W jednej ze moich książek, w której fabuła wiąże się z nieco innym przebiegiem historii, niż ten, który znamy z podręczników, pozwoliłem sobie, z rozmysłem, na pewien anachronizm, wprowadzając na przełomie XVIII i XIX wieku do masowej produkcji w Austrii karabiny szwajcarskiego wynalazcy Samuela Pauly’ego. Masowo produkowana broń odtylcowa musiałaby zmienić oblicze wielkich wojen z początków XIX wieku – gwintowany karabin, z którego można strzelać celniej, dalej i osiem razy szybciej, a na dodatek na leżąco natychmiast zdezaktualizowałby wszelkie regulaminy polowe piechoty, zmieniłby ekwipunek i mundury – bo skoro strzela się na leżąco, to trzeba mieć ze sobą narzędzie, za pomocą którego można przygotować sobie stanowisko strzeleckie. Tym sposobem łopatka stałaby się standardowym wyposażeniem żołnierza już w początku XIX wieku. Razem z nadejściem łopatki, w niepamięć odejść musiałyby białe rajtuzy francuskiej czy austriackiej piechoty, wraz z białymi kurtkami, bo najlepszy nawet pułk piechoty po jednym dniu kopania okopów zdecydowanie nie cieszyłby więcej oczu swojego Inhabera. Zmian takich potrzebowałem ze względów fabularnych, stąd pomysł.
Pauly jednak rzeczywiście prezentował swoją przełomową broń, tyle że Napoleonowi Bonapartemu. Dlaczego, w tej historii, która się wydarzyła, Bonaparte nie zainteresował się możliwościami jakie daje odtylcowo ładowany karabin o zapłonie chemicznym, a skorzystał z nich dopiero trzydzieści lat później rząd pruski, wprowadzając iglicówkę Dreyse’go – który to Dreyse za młodu uczył się fachu od Pauly’ego właśnie?
Przy zasłużonej opinii strategicznego geniusza i mimo swojego technicznego, artyleryjskiego wykształcenia, Bonaparte nie miał natury innowatora. W roku 1799 rozwiązał jednostki balonowe w armii francuskiej, które rewolucyjnej Francji, a dokładnie generałowi Jourdanowi oddały niewątpliwe usługi podczas bitwy pod Fleurs, raportując o ruchach Austriaków.
To charakterystyczne: Bonaparte rozwiązał pierwsze jednostki latające, a przywrócił za to francuskiej kawalerii kirysy, tę pozostałość średniowiecznej zbroi płytowej. Ponowne ubranie ciężkiej kawalerii w zbroje nie było zresztą bezzasadne – pułki kirasjerskie na ciężkich koniach były, w miarę możliwości używane przez Napoleona jako siła przełamania, rozstrzygająca bitwy – dodatkowa ochrona, przed szablą, bagnetem a nawet dalekim strzałem na pewno się w szarży przydawała. Napoleon świetnie realizował znane za jego czasów elementy sztuki wojennej, wprowadzał własne rozwiązania taktyczne, skuteczne w swej prostocie, jak atak na bagnety kolumną taniej, ludowej piechoty – zamiast skomplikowanych, osiemnastowiecznych manewrów, choreograficznych bez mała, liniami infanterii wyszkolonej lepiej niż cyrkowe konie. Niczego jednak nie odmienił w technicznym zapleczu sztuki wojennej, a przecież wielkość jego postaci, cień, jaki rzuca na historię w ogóle i historię militarną szczególnie, aż prosiłby się o taką spuściznę. I za sprawą Pauly’ego wielka legenda napoleońska mogła być bogatsza o jeden dodatkowy element i historia mogła, być może, potoczyć się inaczej. Wiec dlaczego nie? Czy to tylko ciasnota horyzontów?
Łatwo się nam dzisiaj zdziwić: jakim cudem człowiek ten, o umyśle niewątpliwie genialnym odrzucił coś, co mogłoby zapewnić mu olbrzymią przewagę w bitwie? Trzeba jednak pamiętać, że idea broni odtylcowej, a nawet broni powtarzalnej była w Europie znana, w czasach Bonapartego, od dobrych stu kilkudziesięciu lat. Już w szesnastym wieku budowano z powodzeniem odtylcowe arkebuzy, a w siedemnastym włoski rusznikarz Lorenzoni zbudował powtarzalny pistolet skałkowy, z zamkiem obrotowym (o zasadzie działania podobnej nieco do obrotowego zamka bezłuskowego karabinu G11)i osobnymi magazynami na proch i kule. Ciągnęło się dźwignię, strzelało, ciągnęło dźwignię i znów strzelało. Czasem dało się nawet opróżnić cały magazynek, zanim nagar i osad ze spalonego prochu nie zalepił i nie zapiekł wszystkich mechanizmów pistoletu. A czasem iskra z komory przeskakiwała do magazynu z prochem i pistolet, eksplodując, pozbawiał strzelca palców. System Pauly’ego był innowacyjny i mógł działać, w przeciwieństwie do swoich poprzedników, bo łączył kartonowo-mosiężną łuskę zapewniająca uszczelnienie broni przy strzale i chemiczny zapłon, co później ustanowiło standard w broni palnej, jednak dla Bonapartego mógł przecież być tylko kolejną ciekawostką, jak samopowtarzalne pistolety czy grający w szachy automat (z ukrytym w środku szachistą). Samuel Pauly porzucił zresztą zapłon chemiczny na rzecz zapłonu za pomocą sprężanego powietrza, którego zasadę działania można z grubsza opisać jako „dieslowską” – a potem umarł z głodu w Londynie.
Tymczasem, innowacji w dziedzinie broni ręcznej wcale nie bali się Austriacy, chociaż to przecież Austro-Węgry słusznie uchodzą za ostoję średniowiecznego ładu w Europie, jedyne miejsce gdzie ostał się on na większą skalę aż do 1918 roku. I w tej odrobinę średniowiecznej Austrii pod koniec XVIII wieku wprowadzono na uzbrojenie odtylcowy muszkiet skałkowy Crespi’ego, ładowany do uchylnej komory i wyposażony w dziwaczny bagnet włóczniowy, podobny do ostrza rzymskiego pilum. Broń Crespi’ego została potem wycofana, z powodu groźnych dla strzelca przedmuchów z komory oraz skłonności do zapiekania się całego mechanizmu.
Najbardziej jednak niecodzienną innowacją w armii austriackiej była sławna wiatrówka systemu Girardoni. Przydzielona najpierw jednostkom kawalerii, potem wycofana z linii i używana przez tyrolskich powstańców – broń, pod pewnymi względami nie mająca sobie równych w epoce: magazynek dwudziestostrzałowy, który można było opróżnić w ciągu kilkunastu sekund, rażąc skutecznie i celnie w zasięgach porównywalnych do ówczesnej gładkolufowej broni skałkowej. A przy tym była to broń w istocie napędzana siłą ludzkich mięśni – bo zbiornik skompresowanego powietrza napełniało się ręczną pompą – do pełnego nabicia zbiornika potrzebne było około tysiąc pięćset cykli. Broń ta tak nie przystawała do pola bitwy z przełomu osiemnastego i dziewiętnastego wieku, że wspomniany już Bonaparte rozkazał rozstrzeliwać złapanych z nią żołnierzy wroga: rzecz w epoce niesłychana. Może to niechęć Napoleona do nowoczesnej broni i wszystkiego, co odmienić mogłoby pole bitwy zdecydowała o ostrości sankcji.
A jednak ani wiatrówka ani muszkiet Crespi’ego nie odmieniły pola bitwy przełomu wieków. Wycofano je z linii po kilkunastu latach, miały okazję sprawdzić się w bitwie, musiały więc posiadać więcej wad niż zalet.
Być może to przemysł nie był jeszcze gotowy na masową produkcję wymagająca takiej precyzji i standaryzacji, być może nie dało się wprowadzić wielkoskalowej produkcji amunicji systemu Pauly’ego, być może więc konstrukcję Szwajcara, gdyby przyjęto ją na uzbrojenie, czekał taki sam los, jak austriackie nowinki.
Być może świat musiał najpierw przebyć drogę, opisaną przez Paula Johnsona w „Narodzinach nowoczesności”, które to narodziny odbyły się w pierwszych trzech dziesięcioleciach historycznego (a więc liczonego od kongresu wiedeńskiego) dziewiętnastego wieku.
Broń i Amunicja, nr 02/2008
Bardzo interesujący tekst. Swoją drogą ciekawe, jaki wpływ na niechęć Napoleona do nowinek technicznych miały częste najazdy całych watah wszelkiej maści innowatorów czy wręcz szarlatanów, z jakimi musiał sobie radzić po dojściu do władzy. Przy okazji odpadały pomysły sensowne (wczesne łodzie podwodne), ale i całkowicie idiotyczne (bojowe delfiny transportowe)…