Przesuwam się powoli przez rozpalone południowym upałem miasto. Opony topią się i sklejają z rozmiękłym od gorąca asfaltem, toczą się powoli, mlaskają na nierównościach jezdni. Wyjeżdżam zza zakrętu i widzę przyczynę korka.
Na ulicy leży na boku stara kobieta, a nad nią stoi wielka ciężarówka z naczepą, przepraszająco mrugając kierunkowskazami. Dookoła krzątają się już policjanci i ratownicy, kobieta leży nieruchomo, lecz żyje, rusza stopą w płóciennym pantoflu. Pod potężnym kołem ciężarówki utkwiło plastikowe wiadro, w seledynowym kolorze, opona lekko je przygniotła, zgięła, lecz wiadro nie pękło. Drugie wiadro, różowe, kobieta ciągle ściska w dłoni.
Przesuwam się dalej, powoli, razem z zatorem, widzę twarz staruszki. Jest spokojna, ma zamknięte oczy, jakby spała na wrzącym asfalcie, otoczona drgającym powietrzem. Nie straciła przytomności, odpowiada ratownikom, kiedy ją o coś pytają, po prostu leży, jak wyrzucony na brzeg kamień. Patrzę na jej pomarszczoną twarz i przypominam sobie ostatnie strony „Dzienników” Máraiego.
Kierowca ciężarówki, w moim wieku, może trochę starszy, stoi obok i drży z przerażenia.
+