Po co żyć?

Pocałunki mojej żony, uśmiech mojego synka i jego spokojne, powolne i uparte „dadaedidoedededidaode”. Ich spokojne oddechy, kiedy zasypiam.
Czytanie takich książek, przy których czuje sie zazdrość, że się ich samemu nie napisało, uczucie ogromnej, obezwładniającej ulgi kiedy pisze się „KONIEC” i próżna euforia, kiedy na konto wpływa jakieś smutne honorarium. Jezu jak się cieszę, z tych króciutkich wskrzeszeń, kiedy pełną kieszeń znowu mam, znowu mogę myśleć trochę jakby ściślej i wymyślam wtedy nowy plan.
Zapach i smak pierwszego łyka wina, szum w głowie przy drugiej butelce.
Nie do pomylenia z niczym chwile po kilkunastu godzinach marszu z ciężkim plecakiem, kiedy się siada na zimnym wybrzeżu z kubkiem słodkiej herbaty i właśnie skręconym papierosem, się patrzy na polarne morze po horyzont, obok siedzi najlepszy kumpel i się razem milczy i się słucha miliona mew, i się jest, jak na obrazie Caspara Davida Friedricha i nawet morze i niebo mają taki kolor jakby były z farby olejnej, pod słońcem niezachodzącym.
Szum opon na dobrej i dalekiej drodze, nocą, z rękami na kierownicy i muzyką,i to cudowne uczucie mocy pod prawą stopą, kiedy wystarczy lekko tylko popchnąć gaz i alfa wyrywa się od dziewięćdziesiąt do sto pięćdziesiąt, szybko jak mgnienie oka, a mogłaby jeszcze dużo szybciej, gdyby stopę wepchnąć głębiej, w prawej szybie migają koła wyprzedzanej ciężarówki.
Kiedyś, pijane noce z klubie, z dłońmi na biodrach żony, w tym samym klubie, w którym tańczyliśmy dziesięć i dwanaście lat temu, włoskie jedzenie i wino wieczorem, w ogródku restauracji, z małymi latarenkami między stolikami i parasolami.
Gorąca lufa strzelby po rozstrzelaniu w powietrzu kilkunastu rzutków bez pudła, smużka niebieskiego dymu z resztek dopalającego się na jej ściankach prochu.
Zapięcie guzika w nowym, pięknym garniturze, pod palcami bezładny zwój materiału zamienia się w węzeł, z którego wypływa i rozwija się struga błyszczącego jedwabiu, nogawki załamują się na butach jedną, zdecydowaną fałdą.
Szybki jacht i równa, spokojna czwórka, pełne szmaty, dobra załoga, przechył niezbyt duży, byle szybciej iść, pełny półwiatr i kawał jeziora przed sobą, prosty kilwater, przecięty zwrotem, trzaśniętym jak na regatach, z warczeniem kabestanów i hukiem sztywnego dacronu żagli wypełniających się wiatrem już na drugiej burcie. Sztorm na Bałtyku, na bukszprycie okrakiem bez lajfpatentu, bo nie było czasu założyć i zbieranie foka, rzucającego jak oszalały kilogramową szeklą przy rogu szotowym. Białe wyspy na Morzu Śródziemnym.
Uścisk dłoni taty i jego „Z Panem Bogiem”, kiedy wyjeżdżam.
I wysiąść z samochodu na sercu świata, na twardej jak beton pustyni, płaskiej i równej jak stół wycięty pełnym kołem horyzontu, i po horyzont nic, tylko ziemia spękana niczym dno wyschłej kałuży, możesz patrzeć w każdą stronę, tylko samochód, na środku tej zakreślonej krzywizną planety krainy jak morze, i ty, i ci, którzy z tobą tym samochodem jadą.
Spacer letnią po nocą po rozgrzanym całym dniem upału mieście i słuchanie, jak kamień, cegła, asfalt i beton oddają powietrzu swoje ciepło.
Kawa ciężkim porankiem. Radiohead w stereo, tak głośno, że drżą szyby w drzwiczkach kredensu.
Oszroniony kufel piwa wypity duszkiem po całym dniu marszu w upale, kiedy język przysycha do podniebienia a pot cichym strumieniem spływa między łopatkami.
Spotkanie dawno niewidzianego przyjaciela. Burza wściekła i jej zapach.
Taniec z odzianą w letnią sukienkę dziewczyną, która daje się prowadzić tak, że zaczyna się niesłusznie wierzyć we własne, taneczne talenty.
Czytanie „Dzienników” Máraiego po raz pięćdziesiąty, ale zawsze jak po raz pierwszy. I Jünger. Przewrócenie dziesięciu poperów z jedną zmianą magazynka najszybciej jak się da i szybciej, niż ostatnim razem.
Niedzielny obiad u dziadków, z całą rodziną. Film, z którego wychodzi się w milczeniu.
Absolutna cisza na jeziorze lekko jeszcze rozhuśtanym wczorajszą falą, bardzo wczesnym rankiem, z puklami mgły nad wodą i chłodem, przenikającym pod polar. I papieros przed śniadaniem, zanim jeszcze wszyscy wstaną.
Lodowate jabłka, ciemnoczerwone i bardzo dojrzałe, zebrane z drzewa o poranku po pierwszych chłodnych nocach, w początkach października.

7 thoughts on “Po co żyć?

  1. Przesympatyczny tekst. Tytuł nie pasuje.
    Egocentryk?

    Po co żyć?
    Na pewno nie dla siebie

  2. To wszytsko brzmi trochę „kryzysowo”, czy nie za wczesnie na rozliczanie i mid-life crisis? Pozdrowienia od czytelnika, który dzieli zachwyt nad Maraim i Jungerem.

  3. zapomniałem dodać – ja ten ‘mid-life’ mam już za sobą, dość dawno, później to dopiero wszystko smakuje, jabłka, pocałunki, książki, wschody… Wszystkiego dobrego.

  4. Moje 3 grosze:
    Lektura takich książek jak „Przemienienie”

  5. słowem żyć dla doznań zmysłowych? lepsze to niż jakieś ckliwe/zakłamane bzdety typu „dla bliźnich”, ale i tak pfe.

    po co nie żyć? ciekawsze pytanie. A w każdym razie można wymyślić dlań sensowną odpowiedź.