Nocami chodzę na spacery: na marsze, jak wolę to nazywać. Parę kilometrów, sześć, czasem siedem, z kijkami, godzina, lub trochę więcej. Szybko, kijki pomagają utrzymać dobre tempo, wychodzę po jedenastej, idę pustą ulicą, tylko na rozstajach pod krzyżem stoi kilku nastolatków, opierają się o maskę starej vectry, palą papierosy i mówią mi „dobry wieczór”, trochę zmieszani. Z asfaltu schodzę na szutrową drogę i idę polami, ciągnącymi się między Pilchowicami a Stanicą. Przed północą docieram do altany, przy której w ciągu dnia zatrzymują się zmęczeni upałem rowerzyści. Przede mną zapalają się i gasną trzema rzędami czerwone światła na odległych o kilkanaście kilometrów, trzystumetrowych kominach rybnickiej elektrowni. Pod tymi pomalowanymi w czerwono-białe pasy wieżami na początku lat dziewięćdziesiątych uczyłem się żeglować.
Patrzę na północny wschód, na horyzoncie drgają pomarańczowo rozmazane i gęste światła miast, równie daleko jak rybnickie kominy, dalej, niczym wielki świetlik, zielenią żarzy się neon stacji benzynowej na przedmieściach, ledwie widoczny, a nad nim, na niebie nocnym i jasnym wyrasta wielka chmura, cumulonimbus o stopie jak małż. Jest matowo pomarańczowy, oświetlony latarnianym blaskiem skraju trzymilionowej konurbacji, tak jak reszta chmur na tym bladym, jasnym niebie – bo to miejskie niebo, chociaż wokół mnie tylko pole i las i idąc spłoszyłem sarny, zerwały się i po szalonym, krótkim cwale zapadły w zaroślach. Spod chmury idzie wiatr i wzmaga się, czuję go na skórze ramion i na karku, a wcześniej porusza nerwowym szmerem liście cysterskiego lasu, który za mną ciągnie się przez dwadzieścia kilometrów na zachód, aż pod Racibórz. Szmer narasta, las brzmi jak strumień. Odwracam się. Nad drzewami chmury pełzną po niebie, połykając gwiazdy. Tylko nad kominami Rybnika świeci jeszcze Syriusz. Wieje coraz mocniej.
Szum wiatru przedziera się przez słuchawki. Lektor, z zaangażowaniem moduluje niepokojący głos, odgrywając raczej, niż czytając kwestie Chłopca i Mężczyzny, jego angielszczyzna jest zaskakująco wyraźna, świetnie wyartykułowana. Czytałem wcześniej „Drogę” Cormaca McCarthy’ego w świetnym, polskim tłumaczeniu Roberta Sudoła. Teraz słucham angielskiego oryginału i wydaje mi się mocniejszy, angielski z jego prostszą strukturą gramatyczną brzmi lepiej w krótkich zdaniach McCarthy’ego. Książka gra oczywiście na najpierwotniejszych emocjach, czy nawet na instynktach, ale dlaczego to miałoby odbierać jej wartość? Literatura powinna dotykać tego, co najważniejsze i McCarthy, pisząc o ojcu i jego dziecku, idących przez świat po Apokalipsie, właśnie o najważniejszym pisze: o człowieczeństwie bezwarunkowym, o zwątpieniu, o tchórzostwie, śmierci i miłości, i o woli przeżycia. I jednocześnie jest tym, czym powinna być literatura: opowieścią, która słuchana nocą przeraża. Każe mi co jakiś czas idiotycznie zerkać do tyłu, przez ramię, kiedy podeszwy butów zgrzytają na żwirze, a lektor czyta o piwnicy, którą kanibale zmienili w spiżarnię pełną ludzi.
Parę godzin wcześniej, mój synek zasypiał mi na kolanach. Małe ciałko obleczone ubrankiem w kolorowe paski, główka w zgięciu mojego łokcia, mała rączka ściska moje palce. Leży spokojnie i tylko co jakiś czas szarpie się nagle, kiedy do jego raczkującej świadomości dociera ból z przerzynanych wzrastającymi zębami dziąseł. Płacze wtedy przez chwilę, wypręża się i milknie. Ma duże stopy o wysokim podbiciu i krótkich palcach, jak moje.
A ja myślę o nim teraz, sam na polach o północy, słuchając głosu lektora i patrząc na światła na horyzoncie i na jasne niebo nocne. Myślę o moim dziecku, o tym, w jaki świat wyjdzie z mojego domu, bo łatwo może być to świat o wiele gorszy niż ziemia popiołu, przez którą idą bohaterowie „Drogi” McCarthy’ego.
Otóż jestem przekonany, że może. Świat z „Drogi” to post-świat, świat, którego już nie ma, świat w absolutnej końcówce agonii. A jednak, ktoś ciągle niesie Ogień – i w ckliwym happy-endzie, najsłabszym momencie tej świetnej powieści, okazuje się na dodatek, że nie był sam.
A można wyobrazić sobie świat, który co prawda nie jest spopielony, ale w którym Ognia nie niesie już nikt.
Nie znam tej książki, może są w niej jakieś głębokie przemyślenia ale również i groza. Myślę ,że powinieneś zmienić dobór książek, na bardziej optymistyczne. Wiem żę życie to nie bajka ale po co sobie jeszcze dokładać. Twój pesymizm bardzo mnie niepokoji i to nie pierwszy raz.
Zgoda, zbyt pochopnie mi się napisało, można sobie jeszcze gorszy świat wyobrazić. W gruncie rzeczy w „Drodze” nie pasowały mi inne rzeczy, ale nie bedę sie powtarzał.
Co do meritum wpisu, widze, że z Gospodarza nocny Marek. Ja po 23 nie potrafię zrobic nic prócz położenia sie do łóżka, za to rano nawet na czczo mogę wykonać kilkukilometrowy marsz. mam jak Murzyni w Afryce: kiedy zapada wzrok staram się być jak najbliżej światła.