylko niepotrzebne zamieszanie. Efektu w postaci liberalizacji podejścia do zagadnienia nie spodziewam się. Kto wie, czy nie byłoby nawet wprost przeciwnie.
a czy w Stanach można kupić broń jak gumę do żucia? (Powiedzcie mi, nie wiem). Czy p. Twardoch ma jakiś ideał ustawodastwa regulującego posiadanie broni?