Wróciłem z Zimnych Wybrzeży i Ostrych Gór uspokojony. Może nawet zobojętniały – kiedy zamykam oczy, widzę palone przez dwie doby ognisko, przy którym siedzę białą nocą, sam, piję herbatę i patrzę na lustrzaną taflę fiordu, rozdzieraną przez kilwater, który pozostawia stado gęsi. Patrzę na balet chmur, które odważnie wypełzają nad zatokę z wyciętych przez lodowce dolin, jakby chciały zasłonić całe różowo-niebieskie niebo, schodzą nisko, zasłaniając wszystko, co powyżej stu metrów nad poziomem morza, po czym rozwiewają się jak niepyszne, kiedy tylko ich jęzory dotkną czarnych plaż.
Dzień wcześniej do naszego ognia podszedł wędrujący samotnie Norweg i powiedział, że niedaleko, w Russekeila, trzy dni wcześniej widział niedźwiedzia, starego samca, jak włamuje się do nadmorskiej chatki, zrobił mu nawet zdjęcia, które potem widzieliśmy w gazecie – co jakiś czas więc rozglądam się, trochę przestraszony, wgapiam się przez zepsutą lornetkę w załamujące się w odpływie fale, obok leży mauzer i rakietnica. Ale niedźwiedź nie przychodzi, na szczęście albo niestety, i jest tylko bezwietrzna cisza, przerywana czasem krzykami rybitw i poszczekiwaniem wydrzyka. Patrzę na walki powietrzne, kiedy szary pirat dopada mewę lub rybitwę i przewalają się w powietrzu jak spadający ze schodów człowiek, by po paru sekundach odlecieć, każde ptaszysko w swoją stronę, jak gdyby nic się nie stało.
Na jakiś czas wystarczy mi tej obojętności. Nasiąknięty polarnym krajobrazem i ciszą, jestem odporny na newsy, niezainteresowany polityką dużą i małą, nawet codzienność mnie nie dotyka, jakby oddzielona przez szybę. Kiedy zamykam oczy, widzę czerwone słońce, zachodzące powoli, po raz pierwszy od paru miesięcy, nad schodzącymi do Isfiordu lodowcami Ziemi Oskara II. Słońce zachodzi tylko na godzinę, potem na dwie i na niebie widać jednocześnie, rozdzielone wąskim paskiem błękitu, zmierzch i brzask, w różnych odcieniach czerwieni. Krajobraz tak powierzchownie tylko muśnięty przez człowieka, tak obojętny wobec jego zabiegów, uspokaja mnie swoją surowością: jesteśmy tylko mrówkami na obraz Boga, pochłonie naszą rasę przepaść czasu. Nad zmurszałą, dziś opuszczoną od czterdziestu lat przystanią radzieckiego promu dalej będzie krzyczał wydrzyk.
Wracam więc do domu, tęsknię już do codziennego znoju zdań, kiedy zasypiam, frazy układają mi się w głowie, mam nadzieję, że chociaż trochę surowsze.
Piękny opis. Zazdrość bierze. Chciałoby się poczytać coś więcej. W rodzaju dziennika podróży, pooddychać kilometrami, nazwami.
A zdjęcie niedźwiedzia komiczne.