Film Seana Penna, na podstawie książki Johna Krakauera. Rok temu z okładem, już po lekturze książki, dobrego przykładu amerykańskiej szkoły non-fiction novel, stwierdziłem, że – przy całej irytacji, jaką wzbudza postać Chrisa McCandlessa, w jego odejściu od świata jest coś poruszającego i wzniosłego.
Film, przez swoją dosłowność, zwiększa irytację, filmowy McCandless wydaje się być nieznośnie głupi, aby nazwać rzeczy po imieniu. Jest to znany i typowy rodzaj głupoty, właściwy ludziom wrażliwym i dość inteligentnym, lecz obdarzonym przy tym pewnego rodzaju socjopatią, szczelną nieumiejętnością zrozumienia i uznania kilku banalnych w istocie faktów: po pierwsze, że człowiek jest politikon zoon, po drugie, że zwierzęca natura człowieka skłania go wyłącznie ku zaspokajaniu pragnień i tylko cywilizacja może ten zwierzęcy egoizm okiełznać – i po trzecie, tego, iż konsekwencją okiełznania cywilizacją ludzkiej bestii, jest całe zło tej cywilizacji. Zło codzienne: kłamstwo i hipokryzja (bez których ludzie nie mogliby żyć ze sobą), nienawiść, przemoc i cierpienie. Jest to zło dla cywilizacji immanentne, na tym świecie nieuniknione, nieusuwalne.
Potrafię współodczuwać z tymi, którzy nienawidzą status quo naszej cywilizacji umarłej, jak prawicowi lub lewicowi radykałowie, jak Rymkiewicz albo Palahniuk, o których jakiś czas temu pisałem – palahniukowska zasiadka na jelenia w kanionach Wall Street jest zresztą wizją pokrewną do wątków z „Into the wild” – nie potrafię jednak i nie chcę współodczuwać z tymi, którzy nienawidzą cywilizacji w ogóle, ci bowiem nienawidzą po prostu człowieka w jego człowieczeństwie. A do takich, jak mi się zdaje, zaliczał się McCandless.
Mimo to jednak, szczególnie po obejrzeniu filmu, nie potrafię się oprzeć surowemu pięknu tej ucieczki – tego odejścia w dzicz. Wartość takie odejście ma tylko dla człowieka światowego, stąd głęboka niechęć do McCandlessa wśród mieszkańców Alaski, którzy uważają go za głupca, który porwał się na bardzo trudne zadanie bez przygotowania, bez odpowiedniego sprzętu, bez wiedzy. Człowiek oswojony z dziczą, w dziczy żyjący, nie traktuje jej – tego alaskańskiego bush – jak romantycznego refugium, lecz jako arenę codziennych zmagań. Nie może zrozumieć mieszczucha, który wkracza w nią i ginie – ginie przez własną głupotę i brak przygotowania, co nie jest zresztą w filmie podkreślone, a co zdaje się być faktem.
Ja jednak rozumiem i współodczuwam surowe piękno tego odejścia. Irytują mnie motywy, drażni głupota – ale samo odejście w dzicz, na długo i daleko, uwodzi i pociąga.
Smakuję więc dziczy, opijam się nią – i wracam, do prawdziwego życia. Chce mi się dziczy na nowo, i z Bożą pomocą zasmakuję jej jeszcze wiele razy, dłużej i mocniej, kiedyś pójdę z pulkami na zimowy trawers przez Spitsbergen, przejdę wyspę Wrangla, pójdę w tajgę syberyjską lub na Yukonie na tygodnie całe – ale zawsze będę wracał do prawdziwego życia, do mojego naturalnego habitatu i matecznika, nie tylko dlatego, że mam dla kogo wracać, chociaż w hierarchii powodów jest to powód najważniejszy – ale oprócz tego, wracać chcę również, po prostu, do cywilizacji.