1. Po raz pierwszy dzisiaj mam powód, aby być dumnym z prezydenta, na którego głosowałem. Oczywiście, nawet do tej pory Kaczyński i tak był najlepszym prezydentem po 1989 roku, ale umówmy się, średni to honor wygrać w tej konkurencji z sowieckim generałem Jaruzelskim, głupim jak but Wałęsą i postkomunistycznym aparatczykiem-alkoholikiem Kwaśniewskim. A wczoraj, w Gruzji, Lech Kaczyński po raz pierwszy od początku kadencji wyszedł z cienia swojego brata.
Po stronie Gruzji jest cała moja sympatia, ale przy tym nie zapominam, że Rosja jest po prostu i tylko wrogiem mojego kraju, niczym więcej – nie muszę czuć do Rosjan nienawiści ani pogardy. Rosja zagraża Polsce na wiele różnych sposobów, przede wszystkim przez niewątpliwą i głęboką agenturalną infiltrację wszystkich dziedzin polskiego życia społecznego, polityki, gospodarki, wojska i mediów. Ale to nie czyni Rosjan nie-ludźmi. Rzeczpospolita musi dołożyć wszystkich sił do zwalczania rosyjskich interesów, tam gdzie ma interesy swoje – ale do tego nie trzeba Rosjan nienawidzić. Ani nimi gardzić. Wydaje mi się, że nienawiść i pogarda mogą nawet przeszkadzać.
2. Postanowiłem zabawić się w snucie political fiction:
Wersja A) Administracja Busha podpuszcza Saakaszwilego, aby odebrał to, co mu się skądinąd słusznie należy, tj. Osetię. Wiedzą przy tym doskonale, że Rosjanie jednak się ruszą i że najpewniej wcale się w Osetii nie zatrzymają, ale Gruzinie tego nie wiedzą i radośnie wkraczają do Osetii. Rosja oczywiście reaguje – a Amerykanom właśnie o to chodziło – groźni Rosjanie pracują na rzecz McCaina, który chętnie posługuje się wojowniczą retoryką, osłabiając pozycję Obamy, tę amerykańską kopię Kwacha skrzyżowanego z Tuskiem, czyli porozumienie i miłość ponad podziałami.
Wersja B) Ruscy robią sobie w lipcu manewry na Kaukazie. Saakaszwili widzi co się święci, skoro nawet Michalski z „Der Dziennika” o tym słyszał. Szuka pomocy w USA, nie otrzymuje jej i zdesperowany, postanawia wykonać uderzenie wyprzedzające(na terytorium teoretycznie należące do Gruzji, lecz praktycznie pozostające poza jej suwerennością) , licząc, że to zapewni mu lepszą pozycję wyjściową w nieuniknionym konflikcie militarnym. Militarnie nie wiedzie mu się najlepiej, jednak dyplomatycznie udaje mu się całkowicie zniwelować ewentualne skutki naruszenia nieformalnego rozejmu „olimpiadowego” i Rosja zostaje jednoznacznie uznana za agresora. Skądinąd słusznie, lecz po gruzińskiej próbie podporządkowania sobie zbuntowanej prowincji, nie było to wcale takie pewne.
2. Batman. To już czwarta, udana adaptacja komiksu, jaką widziałem w kinie – po „Hellboyu”, „Sin City” i może „300″. Tym trudniejsza, że jednak niełatwo jest zrobić nieobciachowy film o facecie przebierającym się za nietoperza, o wiele trudniej niż np. zekranizować „Sin City”.
Nolanowi jednak bez wątpienia się udało. Lubię wszystkie filmy tego reżysera, od świetnego „Memento”, przez mniej może wybitną, ale zręczną i mocną „Bezsenność”, aż po świetny, oryginalny i odkrywczy „Prestiż”. Rację ma jednak Łukasz Orbitowski, że bez wątpienia nie jest to „najlepszy film w historii kina”. Bez przesady. Rola Heatha Ledgera jest wspaniała, jego Joker jest sto razy bardziej przerażający, niż Joker Nicholsona, jest przy tym również dowodem na wielką artystyczną elastyczność tragicznie zmarłego aktora, który potrafił zagrać role tak różne, jak Joker właśnie, czy kowboj-pederasta w świetnie zagranym i pięknie sfilmowanym „Brokeback Mountain”, który poza tym był filmem wyjątkowo, dzięki kiepskiemu scenariuszowi, słabym. Ale poza tym – Bale, który przecież jest wielkim aktorem, nie daje z siebie zbyt wiele, chociaż trudno też spodziewać się, żeby dało się zrobić aktorski koncert z roli faceta przebranego za nietoperza. Oldman – niestety, ledwie miga w tle. Maggie Gyllenhaal, Eckhart – jakby wyciosani z drewna, nudni, nieciekawi. Eckhart, swoją drogą, położył swoją drewnianą obecnością świetną skądinąd „Czarną Dalię”.
3. Bale, chociaż, mam wrażenie, rozmienia się trochę na drobne, grając „Batmana” czy Johna Connora w „Terminatorze”, ciągle potrafi pokazać wielki aktorski kunszt. Obejrzeliśmy niedawno film „Harsh Times”, gdzie Bale wciela się w rolę niestabilnego psychicznie weterana. I jest to wspaniała rola – Bale jest przekonywujący, momentami brawurowy, rola dużo lepsza niż w Batmanie. I w ogóle, na pierwszy rzut oka wygląda rzecz na dobry film.
Jednak, powiela niestety kliszę, obecną w kulturze masowej od dobrych czterdziestu lat – iż wojna zmienia żołnierzy w psychopatów. Jest to opinia obecna w kulturze tak mocno, że aż czasem nikomu nie przychodzi do głowy, aby ją zweryfikować. Mogę jeszcze zrozumieć, że dali się do niej przekonać Amerykanie – chociaż, zdaje się, że w kulturze masowej cezurą wojen, od których zostaje się psychopata, jest Wietnam, trudno znaleźć nawet we współczesnych filmach wojennych postaci, które zostałyby psychopatami po udziale w II wojnie światowej.
Oczywiście, wojny zostawiają w ludziach straszne ślady. Nie trzeba tego tłumaczyć chyba nikomu, kto rozmawiał kiedyś z weteranami z pokolenia mojego dziadka, urodzonego w 1920 roku. Hegel twierdził, że wojna polaryzuje charaktery, Jünger (ten drugi, o ile dobrze pamiętam) pisał, że długą wojnę niewielu zniesie bez szkód na duszy. Lecz dodawał również, że długiego pokoju bez szkód na duszy nie zniesie nikt – to tak na marginesie. Tak czy inaczej – te szkody na duszy nie oznaczają jeszcze całkowitej erozji norm moralnych i utraty wszelkiej stabilności psychicznej, co możemy łatwo sprawdzić, bo chyba większość P.T. Czytelników tego bloga zna weterana jakiejś wojny. Mało tego – wielu przecież jest takich, których te straszne, wojskowe doświadczenia, walka z bronią w ręku uszlachetniły, zamiast zdegenerować.
Dobrze pisze o tym Max Hastings w swojej zawodowej autobiografii „Going to the Wars” – pisze o tym, że pracując jako korespondent wojenny w Wietnamie, w Izraelu, na Falklandach i podczas wielu innych wojen, spotkał bardzo wielu żołnierzy różnych armii – i byli różni, lecz znakomita większość spośród tych żołnierzy była przyzwoitymi, szlachetnymi ludźmi, skoncentrowanymi na pełnionej służbie. To ożywczy głos, kiedy ciągle ogląda się na ekranie psychopatów.
Czasem mam nawet wrażeni, że poddani wpływowi tego popkulturowego toposu żołnierze, nawet ci, wracający z misji mniej niebezpiecznych niż praca dzielnicowego w małym mieście, czują sie niejako zobowiązani do posiadania wyrw w psychice.
Nawet jeśli przez całą swoją turę przekładali papiery w kancelarii.
A na salonach lament: że Kaczyński rusofob, wojnę wypowiada.
Co do filmu – uważam, że dobry, nie bardzo dobry, ale dobry właśnie. Joker znakomity; podobno H.L. solidnie trenował do roli.
Rosja pacyfikować Czeczenię – źle
Gruzja pacyfikować Osetię – dobrze
Gruzja pacyfikować Osetię? Co ty za bzdury wypisujesz??? Przejrzyj na oczy, królik!
Witam,
Panie Szczepanie, jeśli chodzi o ekranizacje komiksów – czy nie zalicza pan do udanych V jak Vendetta?
I w sprawie konfliktu na Kaukazie – chciałbym zapytać skąd takie zdecydowane poparcie dla Gruzji? Ja sam nie jestem do końca pewien która strona ma słuszność, gdyż uważam gruzińską agresję na Osetię za gwałt na prawie do secesji Osetyjczyków.
Z najlepszymi życzeniami
Paweł Jędral
Osetia dla Gruzji jest tak jak Śląsk dla Polski. Nie ma takiego narodu jak Osetczycy czy apchazowie. Przymuszenie i zacheta pieniezna dla mieszkancow tych regionow do przyjecia obywatelstwa rosyjskiego – nie oznacza ze te regiony chca stac sie narodem i wybic na niepodleglosc – chodzi o przywrocenie strategicznych punktow dawnego ZSRR – Przecie tylko uzyteczny idiota powie ze Rosja pomaga niezaleznym miejszoscm – ona sa zalezny od ruskich i wykonuja ich polecenia – to jest akt aneksc czesc terytorium Gruzji na rzecz Rosji.
Porowanie z Czeczenia budzi smiech – zwlaszcza ze jest taki naród jak Czeczenia!!! Usprawiedliwienia putinolandu budza smiech ludzi wypowiadajacyh sie a nie znajaych histografi terytorium Gruzji i narodu Czenskiego
Obama to raczej stara się budować swój obraz na narracjach emancypacyjnych, ruchu praw obywatelskich z lat 60tych. Ta cała kreacja ala bracia Kennedy. Nawet w estetyce jego plakatów to chyba widać. Nie można odmówić mu przy tym autentycznej charyzmy. Facet jest też dobrym mówcą, bardzo w tradycji Rewolucji Amerykańskiej. Oczywiście to wszystko to przede wszystkim estetyka, ale z nijakością polskiej polityki i Kwaśniewskim to z goła nic nie ma wspólnego.
@Panie Szczepanie, jeśli chodzi o ekranizacje komiksów – czy nie zalicza pan do udanych V jak Vendetta?
To zdecydowanie nie jest udana adaptacja. Oryginał został potwornie spłycony i skastrowany.